The Cure - Songs Of a Lost World

""Songs of a Lost World" to płyta kompletna, po której trudno jest cokolwiek jeszcze dodać czy nagrać. To przygotowanie gruntu pod koniec legendarnego zespołu, który wysyła listem w butelce przekaz ze świata, który zaraz przestanie istnieć. Brzmi bardzo powoli, jak pordzewiały mechanizm zmuszony do ponownego rozruchu."
This is the end of every song that we sing. Tymi słowami otwiera się nowy album studyjny The Cure, na który czekaliśmy, w mniejszym lub większym stopniu, 16 lat. Trudno mówić tu jednak o albumie ‘powrotowym’; The Cure znikąd nie wracają, przez cały czas byli aktywni koncertowo, odwiedzając także Polskę, oraz wymieniając personel towarzyszący Robertowi Smithowi. Nie mogę powiedzieć, aby mi brakowało nowego materiału The Cure; nie w sytuacji, gdy mamy do czynienia z zespołem-ikoną, mającym na koncie wiele doskonałych albumów ze swoich różnych okresów. Oraz, gdy ich dwa ostatnie krążki były, mówiąc krótko, mało przekonujące.
Może właśnie dlatego, gdy dobiega mnie „Alone”, czuję mimo woli wzruszenie. Stare, dobre The Cure jest z nami. Być może Robert potrzebował tak długiej przerwy, aby sprzyjająca muza ponownie uśmiechnęła się do niego, jak burtonowski księżyc na niebie z czarnego papier-mâché. Długo zabierali się do tego krążka; donosy o twórczych blokadach głównego i jedynego songwritera odkładały ten projekt na bok na kolejne lata. Teraz wiemy, że całość była gotowa już od jakiegoś czasu, a pierwsze jej owoce usłyszeliśmy na żywo już w 2022 r. Mimo to, tylko ostateczna całość podziwiana w założonej kolejności uświadamia, jak wyrazisty jest to materiał.
Nowej płycie łatwo jest zarzucić, że nie odkrywa niczego nowego, a wręcz brzmi jak coś, co The Cure już nagrali w przeszłości, choćby na "Disintegration", a jeszcze bardziej "Bloodflowers". Nie zaprzeczam – to nie jest nowatorski krążek, którym zespół usiłuje nas wszystkich zaskoczyć. To bezpieczny materiał, przewidywalny, a dzięki temu trafny i dobry. Po tak długiej nieobecności przyjaciela dobrze jest pośmiać się znowu z tych samych dowcipów, które opowiedziane po raz setny, ale w jego towarzystwie, bawią do rozpuku. Tak też jest z tymi numerami; nawet jeśli brzmią jak „The Last Day of Summer” czy „Prayers For Rain”, to chyba dobrze, prawda?
"Songs of a Lost World" otacza coraz bardziej obecna w muzyce atmosfera końca. Ów specyficzny fin de siècle to skutek świadomości artystów z własnej śmiertelności, w tych jakże ponurych, przed-apokaliptycznych czasach. Odchodzą całe pokolenia muzyków; dlatego ci, którzy są jeszcze z nami usiłują wykorzystać czas jaki im pozostał na powiedzenie ostatniego, dobitnego słowa. Sam Robert podał nawet datę – w roku 2029, w jego 70 urodziny, nastąpi koniec tematu The Cure. Właśnie taki vibe dobiega z tej płyty – świadomość nieuchronności odejścia i pogodzenie się z nim, już nie jako romantyczny środek stylistyczny, ale zupełnie realna sytuacja.
Z tą świadomością wiąże się także chęć chwytania rzeczy, które sprawiają radość. Robert przyznał w wywiadzie, że ostatnie 10 lat działalności The Cure przyniosło mu więcej frajdy, niż wszystkie poprzednie dekady. Artystycznie wydaje się spełniony, gdyż wszystko dzieje się na jego zasadach; a wiemy, że nie zawsze tak było. Być może to właśnie owa radość dała mu kopniaka motywacji, aby wreszcie dokończyć ten porzucony krążek. "Songs of a Lost World" brzmią jak album skończony, poukładany, przemyślany, który czekał w głowie Roberta na odpowiednią chwilę, twórczą iskrę w oku i nieśmiały uśmiech zadowolenia z samego siebie.
Robert wielokrotnie mówił, że nie dałby rady nagrać albumu solowego; za duży byłby to dla niego trud emocjonalny. Ale czym innym jest "Songs of a Lost World" jak nie albumem solowym, z udziałem wiernych towarzyszy? Simon Gallup na basie, Roger O’Donnell na klawiszach (trzymajmy kciuki za jego zdrowie), Jason Cooper na perkusji, oraz Reeves Gabrels na gitarze (to pierwszy album z jego udziałem). Nie ma tu hitów jak „Just Like Heaven”, nie ma gotyckiej pościelówki jak „Lullaby”, nie ma klasyka, który poruszy każdy tłum, jak „A Forest”, czy hymnu w stylu „Boys Don’t Cry”. Są za to łzy, które giną w deszczu, a ten deszcz przykrywa ciemność.
"Songs of a Lost World" pod wieloma względami dobrze pasuje do reszty dorobku The Cure; ale pod innymi jest także dziwnym, odrębnym kaczątkiem. Rzucają się w oczy takie szczegóły jak tytuł, który jest całą frazą, a nie typowo jednym słowem. Dalej, okładka; jak na standardy The Cure, bardzo nijaka, przypominająca obrócone w proch ludzkie resztki, jakże pasujące do treści płyty. Piosenki na albumie są pięknie ułożone, otoczone idealną klamrą w postaci „Alone” i „Endsong”, z czego ta ostatnia trwa ponad 10 minut! A wokal Roberta nie wchodzi w nich przez kilka minut, dając muzyce niesamowite wprowadzenie, tak jak ongiś w „Plainsong”.
Przez całą objętość albumu mamy do czynienia z szeregiem nawiązań do chwalebnych momentów z historii The Cure. Słychać tu echa takich rzeczy jak „The Kiss” czy „From The Edge Of The Deep Green Sea”, tak jakby Robert robił przegląd wszystkiego, co ma najlepsze do powiedzenia. Jakby w formie długiego pożegnania, którego ten album jest początkiem, chciał zainspirować się swoimi najlepszymi momentami i przekuć je ponownie na zupełnie nową wartość. Są momenty weselsze („All I Ever Am”), są chwile trwogi (“Warsong”), są rzeczy bardzo dynamiczne („Drone:Nodrone”). Jest wreszcie ten niesamowity finał.
„Endsong” jest kompozycją, która zasługuje na swój osobny paragraf. Jest jak list pożegnalny kogoś, kto stracił już wszystko co kochał i w nic już nie wierzy. Kogoś, kto czeka wpatrzony w lustro, w karykaturę samego siebie. Co się stało z tym chłopcem, z jego marzeniami, z jego światem? Melancholia to stały element muzyki The Cure, ale na finał tej płyty zaczęła brzmieć naprawdę poważnie, wyjątkowo ponuro i sugestywnie. Czy obawiam się o Roberta? Jasne, że nie. Jego smutek działa oczyszczająco, tak jak krzyk sprzęgających gitar, pozostawionych przez niechętnie schodzących ze sceny muzyków, którzy przeciągają hałasem koniec koncertu.
"Songs of a Lost World" to płyta kompletna, po której trudno jest cokolwiek jeszcze dodać czy nagrać. To przygotowanie gruntu pod koniec legendarnego zespołu, który wysyła listem w butelce przekaz ze świata, który zaraz przestanie istnieć. Brzmi bardzo powoli, jak pordzewiały mechanizm zmuszony do ponownego rozruchu. Słychać wytężoną siłę woli, ale słychać też piękno, tę gitarę, te dzwoneczki, te smyczki, te klawiszowe scenografie; niby wszystko było, a jednak nigdy dość. Ta płyta to rzadki przedstawiciel coraz bardziej zagrożonego gatunku albumów, których premiera jest wydarzeniem, a o których nie zapomina się nazajutrz.
JAKUB OŚLAK




