The Black Keys - Ohio Players

RecenzjaThe Black KeysWarner Music Polska2024
The Black Keys - Ohio Players

Dan Auberach i Patrick Carney nie ustają w manifestowaniu fascynacji brzmieniami vintage, czerpanymi z rocka, bluesa, oraz R&B/soul.

Ich płyty prezentują cały wachlarz obliczy i odcieni, ale wszystkie mają wspólne źródło – w zakurzonej szafie grającej, która obraca 7-calowe single z czasów, gdy rzeczy działy się wolniej. Ich estetyka zbudowana jest z dźwięków przeszłości, które należy przywoływać, aby niwelować skutki ingerencji elektroniki, cyfryzacji, czy wreszcie AI w muzyce. Podobnie jak Jack White, The Mars Volta czy nowe pokolenie psychodelii, na czele z Night Beats i The Black Angels, tak przede wszystkim The Black Keys czarują dźwiękowymi starociami, w charakterze cichego buntu, adresowanego do serc i dusz bratnich pasjonatów.

Ich metoda eksplodowała popularnością na przełomie pierwszych dwóch dziesięcioleci lat ’00, gdy tuż po sobie ukazały się ich najpopularniejsze płyty, czyli "Brothers" oraz "El Camino". To właśnie wtedy zdarzyło się, że Dan i Pat napisali swoje najbardziej rozpoznawalne numery, przeboje owego czasu, czyli „Lonely Boy”, „Gold on the Ceiling”, „Everlasting Light”, czy wreszcie „Howlin’ For You”. Ich alternatywny, niszowy duet awansował wówczas do rangi gwiazd ‘muzyki niezależnej’, z tras po klubach wskoczyli na główne scen festiwali jako headlinerzy, a Auerbach dodatkowo stał się rozchwytywanym producentem. Ich sound w stylu ‘lo-fi’ i ‘garażowego’ rocka ubiegłych dekad stawało się coraz bardziej przystępne, taneczne i popowe. Odbiło się to na brzmieniu i przyjęciu kolejnych ich płyt, które z jednej strony miały kontynuować trend komercyjny, ale z drugiej nie zrywać z korzeniami The Black Keys. "Turn Blue" było zawodem, gdyż słuchacze zaczęli mieć wobec nich bardzo konkretne oczekiwania. Następny album po dłuższej przerwie wydawniczej, czyli "Let’s Rock", również przeszedł bez echa. A potem nastał covid i lockdown… i coś się zmieniło. Przymusowy postój wymusił na duecie zastanowienie się nad sobą, rewizję priorytetów, ponowne zejście do ‘garażu’, z którego słyną. I to podziałało odświeżająco i ożywczo. "Delta Kream" był totalnym powrotem do korzeni, natychmiast po nim ukazał się "Dropout Boogie"; i stało się jasne, że The Black Keys jakich kochamy wrócili. I tak dochodzimy do "Ohio Players", który jest kontynuacją tej dobrej passy.

To album muzyków doświadczonych, a jednocześnie pozbawiony kompleksów, dostarczony ich wiernym sympatykom, których nie obchodzi jak wysoko na listach przebojów są te piosenki. One po prostu mają trzymać poziom, tak jak czyni to doskonałe „Beautiful People (Stay High)”, klasycznie w ich stylu „Only Love Matters”, czy totalnie wyluzowane „This Is Nowhere”. Luz to słowo-klucz tego albumu – The Black Keys nie udają niczego, nie usiłują duplikować swoich najpopularniejszych krążków, tylko idą naprzód; lub raczej, w bok, do tyłu, kręcą się w miejscu, skaczą – tak jak chcą. Dobry humor i beztroska to właściwa charakterystyka tego krążka.

Z drugiej strony, dostajemy tu dwa numery, które podzielą słuchaczy: „Candy and Her Friends” oraz „Paper Crown”, w których słychać udział undergroundowych raperów. To polaryzujący element tej płyty, dla jednych wzbogacający brzmienie tego krążka, dla innych podważający jego wiarygodność. Ja osobiście oba te momenty uważam za bardzo efektowne, przypominające udział Q-Tipa w jednej z płyt R.E.M. Mam ich swoją subiektywną interpretację, ale nie będę jej nikomu narzucać. Grunt, że "Ohio Players" jest krążkiem wielobarwnym, stymulującym, zaraźliwie wyluzowanym, ukazującym zespół po przejściach, który nie okopał się w miejscu ani nie oddalił w niebyt. Muza znów im sprzyja, serwując gwiazdkę z nieba rozpuszczoną w kuble zimnej wody.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały