Datûra

WywiadMaciej MajewskiDatûra
Datûra

Datûra łączy w swej twórczości brzmienia post-metalu, progresji i dark-folku. Mantryczne melodie i opowieści z pogranicza snu i jawy wyśpiewywane głosem Michaliny Mai Rutkowskiej, przeplatają się z dzikimi rytmami i krzykami rozpaczy otulonymi kojącymi śpiewami i atmosferycznymi gitarami. Zespół właśnie wydał pierwszy album zatytułowany "Obsidian”, a o jego niuansach opowiedzieli mi wspomniana Michalina oraz gitarzysta Albert Stąpór.

MM: "Overdose of thoughts/I choke on unspoken words" - to pierwsze słowa jakie padają w otwierającym "Obsidian" singlowym utworze "Venom". Czy to znaczy, że lata kontemplowania i badania natury umysłu Cię przerosły/zmęczyły?

MMR: Haha, można tak powiedzieć. Ten fragment odnosi się do specyficznego stanu przebodźcowania, który często towarzyszy mi i wszystkim introwertycznym osobom, gdy spędzają zbyt dużo czasu wśród zgiełku, otoczeni tłumem ludzi. Można powiedzieć, że życie w dużym mieście mnie przerosło.

MM: Niewypowiedziane słowa pojawiają się też w utworze tytułowym. Co jest ważniejsze na tej płycie: myśli, czy kontakt z naturą?

MMR: O, proszę. Nie zauważyłam, że w utworze "Obsidian" pojawia się ta sama fraza. To bardzo ciekawe, że można odnaleźć wiele wspólnych motywów, kiedy przegląda się teksty wszystkich ośmiu utworów. Sama się dziwię (śmiech). "Obsidian" porusza akurat nieco cięższe tematy. Tam fraza ‘unspoken words’ odnosi się do skrywanej tajemnicy. Czegoś, czego nie można powiedzieć, a od czego mogą zależeć losy innych ludzi. Tekst w "Obsidian" to zlepek kilku mrocznych historii. Jeśli się dobrze poszuka, można tam nawet znaleźć tytuł pewnego horroru, a także nazwę, będącą odniesieniem do nazwy pewnego ambientowego zespołu. Tym horrorem jest "Matka Łez" Dario Argento, a zespół to How to Disappear Completely, którego swego czasu dużo słuchałam. Poza tym chyba ciężko powiedzieć, co jest ważniejsze. Myśli są częścią natury, a kontakt z nią jest ważny. A jeśli nawiązujesz do mojego wyjaśnienia tekstu "Venoma", to bardziej chodziło o to, by natłok myśli nie zagłuszał głosu intuicji.

MM: Ten natłok myśli znalazł ujście w muzyce, czy to muzyka powstała najpierw?

MMR: Myślę, ze znalazł ujście w pisaniu tekstów i krzyczeniu ich na koncertach (śmiech).

AS: Generalnie to jak pisaliśmy utwory, to najpierw powstawała muzyka, a później pod wpływem emocji jakie niesie utwór Maja pisała teksty

MMR: Tak. I ten proces trwał dosc długo. Większość utworów komponował Albert z pomocą Roberta. Później utwory ewoluowały na próbach. Wokale, które wymyślałam początkowo nie miały tekstu. Tworzyłam melodie, którym towarzyszył wyimaginowany język. A później głowiłam się przez długi czas, jakie słowa najlepiej pasowałoby do takiej linii melodycznej, do takich brzmień głosek i do takiego rytmu, który stworzyłam.

MM: Utwory są dość długie, więc kto miał tu więcej pola: Albert i Robert, czy Ty z wokalem i tekstami?

AS: Hm, kilka utworów napisaliśmy z Mają na początku - przynajmniej w części. Resztę, jeśli chodzi o ‘szkielet’ kawałka, robiliśmy z Robertem w domu. Czasem było tak, że pod wpływem partii wokalnej, którą wymyśliła Maja, utwór się trochę zmieniał. Dużo też zmienialiśmy na samych próbach, kiedy kawałek można było przetestować, czy działa. Jak coś nie działało, to zmienialiśmy, więc w każdym numerze tak naprawdę wszyscy mają swój wkład, nawet jeśli mały.

MMR: Jak teraz na to patrzę, to proces komponowania był dość złożony. W przypadku "The Valley" na przykład, szkielet utworu wymyślił Robert jakieś kilka lat wstecz. Natomiast początek "The Ocean" wymyśliłam pod wpływem jakiegoś spontanicznego riffu granego przez niego na próbie. "Back To Your Grave” to tez był kawałek, którego szkielet wymyśliłam, a następnie chłopaki go upiększyli. Z kolei "To The One Who Runs At Night" to był pewien ambientowy projekt Alberta, wymyślony lata wstecz. Wysłał mi go jako ciekawostkę, a ja od razu poczułam, jakie wokale powinny się tam znaleźć.

MM: A ta plemienność we wspomnianym "The Valley" wyszła naturalnie?

AS: Z "The Valley" jest fajna historia, bo powstał na podstawie utworu, który Robert napisał na swoich pierwszych warsztatach z produkcji muzyki. Był w pełni elektroniczny i brudny, ale jak mi go pokazał tuż po tym, jak dołączył do Datury, to od razu mi podeszło. Po jakimś czasie przyszedł pomysł, żeby przerobić go trochę na modłę folkową.

MMR: Początek grany na akustyku wyszedł świetnie i kiedy chłopaki mi go podesłali, to ucieszyłam się, bo poczułam, ze idziemy w dobrą stronę. To było transowe, monotonne i można było w to wpakować dużo treści. Wydaje mi się, że te rytualne bębny i moje szamańskie krzyki ,musiały powstać na próbie, gdy ćwiczyliśmy ten utwór.

MM: No właśnie - te growle czasem zastanawiają, bo nie śpiewasz w ten sposób najmocniejszych części tekstu. Które zatem partie wybierałaś pod krzyk?

MMR: Teksty powstawały w najpóźniejszej fazie kompozycji. Myślę, ze najbardziej ‘bolesne’ momenty, to te na końcu utworu "Obsidian", które są krzyczane, a także momenty growlu w "Venomie". Czasem bywało po prostu było tak, że wiedzieliśmy, w których partiach przyda się krzyk. Można powiedzieć, że znaczenie, jako takie już było zawarte w samym śpiewie, w krzyku, czy innej ekspresji wokalnej, a wystarczyło to znaczenie jeszcze oprawić tekstem.

MM: Płytę miksował i masterował Malta. A kto produkował?

AS: Nagrywki perkusji i wokalu też były pod opieką Malty. Resztą zajęliśmy się sami w domu, więc nie było jako takiej figury producenta.

MM: Wspomnieliście już o tytułowym utworze, który jest zarazem najdłuższy. To on mimowolnie stał się tytułem płyty, czy stoi za tym jakaś inna historia?

AS: Tytuł wymyślaliśmy już po nagraniach. Były 3 propozycje i wszystkie od tytułów utworów. Padło na "Obsidian" bo to po prostu zręczna nazwa

MMR: Zastanawialiśmy się też nad "To The One Who Runs At Night", ale nie każdy mógł oswoić się z tak długim tytułem.

AS: Bez wskazywania, kto nie mógł (śmiech).

MMR: "Obsidian" brzmiał lepiej jako tytuł albumu. Poza tym bardzo dużo ludzi lubi ten utwór na żywo. Zawsze po koncercie ktoś podchodzi i mówi, ze miał ciary, słuchając akurat tego kawałka. Chcieliśmy być tacy fajni z tym długim tytułem - wiesz, tacy eksperymentalni jak kanadyjskie zespoły post-rockowo-jazzowo-ambientowe, ale nie wyszło (śmiech).

MM: Zastygła lawa symbolizuje w tym wypadku muzykę Datury?

AS: Nie myśleliśmy raczej o tym w ten sposób.

MMR: Tu bardziej chodzi o obsydianową czerń. "Obsidian" tez powstał ze spontanicznego riffu Roberta, granego na próbie - chodzi głównie o początek kawałka. Od razu podłapałam, że to będzie chwytliwy motyw i kazałam mu grać to w nieskończoność (śmiech). Nagraliśmy to dyktafonem, a dyktafon wymyślił jakąś losową nazwę pliku i było to słowo Smoła. Wszystkie nasze utwory mają swoje nazwy robocze i "Smoła" to robocza nazwa utworu "Obsidian", który de facto też nawiązuje do czerni.

AS: Pamiętam to dokładnie. Miałem jakąś darmową aplikację typu dyktafon na telefonie i ona była przetłumaczona na Polski dość... no krzywo. Możliwe że automatycznie. I można było tam ustawić "pitch", a aplikacja przetłumaczyła nazwę tego suwaka jako "smoła" A że smoła nie brzmi zbyt dostojnie na tytuł kawałka, to padło na "Obsidian" (śmiech).

MMR: Obsydian był materiałem, z którego tworzono lustra w sztuce tajemnej. Krótko mówiąc - takie lustro daje wgląd w siebie i w swój własny ‘cień’. "Smoła" brzmi super, jeśli jest się black metalowym zespołem, grajacym black metalową poezje śpiewaną po polsku (śmiech). W jednej z recenzji ktoś napisał, że gramy właśnie black metalowa poezje śpiewaną (śmiech).

AS: Jest poezja i jest śpiewanie, więc w 2/3 się w sumie zgadza.

MMR: Tylko że my wolimy angielski. Jest zgrabniejszy, bardziej plastyczny i można z takimi tekstami trafić do szerszego grona.

MM: Ponad godzinny album debiutancki nie zdarza się zbyt często w dzisiejszych czasach. Zapytam mimo to przekornie - czy weszły na niego wszystkie utwory, jakie przygotowaliście?

AS: Prawie. Jeden utwór odpadł

MMR: Niektóre utwory były już gotowe, gdy wydawaliśmy ep-kę, ale postanowiliśmy strategicznie wydać najpierw krótszy materiał, a później wyskoczyć z lonplayem pełną mocą.

AS: Inna sprawa, że po prostu chcieliśmy wypuścić wszystko, co mamy i z czego jesteśmy zadowoleni, żeby nie było zjawiska, jak przy wielu zespołach, że są odrzuty z poprzedniej płyty na następnym albumie. W tym momencie nie mamy już nic, więc jest poczucie świeżego startu.

Foto: Beata Wiśniowska

Powiązane materiały