Variété

Variété znów przestawia kamienie. Tym razem nie chodzi o minerały znad bydgoskiej Brdy, lecz o metafizyczne przemiany, które kryją się w najnowszym albumie wydanym w samym środku jesieni. "Sieć Indry" to soniczna odyseja między śmiercią a życiem, przeszłością a tym, co dopiero nadejdzie. Czy śmierć jest końcem, czy tylko kolejnym ogniwem sieci? Jak żyje się na słonecznej Sycylii i ile postpunkowego ducha wciąż tli się w nowej muzyce Variété? O tym wszystkim opowiada Grzegorz Kaźmierczak, wokalista i założyciel zespołu.
EM: Zanim włączyłam najnowszy album "Sieć Indry", sięgnęłam po "Falę. Rok 1984 i polski postpunk" Rafała Księżyka. Książka doskonale wypełnia lukę, której brakowało na polskim rynku wydawniczym: opowieść o grupie Variété. Ta historia zaczyna się od występu na miejscu nie istniejącego już cmentarza bydgoskiego, o ironio, śpiewaliście że groby są w was. I po latach, w nowym albumie, znów pojawia się podobny ton. Nie o śmierci wprost, ale o czymś „po”. O drugim życiu, o przestrzeni poza granicą, którą znamy. To wątek, który w waszej twórczości krąży nieustannie. Jak przeznaczenie.
GK: Nie powiedziałbym, że to przeznaczenie. To, o czym mówisz – ten wątek „poza życiem” – to raczej próba zmierzenia się z odwiecznym pytaniem: czy śmierć naprawdę jest końcem? Nikt tego nie wie, ale ja czuję, że nie. Myślę, że nasze ciało jest tylko rodzajem modemu, narzędziem, przez które przepływa pierwotny, wieczny sygnał. Ciało umożliwia jedynie chwilowe „urzeczywistnienie” tego sygnału w świecie. A kiedy umiera, sygnał trwa dalej.
EM: Brzmi jak nawiązanie do filozofii buddyjskiej.
GK: W pewnym sensie tak. Nie jestem przekonany do idei reinkarnacji, ale bliska jest mi myśl, że jesteśmy jedynie chwilową emanacją czegoś, co istniało zawsze i zawsze będzie.
EM: Nic nie ginie, tylko zmienia się w coś innego. Tak jak my – kiedy nie będzie już ciała – staniemy się falą. To nawiązanie chyba też do samego tytułu albumu, obrazu zależności, połączeń, wzajemnego odbicia wszystkiego we wszystkim.
GK: Obraz zależności, ale przede wszystkim przypomnienie, że nie jesteśmy osobni. Nasza cywilizacja, zwłaszcza zachodnia, uczy nas czegoś przeciwnego: że mamy być indywidualni, samowystarczalni, że musimy walczyć, robić kariery, zarabiać pieniądze. Nie kładzie się nacisku na to, że jesteśmy częścią większej całości, że współzależymy od natury, od innych ludzi, od tego, że wszyscy jesteśmy śmiertelni. „Sieć Indry” to właśnie metafora nieoddzielenia. Każdy z nas to jedno z odbić w nieskończonej strukturze świata. Można oczywiście uciec do pustelni, do klasztoru, w samotność. Ale mnie się wydaje, że życie wśród ludzi jest o wiele ciekawsze.
EM: Podsłuchałam w audycji Piotra Metza, że "Sieć Indry" była nagrywana w trzech studiach.
GK: W sumie tak, choć liczba studiów nie jest tu najważniejsza. Kluczowy jest sam sposób pracy, który stosujemy od lat. Spotykamy się w studiu bez planu, bez szkiców. Po prostu gramy. Mamy komfort, że możemy siedzieć tam godzinami, improwizować, eksperymentować. Wszyscy jesteśmy od razu podpięci pod mikrofony, więc jeśli wydarzy się coś wyjątkowego, to momentalnie się to rejestruje. Nie trzeba tego później powtarzać. Z takich kilkunastu godzin nagrań zostaje może kilka minut naprawdę ciekawych, ale te kilka minut to fundament, na którym budujemy dalej. To zupełnie inny proces niż ten klasyczny, który znam z pracy realizatora dźwięku. Większość zespołów przychodzi do studia z gotowymi dziesięcioma piosenkami i chce je jak najszybciej nagrać i zmiksować. My nagrywamy momenty, w których coś dopiero powstaje. Ten moment narodzin, chwila, gdy z niczego rodzi się muzyka, ma ogromną wagę. To rejestracja samego aktu kreacji. Kiedy później tego słuchasz, czujesz: tu się coś wydarzyło. To właśnie te fragmenty, uchwycone niemal przypadkiem, tworzą prawdziwy puls albumu.
EM: Improwizacja zależna od waszego nastroju, od tego, co akurat pojawia się w głowie na dany dzień, w danym momencie. To musi tworzyć zupełnie inną, dodatkowa wartość.
GK: Dokładnie tak. Czasem cały dzień grania kończy się materiałem „do kosza”. A innym razem w ciągu trzech, czterech godzin powstaje kilka świetnych pomysłów. To loteria, ale taka, która daje najwięcej prawdy. Z biegiem lat nauczyliśmy się pracować właśnie w ten sposób pozwalając, żeby muzyka wydarzała się sama.
EM: Przy okazji premiery albumu na swoim profilu facebookowym napisaliście, że kiedy nagrywacie nową płytę, to tak, jakbyście nigdy wcześniej nic nie zrobili. Kartka jest pusta. Zaczynacie od zera. I że po półtora roku pracy powstało dziewięć piosenek, w które włożyliście to, co w was najlepsze. Dużo czasu musiało pochłonąć samo dopracowanie i selekcja materiału.
GK: Pracy było sporo. Nagrywaliśmy w styczniu 2024 i styczniu 2025, po kilkanaście dni każdej z tych sesji. To też wynika z logistyki, bo nie mieszkam w Polsce, więc ten czas staramy się maksymalnie skondensować. Po tych sesjach przywożę cały materiał do siebie. Tam zaczyna się właściwy proces: wybieranie, przesłuchiwanie, układanie. Dogrywam wokale, piszę lub raczej „dopasowuję” teksty które powstały wcześniej, dogrywam klawisze. Potem wysyłam chłopakom (gitarzyście, saksofoniście) żeby dopisali swoje partie. Oni odsyłają mi nagrania, ja słucham, wybieram, czasem mówię: fajne, czasem: nie, próbujemy inaczej. I tak, miesiąc po miesiącu, kawałek po kawałku, album powoli nabiera kształtu.
EM: O Variété mówi się, że jest to zespół, który ewoluuje. Każda wasza płyta jest inna mniej lub bardziej, ale jednak. Mimo tego zachowujecie w brzmieniu charakterystyczny mrok i trans. Słuchając pierwszych nagrań i zestawiając je z tym, co tworzycie dziś, mam wrażenie, że to niby zupełnie inna muzyka, a jednak klimat jest ten sam gdzieś tam wciąż obecny.
GK: Cały czas staramy się, żeby go nie było, a on i tak się przebija. Nie mogę słuchać zespołów grających tak zwanego „gotyckiego rocka” czy cold wave. Kojarzy mi się to z przeszłością, z czymś, co już mnie w ogóle nie rozwija. Od tych klimatów jestem jak najdalszy. A jeśli czasem się pojawiają, to chyba dlatego, że siedzą gdzieś głęboko w nas.
EM: W takim razie czego słuchasz teraz? Co cię inspiruje?
GK: Najbardziej lubię nową, angielską muzykę elektroniczną.
EM: Podasz jakieś przykłady?
GK: Underworld, Tony Scott, no i cały ruch związany ze sceną brytyjską. Oprócz pisania tekstów, śpiewania i produkcji naszych utworów, moją pasją jest elektronika. Ciągle zmieniam syntezatory, kolekcjonuję brzmienia, tworzę własne biblioteki dźwięków. To od lat moja obsesja, brzmienie jako żywy organizm. Muzyka elektroniczna bardzo mnie inspiruje, może właśnie dlatego, że daje dostęp do zupełnie nowych narzędzi. To ona wyznacza przyszłość muzyki. Uważam, że tworząc, nie można patrzeć wstecz. Trzeba wyobrażać sobie jaką muzykę będzie się grać za dwadzieścia lat. To fascynujące wyzwanie intelektualne.
EM: Szkoda byłoby nie zapytać czy korzystasz z narzędzia AI.
GK: Tak, korzystam w pewnym sensie. Na tej płycie też się pojawia, ale niech pozostanie to tajemnicą w jakiś sposób. W każdym razie na pewno nie do komponowania, raczej do tworzenia małych brzmieniowych smaczków. Mam do AI dość określony stosunek. To fantastyczna maszyna kompilacyjna, świetne narzędzie do poszukiwań i analizy, ale jeśli chodzi o kreację, to jest równa zeru. Zdarza mi się dla zabawy wrzucić do niej kilka moich tekstów i poprosić: napisz coś w tym stylu, zainspiruj się tym. Efekt? Okropny. Ona po prostu nie potrafi. Kompiluje, składa jakieś słowa, ale bez duszy, bez struktury, bez sensu artystycznego. AI jest genialna w pisaniu rzeczy bardzo standardowych, takich, które mieszczą się w określonych ramach, gdzie wystarczy dostęp do ogromnej bazy danych. Ale jeśli chodzi o prawdziwą kreację, o coś, co wymaga intuicji i emocji, jest jeszcze bardzo słaba.
EM: Zapytałam o inspiracje muzyczne, a mam wrażenie, że twoją największą inspiracją jest Sycylia. To żadna tajemnica, na płycie oficjalnie wyznajesz jej miłość. Trochę sprzeczne z tym „mrokiem”, o którym wspomniałam wcześniej. Sycylia, przynajmniej w mojej wyobraźni, jest pełna światła, przestrzeni, kolorów i ciepła. A w waszej muzyce jednak słychać nutę tajemnicy, może niepokoju. Jak to ze sobą rezonuje?
GK: Naturalnie. Bo jak nie ma napięć, nie ma dobrej sztuki. Powiedzmy, że na tej linii jest piękno, ciepło i wolność sycylijska zderzone z... „bydgoskim mrokiem”. Choć ja bym tego mrokiem nie nazywał. Bardziej tajemniczością. Mrok to słowo zbyt ciężkie.
EM: Mimo zmiany kolorystyki klimatu fani, którzy są z wami od początku bardzo doceniają nową płytę.
GK: I bardzo dobrze. Uważam, że publiczność powinna podążać za artystami, a nie artyści za publicznością. W codziennym życiu jest tyle rzeczy, które nas ograniczają. Praca, ludzie, otoczenie, społeczne oczekiwania. A sztuka, możliwość jej tworzenia, to dla mnie jedyna prawdziwa oaza wolności. Jeśli zaczynasz w głowie układać, że musisz się z kimś liczyć, nawet z publicznością, to tracisz autentyczność. Recenzji zawsze będzie mnóstwo: od „genialne” po „gówno”. I trudno. Gramy dla ludzi, oczywiście. To cudowne, kiedy jest feedback, kiedy ktoś rozumie to, co robisz. Ale jeśli w momencie tworzenia zaczniesz o nich myśleć za bardzo, szybciej się od ciebie odwrócą. Wyczują, że robisz coś pod nich, a nie z siebie. Może to naiwne, ale wierzę, że artysta musi słuchać wyłącznie siebie. Inaczej to nie ma sensu.
EM: Trudno jednak zmienić historię i fakt, że Variété to synonim zimnej fali.
GK: Na początku, w latach 1984–85, rzeczywiście byliśmy bardzo blisko kojarzeni z zimną falą. Słuchaliśmy Joy Division, Bauhausu, The Cure, Dead Can Dance i całej tej sceny. Ten język, ta atmosfera, harmonie wydawały się wtedy najlepszym narzędziem do opowiadania o Polsce, jaka była tuż po stanie wojennym. Kraj był szary, biedny, duszny. Nic nie można było. Nie dało się wyjechać, bo nie było paszportów. A mieliśmy po dwadzieścia lat, ogromną potrzebę zmiany, podróży, eksploracji świata. I to wszystko rozbijało się o mur niemożności. Różnica między tym, czego się pragnęło, a tym, co było dostępne, była gigantyczna. To rodziło napięcie, które musiało znaleźć ujście. I znalazło w muzyce. Teraz sytuacja jest zupełnie inna.
*EM: Na nowym albumie znalazł się też utwór o barze Waikiki. Wygooglowałam sobie to miejsce — wygląda uroczo. Pada tam zdanie: „W barze Waikiki zapominam o Warszawie”. Wnioskuję więc, że jednak o niej myślisz.*
GK: No wiesz, piszę po polsku, język jest moją ojczyzną. Od Polski się nie ucieknie, bo ona po prostu jest w tobie. I dobrze, że jest. To zawsze będzie ojczyzna. Ale świat nie kończy się na Polsce. Trzeba jeździć, trzeba patrzeć z różnych perspektyw, o ile ma się, albo potrafi sobie stworzyć takie możliwości. Kiedy się siedzi tylko w Polsce, człowiek łatwo nabiera tego polocentrycznego punktu widzenia. A z dystansu widać o wiele więcej. Polska z oddali wygląda… ciekawiej. I lepiej.
EM: Mówimy o Polsce, ale w utworze „Satelity” mam wrażenie, że pojawia się też nuta tęsknoty za Bydgoszczą.
GK: Nie, to nie tęsknota. To raczej stwierdzenie faktu, że tej Bydgoszczy, w której dorastaliśmy, już po prostu nie ma.
EM: Wracacie jednak regularnie do rodzinnego miasta, ostatnio zagraliście tam koncert. Zastanawia mnie, czy wśród publiczności wciąż pojawiają się fani z tych pierwszych, varietowych czasów?
GK: Na koncertach jest pełen przekrój, od naszych rówieśników, po bardzo młodych ludzi.
EM: Mowa o potomkach pierwszych fanów?
GK: Niekoniecznie. Z dziećmi bywa różnie, często to sinusoidalna zależność. Jeśli rodzice są hipisami, to ich dzieci często zostają księgowymi. To są raczej młodzi ludzie, którzy sami chcą odkrywać rezonujących z ich postrzeganiem świata artystów.
EM: W "Fali" wspomniałeś, że woda to twój żywioł. Często wracasz z Variété do Sopotu, Gdańska... W Sycylii zamieszkałeś na stałe. Dałeś się ponieść temu żywiołowi.
GK: Sycylia to był wybór bardzo wodny. Jakieś dziesięć lat temu pływałem po Morzu Śródziemnym jachtem i trafiłem tu po raz pierwszy. Byłem wcześniej w Chorwacji, Hiszpanii, Grecji, ale dopiero na Sycylii poczułem: to jest to miejsce. Tu wszystko mi zagrało: proporcje, energia, klimat. Tak się zaczęło i z czasem po prostu się tu sprowadziłem.
EM: I kiedy już tam zamieszkałeś rzeczywistość potwierdziła to pierwsze wrażenie? Co innego przyjechać na kilka dni, zachwycić się, a co innego żyć tam naprawdę, dzień po dniu.
GK: Tak, pewne rzeczy się dopiero wtedy odkrywa. Na przykład włoska, a właściwie sycylijska biurokracja jest okropna. To jedna z największych bolączek. Do tego dochodzi pewne niechlujstwo. Bałagan, śmieci, porzucone domy. Druga strona jest taka, że właśnie dzięki temu żyje się tu nieprawdopodobnie swobodnie. To nie Niemcy, nie Holandia, nie Szwajcaria gdzie wszystko działa według schematów. Tu jest luz. Dużo większy niż w Polsce, co w obcym kraju wydaje się wręcz zaskakujące. Czasem mam wrażenie, że jestem stąd choć to oczywiście taka metafizyka. (śmiech) Sycylijczycy to w ogóle osobna nacja. Nie lubią, gdy mówi się o nich „Włosi”. Moi znajomi sycylijczycy powtarzają: „Słuchaj, mieszkasz tu, ale broń Boże nie stań się Włochem, stań się Sycykijczykiem” .Nie cierpią rzymskich nakazów i biurokracji. A jeśli da się coś obejść to jest pełne społeczne przyzwolenie, żeby tak zrobić. To poczucie autonomii mają w DNA. Ale najważniejsze rzeczy się nie zmieniły. Nadal jest tu 300 dni słońca w roku, czyste ciepłe morze, fenomenalne jedzenie i życzliwi ludzie. Po siedmiu latach z przerwami nadal czuję, że to moje miejsce. Nie wiem, czy na zawsze, ale na razie jest mi tu po prostu dobrze.
EM: Po lekturze "Fali" wróciła też do mnie historia kradzieży waszego pierwszego materiału. Z tego, co zrozumiałam, to właśnie ta sytuacja zapoczątkowała pierwszy kryzys, a może wręcz rozpad Variété. Myślisz, że gdyby do tego nie doszło, wasze losy potoczyłyby się inaczej?
GK: Wiesz co, gdyby ciocia miała wąsy... (śmiech) Nie wiem. To było tak dawno temu, że naprawdę nie mam ochoty się nad tym rozwodzić. Co to dziś zmienia?
EM: Czyli faktycznie zostawiasz przeszłość za sobą i raczej skupiasz się na tym, co tu i teraz.
GK: Dokładnie. Roztrząsanie przeszłości nie ma sensu. Nie jest pragmatyczne, niczego nie wnosi, nie daje żadnej energii do działania.
FOTO: Grzegorz Szklarek



