The Smashing Pumpkins - Aghori Mhori Mei

Gdyby po ostatniej 3-płytowej rock-operze komukolwiek było mało nowej muzyki The Smashing Pumpkins, to zespół ma dobre wiadomości. Oto niespodziewanie ukazuje się ich kolejna płyta studyjna, będąca swoistym zaprzeczeniem tego, co zespół zaprezentował na "Atum".
Syntezatory, chóry, symfonie, koncepcje i narracja idą w odstawkę, a zamiast tego wracają gitary i sekcja w garażu; czyli, rock’n’roll! Nawet Jeff Schroeder opuścił szeregi zespołu, z którym grał już 17 lat; widocznie jemu było za wiele koncepcyjnych wizji, jakimi Dynie przytłoczyły nas na "Atum". Zespół wyczuwając puls niezadowolenia widowni postanowił wrzucić na ruszt coś odmiennego; klasyczny 40+ minutowy album, który efektownie przywołuje ducha ich najlepszych lat.
"Aghori Mhori Mei" nie powstało naprędce, niczym gwałtowna naprawa awarii po negatywnym przyjęciu "Atum" (co także było czynnikiem pchającym zespół w słusznym kierunku). Billy Corgan już wcześniej miał zamiar wydać coś, co będzie bezpośrednim połączeniem obecnych Dyń z ich najlepszymi płytami, czyli "Siamese Dreams" i "Mellon Collie". I ta sztuka niewątpliwie mu się udała, gdyż przynajmniej kilka nowych numerów brzmi jak żywcem wykrojone z "Siamese.." / "Mellon...", przywołujące ich firmowy sound, jaki znamy z „Disarm”, „Cherub Rock”, „Hummer”, „Tonight, Tonight” czy „1979”. Całość jest efektem chęci powrotu do korzeni Billy’ego, a także Jamesa Iha i Jimmy’ego Chamberlaina; czyli 3/4 złotego składu Dyń, który wrócił do garażu.
Nowy album nie jest oczywiście tak dobry, jak "Siamese Dreams", brak mu tej dudniącej motoryki, jaka prowadzi nas przez ten ponadczasowy krążek. Aczkolwiek, "Aghori Mhori Mei" to i tak strzał w dziesiątkę – zespół potrzebował takiego powiewu świeżości w swojej najnowszej dyskografii, czegoś co rozświetliłoby ten coraz bardziej przekombinowany labirynt. Układanie płyt w trylogie, łączenie ich wspólną narracją, chóry i orkiestry – to wszystko jest w porządku, jeśli mówimy o rocku progresywnym, symfonicznym. Ale Dynie to w końcu typowa alternatywa przełomu dziesięcioleci i muzyka młodego pokolenia MTV, która uderzała równie mocno, co Jane’s Addiction, Red Hot Chili Peppers, wczesny Radiohead, a nawet cały ten grunge.
"Aghori Mhori Mei" od razu daje się polubić. Przede wszystkim jest prościej, mocniej, wyraziściej. Słuchacz wie o co chodzi i nie musi przesłuchiwać 5 poprzednich albumów, aby zrozumieć znaczenie tego nowego. Takie numery jak „Edin”, „War Dreams of Itself”, „Who Goes There”, “999”, a nawet “Goeth the Fall” brzmią tak, jakbyśmy zawsze tego chcieli. A najlepszy na całej płycie kawałek „Pentagrams” to przebój jakiego zespół od dawna nie napisał. Na "Aghori Mhori Mei" zespołowi udała się niezwykła sztuka – przywołanie ducha swoich dawnych lat i częściowa jego retransmisja w świecie zupełnego science-fiction. "Aghori Mhori Mei" jest lekkie, porywające; to nie owoc fali nostalgii, lecz czary-mary polegające na zastrzyku energii z najlepszego źródła.
Wiele uznanych zespołów od lat zapowiada, że ich kolejna płyta będzie sięgała do ich korzeni. Pearl Jam od lat próbuje „wejść do tego samego studia”, w którym nagrywali "Ten" i "Vs.", a Depeche Mode za każdym razem zapowiada, że ich nowy album będzie wysoce elektroniczny i przebojowy. Tymczasem The Smashing Pumpkins udało się na moment otworzyć okno czasu i zajrzeć tam, gdzie 30 lat temu powstały ich oba opus magnum. I to, co tam znaleźli jest zdrowe, świeże; brzmi prawdziwie i błyskotliwie. Było im to potrzebne; dzięki "Aghori Mhori Mei" są sobą, bez koncepcji, rozwiązań, oraz angażowania elementów nie będących częścią ich tożsamości. Czasami powtórzenie udanego albumu jest trudniejsze, niż nagranie czegoś nowatorskiego.
JAKUB OŚLAK




