Tindersticks - Soft Tissue

Paradoksem artystów płodnych jest to, że każdy ich krążek szybko znika w tłumie mu podobnych. "Soft Tissue" to ‘kolejny bardzo dobry album Tindersticks’, ale to słodko-gorzka pochwała.
Ten zespół nie schodzi poniżej pewnego wysokiego poziomu. Ale gdy ten wysoki poziom pomnożymy przez regularny nakład nowości okazuje się, że nasza pamięć złotej rybki szybko wypiera te poprzednie ‘bardzo dobre albumy Tindersticks. Szkoda w tym przede wszystkim nasza, gdyż ich muzyką łatwo nasycić się na dłuższy czas, który i tak mija za szybko.
Tymczasem, o ile tylko uda się znaleźć choćby pół dnia spokoju, najlepiej zimowego, szarego, bez ruchu za oknem i odgłosów z korytarza, może okazać się, że ‘kolejny bardzo dobry album Tindersticks’ jest prawdziwie natchniony i oczarowujący. "Soft Tissue" jest następcą "Distractions" i "No Treasure But Hope". Każda z tych płyt jest wybitna i gotów jestem wskazać je jako prawdziwie wysoki punkt ich ambicji i motywacji twórczych. Na tle wielu ‘bardzo dobrych albumów Tindersticks’ ta trójka jest szczególnie interesująca i godna naszej ograniczonej uwagi.
Mam wrażenie, że Tindersticks przydałby się hiatus od pracy studyjnej, tak aby ich fani zatęsknili za ich muzyką. Nie są oni zespołem tej sławy, co The Cure; ale sami widzieliśmy, ile w skali Richtera wywołał nowy krążek zespołu Roberta Smitha, przez sam fakt kilkunastu lat ciszy. Zapewne zespołu Stuarta Staplesa jest ‘nie stać’ na taki okres ciszy; aczkolwiek, nie zapominajmy, że Tindersticks mają swoją oddaną bazę fanów, którzy w ostatnich latach byli przez ten zespół wyjątkowo rozpieszczani. A "Soft Tissue" tylko kontynuuje ten bogaty trend.
Co tu dużo mówić, to świetna płyta. W ich muzyce jest sporo teatru i nie dziwi mnie, że tak chętnie występują w takich właśnie miejscach. Przytulna ciemność, zapach starych desek, obić, kurzu i grzyba. Na półtorej godziny ta przestrzeń zamienia się w ołtarz duszy, na którym aktorzy odprawiają rytuał mroku i szczęścia. Nie sposób uciec od porównania Tindersticks do Nick Cave & The Bad Seeds, szczególnie w ujęciu ich ostatnich albumów, wypełnionych soulową uczuciowością, uniesieniami serca, gorzkim żalem i poszukiwaniem odpuszczenia.
Pełno tu świetnych numerów, na czele z „New World”, „Nancy”, „Soon to be April”, „Don’t Walk, Run” czy „Turned My Back”. Na wyróżnienie zasługuje ujmujące „Always a Stranger”, centralna kompozycja płyty, przy której nie sposób nie poczuć szybszego bicia własnego serca. Element dobrego vintage to punkt obowiązkowy w muzyce Tindersticks, podobnie jak tajemnice starych miast, odrobina czarnej magii, poetyckie zaklęcia w deszczu i kadzidle, oraz retoryczne pytania o miłość i wieczność - te same co u Cave’a, Leonarda Cohena, Davida Tibeta czy ANOHNI.
Dodatkowo, Tindersticks lubią brzmieć tak, jakby grali do jakiegoś filmu z lat 60., a główny motyw miała zaśpiewać bondowska Nancy Sinatra lub Merry Clayton w styl gospel. Ich skupiona, oniryczna atmosfera to te same sny, do których muzykę skomponował Jóhann Jóhannsson, a zagrała ją na swoich organach Kali Malone. To brzmienia, których przybywają posłuchać nie tylko ludzie, ale i duchy, gdzieś w zaciszu jakiegoś starego divadla w Pradze, do której przecież Tindersticks tak lubią wracać od samego początku swojej działalności.
W przepastnych dyskografiach zespołów, które nie mają na koncie kultowego albumu z ikoniczną okładką, trudno od progu wiedzieć, za co się złapać. Często wybieramy wtedy coś na chybił-trafił, co okazuje się składanką wygenerowaną przez popularną aplikację do streamingu muzyki. W takich sytuacjach warto sięgnąć po rzecz najnowszą, aby od razu poznać, gdzie zespół się znajduje i co sobą reprezentuje. Soft Tissue ukazuje płodny zespół u szczytu możliwości twórczych, a który na pewno nie da długo na siebie czekać z kolejnym materiałem.
JAKUB OŚLAK




