Variété - Sieć Indry

Dobra muza nie opuszcza Grzegorza Kaźmierczaka i Variété, którzy po doskonałym „Dzikim księciu” sprzed kilku lat przynoszą nam idealną kontynuację podjętych tam wątków.
Odnoszę wrażenie, że od kiedy Grzegorz Kaźmierczak zamieszkał na stałe na ukochanej Sycylii, muzyka Variété uległa zmianie – być może na lepsze, choć to subiektywna ocena każdego słuchacza. To, co obecnie słyszymy w ich brzmieniu jest konsekwencją krętej drogi artystycznej, jaką formacja wędruje wraz z upływem dekad, zmianą krajów i kontynentów, dostępnością technologii, oraz rozwojem inspiracji twórczych. Są tacy sympatycy Variété, którzy wciąż z nabożnością wsłuchują się w szumy i trzaski bydgoskich taśm z lat 80. Ja uważam je za osobliwy relikt przeszłości, który nie pasuje do tego, co zespół reprezentuje dziś, chociażby na doskonałym „Dzikim księciu”, czy jego naturalnym sequelu, najnowszym krążku „Sieć Indry”.
Variété są jedną z wielu formacji kojarzonych z polską ‘zimną falą’ lat 80., chociaż ich ‘falowość’ sprowadza się tylko do początkowego okresu działalności. Nie brakuje nawet osób, które w ich ówczesnej muzyce odnajdują elementy rocka gotyckiego. Jak zwał tak zwał; oczywiście, to są żywe skarby polskiej muzyki alternatywnej, które jednakowoż mają dosyć luźny związek z tym, co Variété prezentuje dziś, na „Sieci Indry”. Ich brzmienie jest cały czas doskonalone, wraz z rozwojem technologii, postępującą w czasie wyobraźnią i niesłabnącą (a być może silniejszą niż kiedykolwiek wcześniej) radością z tworzonej muzyki. Gdy Grzegorz śpiewa, słychać że się uśmiecha – a czuwający wokół niego zespół dostarcza elektryzujących fal i sygnałów tajemnicy. Już przy „Dzikim księciu” przyrównałem Variété do uwielbianych w Polsce gwiazd niezależnego podziemia, The Legendary Pink Dots. „Sieć Indry” tylko utrzymuje mnie w słuszności tego porównania; w obu przypadkach mamy bowiem formacje, których stylistyka wymyka się wszelkim prostym podziałom i jest tak naprawdę hybrydą impulsów, wpływów, i technik. Dots i Variété potrafią operować elektroniką i jazzem, poezją i rockiem, potrafią w ambient i awangardę – wszystko dla zróżnicowania brzmienia, które przenosi słuchacza w wymiar senny i jest równie nieprzewidywalne, co jego narracja. O ile wczesne Variété było ‘zimne’ i ponure, o tyle to współczesne jest ciepłe i otulające jak sycylijskie słońce i widok ze wzgórza Taorminy.
Gdy dołożymy do tego słowa Kaźmierczaka, które z czasem nabrały jeszcze większego elementu oniryczności, wtedy pogubienie się w uliczkach Palermo czy zakamarkach Katanii jest gwarantowane. Nie wiemy nawet, czy ta Sycylia jest tu jawą czy snem, obrazem na ścianie bydgoskiego pokoju, czy nieznośnym powidokiem po wizycie w Little Italy na Manhattanie. Grunt, że przynosi głównemu bohaterowi Variété nieustannej inspiracji i pozwala na kreowanie obrazów dźwiękowo-lirycznych będących nie tylko osobistym dziennikiem snów, ale też paszportem dla słuchacza do odwiedzenia swoich. Muzyka Variété, tak samo jak wspominanych Dots, jest równie inspirująca, co porywająca, nieprzystająca i ponadczasowa.
Słuchając „Sieci Indry” odnoszę wrażenie, że Variété gra nie tylko doświadczeniem i dostępną technologią studyjną, ale ponad wszystko wzajemną chemią i motywacją. Może to sztuka produkcji, ale ta grupa artystów brzmi doskonale przejrzyście, otaczając słuchacza dźwiękami i intrygując ukrytymi sztuczkami; a ponad wszystko, dostarcza enigmatycznych, czystych treści służących za bilet do suchego, bezpiecznego brzegu nocy i dnia. Owa chemia sprawia, że zespół staje się nie sumą, lecz iloczynem swoich członków, a słuchacz ma wrażenie, że jest częścią wydarzenia, elementem końcowym intrygującego, złożonego układu. Nie mam wątpliwości, że „Sieć Indry”, jak i poprzedni „Dziki książe” to najlepsze, co Variété kiedykolwiek nagrali.
JAKUB OŚLAK



