The Cure – Songs Of A Live World: Troxy London MMXXIV

RecenzjaThe CureUniversal Music Polska2024
The Cure – Songs Of A Live World: Troxy London MMXXIV

W swojej wersji na żywo, nowy album The Cure brzmi jeszcze lepiej, niż w wersji studyjnej. A cały dochód z jego publikacji został przekazany przez zespół fundacji War Child UK.

3 tysiące – tyle osób może pomieścić Troxy, jeden z najważniejszych punktów na klubowej mapie Londynu. The Cure ostatnio regularnie stawali na tak niedużych scenach 40 lat temu. Nie dziwi zatem, że chętnych do zobaczenia ich w takim miejscu w 2024 było bez liku. Być może to Taylor Swift zarobiła najwięcej, a szum wokół planów Oasis sugeruje pobicie tego rekordu. Ale mijający rok i tak należy do The Cure i ich pierwszej od wielu lat płyty, która zdobyła najwięcej serc.

„Songs Of A Lost World” jest płytą tego rodzaju, na który się czeka i który jest wydarzeniem. 2024 był dobrym rocznikiem albumowym i nie jest łatwo wskazać te 10 najlepszych; ale na pewno jest wśród nich The Cure. To album, który momentalnie stał się klasykiem, a słuchacze określili go najlepszym, co zespół zaproponował od dekad. To płyta mroczna, depresyjna i melancholijna; ale niczego innego po tym zespole chyba się nie spodziewaliśmy.

Nic dziwnego, że odzew jaki spotkał się z premierą tego krążka sprawił, że Robert Smith ochoczo eksponuje nowy materiał na różne możliwe sposoby. Jednym z nich był koncert w Troxy, podczas którego The Cure wykonali nowy album w całości. To właśnie ten występ słyszymy na wydanej bez ceregieli „Songs Of A Live World: Troxy London MMXXIV”. Nie jest to pełny zapis koncertu, gdyż nowy album było zaledwie częścią tego wieczoru; ale to jedyny minus tego wydawnictwa.

Plusem jest cała reszta. W pełni zgadzam się z opiniami wielu słuchaczy, że to nagranie na żywo lepiej oddaje ducha nowego albumu, niż jego wersja studyjna. Jego jakość jest niesamowita – krystalicznie czysta i niezwykle wyraźna, co nie zawsze jest domeną koncertówek. Głos Roberta brzmi absolutnie magicznie i nie słychać po nim upływu czasu. A przecież przesłaniem nowej płyty jest to, że wszystko już szlag trafił, zmierzamy w nicość, jesteśmy starzy i czas umierać.

Pierwszy wers „Alone” już wskoczył w poczet najmocniejszych słów, jakie Smith napisał. Nadszedł już kres wszystkich naszych piosenek. Czyżby? Robert na żywo brzmi tak, jakby właśnie otworzył nowy rozdział. W „Drone:Nodrone” wyraźnie mówi o ostatniej próbie bycia szczęśliwym, która dzieje się właśnie teraz. Jeszcze przed tym koncertem Robert wspominał, że przeżywa najlepsze lata i ma jeszcze dużo do powiedzenia. Tak na dwa kolejne albumy.

Koncert z Troxy interpretuje „Songs Of A Lost World” inaczej, niż można podejrzewać album mówiący o końcu wszystkiego co nas otacza. Owszem, chłopiec którego Robert już nie widzi w lustrze odszedł w niepamięć. Ale czy słyszycie, jak mu się ‘gęba cieszy’, gdy wita publiczność swoim typowym „K’you. Hello!”. Oraz, gdy schodzi na przerwę mówiąc „We’ll be back in a second.” Jest szczęśliwy jak dziecko, które leci po resztę zabawek, aby pokazać je gościom.

„Songs Of A Lost World” to niezwykły materiał, a ta wersja na żywo jeszcze bardziej to podkreśla. Pomimo depresyjnego wydźwięku budzi uśmiech, gdyż na tym polega udana koncepcja i kreacja. Artysta cierpiący jest bardziej wiarygodny od szczęśliwego, ale śpiewając rzeczy czarne, pokrzepia zgromadzone serca. I wyrzucając demony wojny, zła, głodu i czasu schodzi na przerwę oczyszczonym człowiekiem, na chwilę zaznając spokoju. I nie jest sam.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały