The Smashing Pumpkins - ATUM

RecenzjaThe Smashing PumpkinsMembran2023
The Smashing Pumpkins - ATUM

Billy Corgan ma w zwyczaju niekończenie rozpoczętych trylogii albumowych. Aż do teraz – oto ukazuje się najbardziej monumentalne dzieło The Smashing Pumpkins, będące zwieńczeniem tego, co zespół rozpoczął na "Mellon Collie And The Infinite Sadness", a później kontynuował na "Machina/The Machines of God".

Trudno mi znaleźć w historii rocka podobny przypadek tak obszernego albumu zawierającego premierowy materiał (na myśl przychodzą "Blue Guitars" Chrisa Rea, "Emancipation" Prince’a, a także szaleństwa The Flaming Lips i Acid Mothers Temple). To, że Billy Corgan cierpi na chroniczny bakcyl wiemy nie od dziś; gdy nie śpi i nie ogląda zapasów, to komponuje piosenki i układa je w trylogie. Okres pandemii i odwołane trasy paradoksalnie pomogły w budowaniu tego albumu, a zebrany tu materiał tkwił w poczekalni kilka lat czekając na swój moment. "ATUM", czyli Rock opera w trzech aktach, momentalnie przywodzi na myśl najważniejsze koncepcyjne przedsięwzięcia, takie jak "Tommy" czy "The Wall". Słychać, że te 33 numery charakteryzuje nie tylko rozmach wolumenowy, ale także merytoryczny. Całość brzmi tak, jakby Billy chciał zamknąć w "ATUM" nie tylko historię zespołu The Smashing Pumpkins, ale także jak najwięcej autobiografii. Słychać surowość ich wcześniej twórczości, te ostre riffy i melodyjny hałas; słychać alternatywną przebojowość znaną z najlepszych lat od "Mellon Collie" po "Adore"; jest delikatność i melancholia okresu transformacji jakim była "Oceania"; wreszcie, słychać syntetyczny pop, jakim odznacza się ich najświeższa twórczość. "ATUM" nie tylko zawiera w sobie spis treści dyniowego wademekum, ale też, o dziwo, brzmi zaskakująco świeżo, płynnie i wciągająco jako blisko dwu-i-półgodzinna całość.

Z jakichś powodów Billy Corgan ma u mnie odnawialny kredyt zaufania. Niekoniecznie sympatyzując z nim samym, podziwiam jego niestrudzony talent do budowania dźwiękowych światów, które, niepodważalny fakt, wpłynęły na kształt alternatywnego rocka w latach 90. Dynie na początku były zespołem ‘około-grunge’owym’, potem eksplodowały do mainstreamu, na własnych zasadach sonicznych, aby potem, z płyty na płytę, przeobrażać swoje brzmienie i wizerunek z niedomytego, ubranego w rozciągnięty long-sleeve "Zero" do quasi-gotyckiej gwiazdy rocka imieniem "Glass". Dynie potem przepadły, klasyczny skład rozszedł się na cztery wiatry, a po latach niebytu Billy podjął się trudnego zadania reanimacji całego konceptu. Gdy do zespołu dosyć nieoczekiwanie powrócili James Iha i Jimmy Chamberlin, wtedy na scenie pojawił się Shiny. I to o nim jest ta cała trzypłytowa historia.

Same rozmiary "ATUM" – 33 utwory, 2,5 godziny – powodują, że słuchający go śmiałkowie powinni znaleźć w nim coś dla siebie. W przeciwieństwie do dwóch ostatnich płyt, o których sam Corgan mówi, że były wydane w pośpiechu, te numery są przemyślane i dopracowane. Nie stanowią one koncepcyjnego labiryntu nie do przejścia; jeśli głos Billy’ego jest wam miły (a to nigdy nie jest pewne) oraz jego wrażliwość i postrzeganie muzyki, tak "ATUM" będzie prawdziwą ucztą. Jak wspominałem wcześniej, Dynie potrafią uderzyć jak za dawnych lat, potrafią urzec balladami, potrafią także bawić się syntezatorami, brzmiąc jak O.M.D., Alphaville czy New Order. Obok typowych numerów-piosenek usłyszymy tu dużo elementów ‘symfonicznych’, spajających całość w pewną narrację i akcję. Chwilami brzmi to jak prog-rock, chwilami jak musical (Billy nadawałby się do wykonania Dźwięków Muzyki).

Można spekulować, czy Corgan nie oprawił całości w ramy trylogii tylko po to, aby lepiej sprzedać kolejne 33 sztuki tego samego plastiku, którym karmi nas od dawna. Moim zdaniem, niezależnie od tego, czy ta ‘trylogia’ ma sens czy nie, są to po prostu 33 świetne numery, których słucha się z przyjemnością. W tym przypadku jakość idzie z ilością, chociaż ilość skutecznie przytłacza i odwraca uwagę od jakości. Nie chcę wskazywać najlepszych numerów na tym zbiorze – wyjęte z kontekstu są pozbawione majestatu i powagi opus magnum Billy’ego, na jakim niewątpliwie mu zależało. Czy zespół porwie się na granie całości na żywo, jak jak The Who wykonywało "Tommy’ego" i "Quadrophenię", a Pink Floyd "The Wall"? Wg mnie, nie – ta sztuka jest za długa i niezbyt przejrzysta. Najważniejsze, że ten wyjątkowy zespół wreszcie powrócił z dziełem i rozmachem, na jaki zasługują.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały