Blues Fighters & Grzegorz Kupczyk

Ukazał się album "Firebird" poznańskiej grupy Blues Fighters & Grzegorz Kupczyk. Wokalista, znany między innymi z grupy CETI, dołączył do Blues Fighters już podczas prac nad tą płytą, ale zdążył odcisnąć mocne piętno na brzmieniu wydawnictwa. Grzegorz Kupczyk opowiedział nam o współpracy z Blues Fighters, kulisach powstania "Firebird" oraz obecnym statusie grupy CETI.
GS: Jak doszło do Twojej współpracy z Blues Fighters?
GK: Z tego, co ja pamiętam i co mi opowiadano, to doszło u nich do jakichś nieporozumień personalnych w zespole. Chłopaki przyjechali do mnie na moje ranczo i zaproponowali mi współpracę. Przyznam się szczerze, że byłem trochę zdystansowany z tego względu, że miałem naprawdę bardzo dużo pracy: próby, koncerty, różne inne przedsięwzięcia, tworzyłem muzykę do teatru i bałem się, że spieprzę im robotę. Oczywiście nie w kwestii wykonawczej, tylko organizacyjnej. Czyli że mogę nie mieć kiedy tego zrobić, będą na pewno problemy z koncertami i tak dalej. W końcu jednak doszliśmy do porozumienia. Darek Nowicki był bardzo zdesperowany, żeby mnie do tego namówić, no i dogadaliśmy się. Zrobiliśmy tę płytę trochę z doskoku, kiedy miałem wolny czas. Dlatego to tak długo trwało. Ale efekt jest fajny. Podoba mi się bardzo dobra atmosfera w zespole.
GS: A czy Wasz wzajemny stosunek podczas pracy nad tym albumem nie był trochę nacechowany różnicą w Waszym scenicznym stażu? Oni mają o wiele krótszy staż sceniczny od Ciebie.
GK: Nie. W gruncie rzeczy nie czuję tego typu dystansu, nawet jeżeli współpracuję z młodymi ludźmi. Czuję się bardzo świeżo i młodo, więc nie mam tego problemu (śmiech). Natomiast na pewno obawiałem się, na ile nasze style pracy się zgodzą, bo ja mam zupełnie inny sposób pracy niż Darek Nowicki. Ale okazało się, że to się wszystko jednak ładnie spięło. Te dwie rzeki połączyły się w jedną i płynęliśmy już bardzo zgodnie. Ani razu się nie sprzeczaliśmy, tylko czasem mieliśmy troszkę inne punkty widzenia na pewne sprawy.
GS: Z tego co wiem 70% płyty było już zrobione przed Twoim dołączeniem. Jakie zmiany nastąpiły w brzmieniu po tym jak przyłączyłeś się do Blues Fighters? Ta płyta jest momentami heavy metalowa.
GK: Trochę się śmiejemy, że jak dostałem to zaproszenie, jeszcze nie znałem materiału tego zespołu. Nawet pisałem oficjalnie na Facebooku, że będę nagrywał z zespołem bluesowym, że będzie to bardzo ciekawe, nowe doświadczenie. No ale cóż, przyszedłem na próbę, zaśpiewałem troszkę po swojemu. Dostałem też „rybki” linii melodycznych, które były zrobione. Zaproponowałem drobne zmiany i niektóre utwory zacząłem śpiewać mniej lub bardziej po swojemu. Trzymałem się tych rzeczy, które już były zrobione. Gdy już doszło do nagrań, to te utwory zaczęły nabierać takich, a nie innych kształtów. Śmialiśmy się w zespole że „chcieliście Kupczyka w zespole to macie”. To nie znaczy, że ja się tam jakoś wydzieram czy nie wiadomo co robię z głosem. Wszystko zostało zaśpiewane czystym, fajnym wokalem, bardzo melodyjnie. No ale potem jeszcze zaproponowałem do współpracy Łukasza Jakubowicza. No to wtedy, jak już doszły te organy Hammonda, to już było wiadomo, co się wydarzy. Marysia Wietrzykowska czyli keyboardzistka zespołu CETI powiedziała: „No tak, jak jest Kupczyk i Jakubowicz, to będzie Deep Purple”. No i rzeczywiście tak się stało. Gitarzysta Wojtek Kubiak też podszedł do tematu bardzo rozsądnie. Powiedział: „Grzegorz, ja poprawię to brzmienie gitar, nagram je na nowo, bo chcę sprawdzić jak zaśpiewasz, żebym mógł te wszystkie rzeczy dopasować do twojego wokalu, a nie do wokalu Chucka”. No i tak też się stało, co spowodowało, że całość zabrzmiała tak, a nie inaczej. Zresztą my się z Wojtkiem Kubiakiem znamy blisko pół wieku w związku z czym wiedziałem, co i jak może zagrać. Ale tutaj, przyznaję, na tej płycie mnie bardzo zaskoczył. Zagrał bluesowo, bardzo dojrzale. Na tej płycie wydarzyły się dziwne rzeczy, bo niby to jest blues, niby nie blues, niby rock. Generalnie uważam, że to jest płyta bardzo hard rockowa, bardzo klasyczna, aż do bólu. Ja nie wiem, czy w Polsce ktoś tak gra. W każdym bądź razie jest to taka klasyka oparta tak jak kiedyś właśnie na kanwie bluesa. Z drugiej strony na albumie jest kompozycja „Trouble”, która jest swingowa i bardzo jazzowa.
GS: Śpiewasz tam jak Elvis Presley...
GK: Właśnie, to zupełnie inna bajka. A jednak żeśmy się w tym wszystkim zgodzili i powstało coś bardzo wyjątkowego, z czego jestem bardzo zadowolony.
GS: „What is love?” to z kolei piękna ballada, która brzmi jak Whitesnake.
GK: Ach, to jest cudowny utwór. Pamiętam, że przyszedłem na próbę zespołu i Darek mi zaprezentował „rybkę” wokalną. Zagraliśmy to, ja to trochę zaśpiewałem po swojemu. Już potem w domu przeanalizowałem przebieg tego wszystkiego. Przyszedłem do studia, pokazałem mu nieco poprawiony przeze mnie tekst i powiedziałem mu: „Wiesz co, ja to zaśpiewam w inny sposób”. Kiedy to zrobiłem to wszystkim w studio szczęki opadły. Okazało się, że ten utwór nabrał zupełnie innego klimatu. I to jest jedna z tych piosenek, które zrobiliśmy razem. Ta kompozycja tak mnie nawiedziła i zainspirowała, że potem dość sporo czasu poświęciłem na budowanie chórków, partii wokalnych, różnych dubli. No i wyszło przepięknie. Bardzo lubię ten utwór.
GS: W której odsłonie stylistycznej na tej płycie czułeś się najbardziej komfortowo: bluesowej, swingowej czy heavy metalowej?
GK: Tutaj Cię zaskoczę, ale najwięcej przyjemności sprawiło mi zaśpiewanie utworu „Trouble”, bo to było coś, o czym marzyłem od lat. Do tego stylu przymierzam się też od dawna, bo bardzo chciałbym nagrać materiał, wydać płytę z materiałem w takim właśnie swingowym klimacie, więc to mi sprawiło najwięcej przyjemności. Ale nie ukrywam, że każdy z tych utworów wprawił mnie w takie przyjemne zawirowania. „What Is Love?” czy “Dancing in the Night” to są takie kompozycje , które spowodowały we mnie bardzo pozytywne wibracje i bardzo dobrze mi się je śpiewało, włącznie z tym bluesem. I ta płyta też jest dla mnie pod tym względem jest bardzo ważna, jako że mogłem się wykazać szerszym wachlarzem umiejętności wokalnych
GS: Przewidujecie dalszy ciąg tej współpracy?
GK: Myślę, że tak, bo już planujemy co, gdzie i kiedy zrobić. Natomiast wszystko teraz i tak kręci się wokół tej płyty. Myślę, że prace nad nowym materiałem rozpoczniemy w przyszłym roku, aczkolwiek na razie bardziej planujemy sprawy koncertowe na 2026 rok niż nagraniowe. Zresztą ja bym też nie chciał robić płyt taśmowo. U mnie akurat tak się ostatnio składa, że te albumy z moim udziałem wychodzą bardzo często, a też trzeba to troszeczkę ograniczyć.
GS: A na koniec zapytam Cię o CETI. Jaki jest status tego zespołu?
GK: CETI uśpiłem, ale nie zawiesiłem. Po prostu zająłem się po latach wreszcie tym, na co mnie namawiano wiele razy, a mianowicie, że powinienem przestać chować się pod skorupą nazw i zespołów, w związku z czym zadbałem troszkę o siebie. A fakt, że nasza keyboardzistka Maria Wietrzykowska musiała zawiesić działalność artystyczną, spowodował, że zespół jakby stracił swoją duszę. Marysia wytwarzała swoją grą i obecnością bardzo dużo bardzo pozytywnej energii i nadawała temu zespołowi stylu. Potem, kiedy zaczęliśmy grać bez niej, no to zespół zaczął się zatracać, zaczęliśmy grać jakieś dziwne rzeczy. To zupełnie nie leżało i nie leży w mojej naturze. Oczywiście płyty są bardzo dobre, ja ich nie neguję, ale ja jestem bliższy płytom „LAMIASTRATA”, „Shadow of the Angel”, czy nawet „Oczy Martwych Miast”. I kiedy Marysi zabrakło, to wytrzymałem jeszcze chyba rok. Pograliśmy trochę koncertów i postanowiłem się zająć swoimi sprawami. Czekam cierpliwie, czy Marysia kiedykolwiek będzie mogła wrócić i wtedy podejmę decyzję, czy ciągnąć to dalej, czy nie. Aczkolwiek w tym roku jest 35-lecie ukazania się pierwszej płyty CETI, więc być może przygotuję jakąś serię koncertów z tym albumem. Ale wszystko zależy od tego czy Marysia będzie chciała zagrać, czy nie i wtedy będzie też można podjąć wiążące decyzje.
FOTO: Magdalena Zając



