Warhaus - Karaoke Moon

RecenzjaWarhausPIAS Poland2024
Warhaus - Karaoke Moon

Maarten Devoldere deklaruje, że „Karaoke Moon” to płyta dojrzałego mężczyzny po tzw. przejściach.

Tym razem materiał powstawał w ojczyźnie wokalisty – a dokładnie w studiu na poddaszu w Brugii przy udziale producenta Jaspera Maekelberga. Początkowo Maarten miał ponad 50 pomysłów na piosenki, spośród których dość brutalną selekcję zasugerował jego kompan. To dało zestaw, który okazał się także nieco mniej jednolity, niż np. na poprzedniej płycie „Ha Ha Heartbreak”. Co więcej – inspiracją dla wielu utworów stały się… sny. Maarten przez rok prowadził ponoć dziennik snów. Do tego nie stronił od środków odurzających, a nawet poddał się hipnozie. Celem była ponoć potrzeba bezpośredniego kontaktu ze swoją podświadomością.

Efekty tych działań słychać już w otwierającym płytę singlowym i rozmarzonym „Where The Names Are Real”. Trudno bowiem ustalić, czy autor śpiewa o swojej rzeczywistej miłości z czasów nastoletnich, czy też tę historię sobie ‘wyśnił’. Z kolei w naznaczonym nieco reggae’owym pulsem „No Suprise”, padają słowa tytułu płyty. Wziął się on z przeświadczenia Maartena, że to nie on jest autorem swoich piosenek, a ktoś mu je po prostu dyktuje… Sam utwór jest jednak dość niejednoznaczny, bo traktuje zarówno o potrzebie spokoju, jak i o niewłaściwych decyzjach, nie tylko natury artystycznej. Świetnie wypada natomiast pulsujący gęstszym bitem „What Goes Up”, w którym tym razem autor dotyka przyziemności poprzez frazesy, jak chociażby ten z refrenu, typu: wszystko, co się wznosi, musi upaść. Ciekawym zabiegiem jest tu też dość nieśmiałe, acz potargane solo gitarowe pod koniec utworu. Istotniejszy dla całej narracji jest utwór „Jim Morrison”. Przywołując figury frontmana The Doors i Davida Bowiego, Maarten odwołuje się do bólu przemian w ‘prawdziwego mężczyznę’. Wiążę się to z utratą ukochanych, czy wyjściami z nałogów. Ciekawe jest to o tyle, że tekst jest za długi i przegadany, a mimo tego autor wypada w nim dość wiarygodnie, bo jako nie w pełni uświadomiony sytuacji, w której się znalazł. To bardzo pasuje do aury, jaka przewija się przez całą „Karaoke Moon”. Zupełnym przełamaniem jest tu instrumentalny i wręcz filmowy „Jackie N”, który ujmująco wypełnia płytę i pokazuje, że Warhaus to nie tylko smutne i dość popowe piosenki o miłości. Drugą połowę „Karaoke Moon” otwiera „Zero One Code” – plemienno-sakralny, naznaczony równym bitem kawałek opowiada - zgodnie z tytułem - o sytuacjach dwuwymiarowych. Jego podniosłość i pewna teatralność, daje całkiem interesujący efekt. Pełen ulotności „Hands On A Clock” rozpościera natomiast atmosferę pewnego niepokoju, zasiewając sporo niepewności nie tylko głośnikach. Jest też przykład tzw. speaking word w „The Winning Numbers”, w którym wieloaspektowa wyliczanka pokus kończy się wymienieniem… liczb, które 14 sierpnia zostały wylosowane prawdopodobnie w loterii. Do bardziej przebojowej odsłony całość wraca wraz z „I Want More”, gdzie potrzeba kontroli i jednocześnie napięcia, przebija się z tekstu nad wyraz. Z kolei zamykająca album „Emely”, to przejmująca ballada, w której powraca miłość autora z pierwszej kompozycji. Tym razem stawia go wobec poważniejszych wyborów, podczas gdy on stara się nadal podążać własną drogą.

„Karaoke Moon” jest bardzo zgrabnie wyprodukowaną płytą. I o ile Jasper Maekelberg mógł mieć wpływ na jej zawartość muzyczną, o tyle sądzę, że niewiele miał do powiedzenia w kwestii tekstowej. A z niej Maarten Devoldere jawi się jako twórca zmagający się z różnymi niedoskonałościami i wątpliwościami. Nie on pierwszy i nie ostatni. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejna płyta Warhaus będzie jeszcze śmielsza muzycznie, a może i tekstowo.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały