White Lies - Night Light

White Lies podeszli do swojego siódmego albumu, “Night Light”, zupełnie inaczej niż do tej pory masterując utwory na żywo przed ich zarejestrowaniem. Zainspirowani programem telewizyjnym “The Midnight Special" z lat 70-tych, trio postanowiło przećwiczyć i dopracować piosenki razem w pokoju przed wejściem do studia.
Spośród smutno – słodkiej gromadki (min Editors, Interpol czy Arcade Fire) Brytyjczycy White Lies są (a raczej byli…) najbardziej synth popowi i najbliżsi tanecznego parkietu (ok, ostatni Editors bije ich na głowę w tym temacie). Zaraźliwa przebojowość zalana syntetycznym lukrem i charakterystyczny, głęboki głos Harry’ego McVeigha wystrzeliły zespół na orbitę odpowiedniej popularności, co nie dziwi, bo debiut „To Lose My Life…” i „Ritual” były płytami ocierającymi się w swojej kategorii o doskonałość. Osobiście najczęściej wracam do zaraźliwie melodyjnego krążka „Big TV” a także do nieco stonowanego, ale równie udanego krążka „Friends”. Na tych płytach White Lies zbudowali swój wizerunek synth popowych Midasów i faktycznie wydawało się, że nic ich nie powstrzyma.
Z dzisiejszej perspektywy ostudzenie nachalnej przebojowości na „Friends” wydaje się wcale nie celowe, a jedynie symptomatyczne dla lekkiego wyczerpania formuły. Potwierdził to kolejny materiał „Five”, który jest paradoksem – składa się z poprawnych, ale nużących piosenek i jednego mega hitu „Tokyo”. Było czymś oczywistym, że po tej płycie musi nastąpić reset, bo bez niego zespół wylądowałby na śmietniku. I tak się stało, choć dzisiaj „As I Try Not to Fall Apart” wydaje się być tyko preludium do zmian. Na tej płycie wyraźnie słychać, że zespół obudził się z letargu i rozpoczął wietrzenie swojej kuchni. W zasadzie grupa miała doskonałą możliwość by wyjść z tego ciasnego, synth’owego garnituru i rozpocząć coś zupełnie nowego. I tym „nowym” jest płyta „Night Light”. Trio w zasadzie zbudowało się na nowo i trudno szukać tu dawnej frywolności i prostoty w żonglowaniu melodiami. Inny patent na tworzenie muzyki, który zespół zastosował, wracając do wspólnego „analogowego” tworzenia muzyki, był strzałem w dziesiątkę.
Nie wiem, jak muzycy poradzili sobie z presją oczekiwań, bo to przecież trudna sztuka, która tym razem się udała. Bez napinki i z zupełnym luzem zespół na nowej płycie obdziera się ze swoich syntetycznych szatek, odważnie i dojrzale zaglądając w rejony, gdzie próżno było szukać ich kilka lat temu. Dla niepoznaki startują prostym, rytmicznym „Nothing On Me”, który w zarysie przypomina stare czasy, zważywszy jednak długość tej piosenki, to jedynie intro do wielkich zmian. Począwszy od „All the Best” zespół bawi się muzyką w najlepsze – trudno ukrywać zdziwienie, kiedy w tej piosence wyraźnie słyszymy echa rocka progresywnego! Żeby było zupełnie śmiesznie, kolejny „Keep Up” kradnie refrenowy hymn… A-HA! W „Juice” mamy rozmach rocka z lat 70. z solówką godną samego Slasha. A jeśli już trafi się ballada, to taka bardziej w stylu dystyngowanego rockowego i amerykańskiego środka („Everything is Ok”). White Lies nie mają ograniczeń, co przede wszystkim wychodzi w bogatych, momentami ocierających się o lekkie jamy aranżacjach (doskonały „Going Nowhere” który mógłby znaleźć się na… „Abattoir Blues” Nicka Cave). Szaleństwem jest końcówka płyty – swobodny, pełen rozmachu „I Just Wanna Win One Time” i wielki, wręcz eksperymentalny (jak na WL) finał „In the Middle”, gdzie nie przypominają w żadnym momencie siebie sprzed lat.
To grupa świadomych i bez obaw bawiących się muzyką artystów i choć trudno znaleźć tu murowane przeboje zamknięte w ramach prostych piosenek, zdaję sobie sprawę, że takie rozwiązanie było dla White Lies niemalże koniecznością. Być może stracą kilku fanów. Być może nie zagra ich radio. Stworzyli za to materiał, który zostanie z nami na dłużej i pozwala zespołowi obronić się przed muzyczną emeryturą. Zobaczymy co będzie dalej.
AREK LERCH
WHITE LIES - Warszawa, Progresja, 15.02.2026. Bilety TUTAJ



