Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeWywiadyDezerter
Dezerter

Dezerter

Wywiad21.02.2026Ewelina MarekDezerter
Dezerter

Czterdzieści pięć lat na scenie to moment, w którym wiele zespołów zaczyna żyć archiwami. Nie Dezerter. 13 lutego ukazał się "Wolny wybieg", album, który zamiast pełnić rolę jubileuszowej laurki, komentuje nową rzeczywistość trafnie, boleśnie i mocno. Kiedy w latach 80. głównym przesłaniem był utwór „Spytaj milicjanta”, wróg miał twarz systemu. Dziś klatka jest subtelniejsza. Mieści się w kieszeni, świeci ekranem i mówi, że wszystko robimy z własnej woli. „Wolny wybieg” to manifest przeciwko tej iluzji: opowieść o społeczeństwie, które uwierzyło, że scrollowanie to wolność, a algorytm to neutralne narzędzie. Więcej o nowej płycie opowiedział perkusista, autor tekstów, okładki i lider Dezertera, Krzysztof Grabowski.

EM: Najnowszy album „Wolny wybieg” jest dowodem na to, że muzyka Dezertera nadal opiera się przede wszystkim na przekazie.

KG: Nie do końca się z tym zgadzam. Przekaz sam w sobie nie ma takiej mocy jak ten podparty dobrą muzyką, która go wzmacnia i sprawia, że ma on większe szanse dotrzeć do odbiorcy. Nie zawsze czytając wiersz czujemy te same emocje, które towarzyszą osobie, która go pisała. Z określonym dźwiękiem obraz jest jednak pełniejszy i łatwiej odebrać zarówno przekaz jak i ładunek emocjonalny.

EM: Czy wolny wybieg obrazujący pozorną wolność można potraktować jako motyw przewodni całej płyty?

KG: Tematyka płyty jest dość szeroka, chociaż wyraźnie dominuje motyw naszej zależności od tego co dostarczają nam cyfrowe korporacje technologiczne. W bezwzględny sposób wykorzystują nasze lenistwo, ciekawość, zamiłowanie do plotek, sensacji i silnych emocji. To obraz społeczeństwa funkcjonującego w obecnych realiach, portret nad którym warto się poważnie zastanowić. Śpiewamy o tym, że mamy wolność wyboru, ale nie zawsze chcemy z niej skorzystać. I to jest w tym kontekście dość istotne.

EM: Okładka płyty bardzo mocno to podbija: uśmiechnięty mężczyzna w klatce, silny kontrast między pozornym szczęściem a uwięzieniem.

KG: Kiedy zaproponowałem zespołowi tytuł "Wolny wybieg", nie wszyscy byli przekonani. Po poprzedniej płycie "Kłamstwo to nowa prawda", która była mocnym, bezpośrednim ciosem ten tytuł wydawał się zbyt miękki, mało wyrazisty. Powiedziałem wtedy: "poczekajcie, mam pomysł na obraz, który nada temu sens. Jeśli zagra z tytułem, zostajemy przy nim". Pokazałem im swój projekt młodego, uśmiechniętego mężczyzny z ptasią klatką na głowie. I wtedy wszystko stało się jasne.

EM: Czy ten „zadowolony” człowiek za kratami jest przełożeniem waszej wizji współczesnego społeczeństwa? Ta grafika jest jak manifest.

KG: To symbol współczesnego człowieka. Mamy ogromną wolność, przynajmniej w teorii, ale sami zamykamy się w klatkach. W bańkach informacyjnych, które wybieramy dobrowolnie. Nikt nas do nich nie zmusza. Jesteśmy zachęcani, kuszeni, projektowani tak, żebyśmy chcieli w nich zostać. Klikanie ma być przyjemne. A każde kliknięcie przynosi komuś pieniądze.

EM: W dzisiejszym świecie trudno nie klikać. Klikamy, żeby sprawdzić rozkład jazdy czy kupić kawę. Albo żeby po prostu szybko sprawdzić jakąś informację.

KG: Paradoks polega na tym, że w kieszeni nosimy narzędzie, które pozwala zweryfikować niemal każdą informację. Możemy sprawdzić fakty, zajrzeć do książek, dotrzeć do źródeł. A jednak wolimy wierzyć w jednozdaniowe hasła, w obrazki, w nienawiść rozlaną w sieci. Nie sprawdzamy z lenistwa albo ze strachu.

EM: Strachu przed czym?

KG: Sprawdzenie mogłoby zaboleć. To trochę jak z pacjentem, który nie chce znać diagnozy. Dopóki jej nie usłyszy, może udawać, że wszystko jest w porządku. Weryfikacja wymaga odwagi. A odwaga nie jest dziś towarem pierwszej potrzeby.

EM: W waszych tekstach regularnie powraca wątek cichego przyzwolenia i obojętności. Czy mimo rosnącej świadomości i głośnych impulsów, jak film Wojciech Smarzowski „Dom Dobry”, społeczeństwo naprawdę się zmienia w kwestii przemocy i obojętności, czy jedynie przeżywa chwilowe przebudzenia, po których znów zapada cisza?

KG: Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że społeczeństwo się nie zmienia. Generalnie gatunek ludzki się nie zmienia. Zmieniają się okoliczności, narzędzia, technologia. Mentalność pozostaje ta sama. Ludzie nie uczą się na błędach. Owszem, gdy wydarza się tragedia, jak wojna, kolejne dwa pokolenia jeszcze pamiętają. Pierwsze z własnego doświadczenia, drugie z opowieści. Trzecie trochę, bo coś usłyszy w szkole. Ale czwarte pokolenie? Ono już nie jest w stanie sobie wyobrazić, do czego ludzie są zdolni wobec siebie nawzajem. Stąd ta dzisiejsza fala faszyzujących tendencji w polityce. Podważanie okrucieństw drugiej wojny światowej, negowanie Holokaustu czy komór gazowych zaczyna funkcjonować niemal bez większego oporu. Ktoś się puknie w głowę, ktoś wzruszy ramionami i równolegle zaczyna istnieć pseudoprawda. To dla mnie dowód, że mentalnie pozostajemy tacy sami. Zawsze jest podobny procent ludzi wrażliwych i podobny procent tych, którym jest wszystko jedno.

EM: A co z naszą reakcją na codzienną, znormalizowaną przemoc?

KG: Cieszę się, że film Smarzowskiego na chwilę poruszył opinię publiczną i że część kobiet odważyła się zareagować. To ważne. Ale zobaczymy, jak długo to się utrzyma. Świadomość społeczna nie jest dana raz na zawsze. To raczej zrywy, po których wszystko wraca do normy, jakbyśmy niczego się nie nauczyli. Dlatego warto takie zjawiska zauważać w muzyce, filmie, w sztuce w ogóle. To daje impuls. Może nie zmienia świata trwale, ale przez chwilę zmusza do refleksji. Ja podchodzę do świata racjonalnie. Wiem, że go nie zmienię. Ale próba zmiany sama w sobie ma wartość. Jeśli się nie próbuje, jest się przegranym na starcie. A kiedy się próbuje zawsze istnieje choćby jeden procent szansy, że coś się uda.

EM: Czasem się udaje.

KG: Dlatego warto pisać piosenki z tekstem zaangażowanym. Takim, który choć trochę skłoni do myślenia. I właśnie to próbujemy robić.

*EM: Dlatego w tytułowym utworze piszesz: „silni robią to, co chcą, a słabi to, co muszą”. Czy w kontekście świata cyfrowego oznacza to, że bycie silnym to życie poza nim? Na czym więc polega ta siła?*

KG: To cytat Tukidydesa. Odnosi się do starożytnych wojen między greckimi polis, do relacji między atakującymi a atakowanymi. Jedno z miast poddało się, mając zapewnienie, że nic złego się nie stanie. Po kapitulacji umowy zostały złamane, część mieszkańców wymordowano. Sens był prosty: silni robią to, co chcą, słabi to, co muszą. Silni bywają bezkarni. I do tego trochę nawiązuje ten cytat. Świat cyfrowy jest dziś takim światem bezkarnym. My, zwykli obywatele, nie mamy realnego wpływu na to, co wymyślą i zrobią z nami wielkie firmy technologiczne. Te tak zwane social-media już ani nie są „social”, ani nie są mediami. Nie mają wiele wspólnego ani ze społecznością, ani z rzetelnym przekazem. Stały się narzędziem zarabiania pieniędzy, wykorzystującym naiwność przeciętnego użytkownika. Oczywiście każde narzędzie można wykorzystywać na różne sposoby. Problem w tym, że dziś te platformy nie są projektowane jako społeczne łączniki, tylko jako maszyny do generowania kolejnych miliardów. I rzeczywiście stajemy się od tego świata zależni. Nie dlatego, że tak wybraliśmy, ale dlatego, że każda nowinka technologiczna tworzona przez duże firmy powstaje przede wszystkim po to, by przynosić im zysk. My mamy wrażenie, że korzystamy z czegoś „za darmo”. Trochę nam się wydaje, że jesteśmy beneficjentami. Ale to nie my nimi jesteśmy, tylko oni. W tym sensie silni zrobią to, co będą chcieli. A my będziemy musieli się na to zgodzić. I jest w tym sporo bezsilności. Taki krzyk rozpaczy.

EM: Czy w takim razie w świecie zdominowanym przez algorytmy można jeszcze być niezależnym zespołem zwłaszcza punkowym? To się przecież trochę wyklucza. Z drugiej strony algorytmy warunkują dziś istnienie, zasięgi, widoczność. Nie da się ich całkowicie ominąć. Na ile więc można zachować niezależność?

KG: Zdecydowanie można. Przede wszystkim trzeba próbować. A jeśli się próbuje, zawsze istnieje szansa, że coś się uda. Korzystanie z narzędzi nie oznacza automatycznie poddania się dyktatowi ich twórców. Zapałki mogą posłużyć do rozpalenia ognia i ugotowania obiadu albo do podpalenia komuś stodoły. To może prymitywne porównanie, ale oddaje sens sprawy. Narzędzia technologiczne możemy wykorzystywać zgodnie z własnymi potrzebami, na ile to możliwe, albo zgodnie z kierunkiem narzuconym przez ich projektantów. Możemy być małpkami, które tylko scrollują i klikają. Scrollują i klikają. Tak dziś wygląda choćby TikTok.

EM: A z drugiej, „dobrej” strony...

Możemy korzystać z pierwotnej funkcji przekazywania i odbierania informacji. To trochę jak kiedyś z prasą drukowaną, która dziś właściwie zanika. Z potoku informacji można było wybrać te, które nas interesowały. W czasach PRL-u była jeszcze dodatkowa warstwa — czytanie między wierszami. Autorzy byli cenzurowani, więc pisali kodem. Część odbiorców ten kod rozumiała. Z dzisiejszymi „nie-mediami nie-społecznościowymi” jest podobnie. Można z nich korzystać po swojemu i zachować niezależność. Oczywiście algorytmy premiują mainstream. Więcej wyświetleń napędza kolejne wyświetlenia, potem kolejne, aż w końcu stadion i miliony. W przypadku zespołów takich jak Dezerter to i tak niemożliwe. Nie gramy muzyki popularnej na tyle, by budować masową skalę i nie jest nam to potrzebne. Nie chcemy zniżać się do poziomu dbania o klikalność. Od zawsze robimy to, co uważamy za słuszne. Albo się będzie klikało, albo nie. To loteria, na którą nie mamy wpływu. Nie zamierzamy jednak brać udziału w wyścigu do klikalności.

EM: Dlatego możemy posłuchać na nowej płycie pesymistycznego utworu "Lepsze jutro było wczoraj", który brzmi jak ostatni akt beznadziei? To znaczy, że nie ma już dla nas szans? Może istnieje nadzieja, że społeczeństwo zacznie myśleć samodzielnie, a nie algorytmicznie?

KG: Odpowiedź jest w tekście "Źródło". Refren stawia proste pytanie: czego chcemy? Czy wybieramy świat przesiąknięty internetowym szambem — nienawiścią, chaosem, bajzlem? Czy wybieramy sprawdzanie źródeł i próbę bycia trochę mądrzejszym? Wybór istnieje. Szansa istnieje. Czy z niej skorzystamy? Obawiam się, że niekoniecznie. Ale ktoś skorzysta. I znów wracamy do początku: jeśli choć jedna osoba się zatrzyma, zastanowi i dokona lepszego wyboru to już jest małe zwycięstwo.

EM: Dezerter znów obok refleksji podsuwa też rozwiązania. O czym więc jest utwór "Bajka"? Bo bajki są dziś wszędzie. Trochę jak pułapki. Obietnice pseudospecjalistów w cyberprzestrzeni, cudowne produkty, które mają naprawić życie...

KG: Zaczęło się od skojarzenia religijnego. Ludzie wierzą w opowieści religijne, traktując je bardzo serio. A ja mam takie spostrzeżenie, że człowiek ma w sobie mechanizm potrzeby prostych odpowiedzi na pytania, na które odpowiedź byłaby zbyt skomplikowana. Zamiast mierzyć się z czymś trudnym, wolimy podeprzeć się gotowcem. A te gotowce to często właśnie bajki. Cały system religijny jest oparty na takiej opowieści.

EM: Jak mitologie.

KG: Dokładnie. Ale to nie dotyczy tylko religii. Ktoś mówi, że anteny telefoniczne zabijają. Ktoś inny, że medycyna jest zła i trzeba dziecko leczyć domowymi metodami rodem z zabobonu. Pamiętasz nowelę „Antek” Bolesława Prusa? To opowieść o XIX-wiecznych wiejskich zabobonach. Dziecko miało gorączkę. Przyszła „znachorka” i kazała włożyć je do pieca, bo „to pomoże”. I zobacz, minęło dwieście lat, a tacy ludzie wciąż funkcjonują w społeczeństwie. I inni w to wierzą.

EM: Pandemia wyraźnie obnażyła to zjawisko.

KG: Właśnie. To jest trochę o tym. Ludzie mają w sobie potrzebę wiary w bajki. A najgorsze jest to, że kiedy już w coś uwierzą, chcą, żeby inni wierzyli w to samo. I zrobią wszystko, żeby tak było. Kiedyś przy pomocy ognia i miecza, dziś przy pomocy Internetu. Mechanizm jest ten sam. Sekty działały tak przed Internetem i działają teraz. To osobny temat, a jednak wspólny z całą płytą. Ludzie wciąż dają się łapać na manipulacje i wierzą w głupoty.

EM: W tekstach nie zabrakło też wątku politycznego. Przeglądałam komentarze na YouTube. Hojnie komentują wierni fani. Jeden komentarz szczególnie mnie uderzył: „Surowa energia jak 40 lat temu. Wtedy byli Polacy i wroga im władza, dziś mamy dwie Polski. Nie do sklejenia. Jad nienawiści sączy się zbyt długo”. Coś w tym jest. W latach 80. Rzeczywistość była inna. Z historii wynika, że ludzie bardziej solidaryzowali się przeciwko władzy. Dziś ci sami ludzie bywają dla siebie wrogami.

KG: To trochę mitologizowanie tamtych czasów. Jak mówiłem wcześniej społeczeństwo się nie zmienia. Zawsze jest pewien procent koniunkturalistów, pewien procent konformistów i niewielka grupa aktywistów, którzy chcą coś zmienić. Te proporcje są stałe. Zmienia się tylko otoczenie. W latach 80. Łatwiej było wskazać wroga, bo był zewnętrzny, bardziej czytelny, choć wspierany przez część rodaków. Dziś podział jest inny i niestety od kilkunastu lat mocno nakręcany przez polityków. Spirala niechęci się napędza. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby politycy między sobą się nienawidzili. Mam ich w nosie. Problem w tym, że to przekłada się bezpośrednio na społeczeństwo, a nawet na rodziny. Są domy, w których ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać przy świątecznym stole.

EM: Ciekawe jak to możliwe, że aż tak nie potrafimy się komunikować i akceptować wzajemnie swoich punktów widzenia.

KG: Używamy tych samych słów, ale one znaczą coś innego dla każdej ze stron. „Złodziej” dla jednych oznacza jedno, dla innych coś zupełnie innego, szczególnie w odniesieniu do polityków. Ludzie wierzą w bajki, ale też bezrefleksyjnie wierzą manipulatorom i zawodowym kłamcom. A politycy manipulują i kłamią. To część ich pracy. Jeśli ktoś wierzy w każde ich słowo jak w świętość, nie da się go przekonać żadnym argumentem. Można dyskutować z kimś, kto się zastanawia. Z ultrasem nie. Piosenka „Słowa” upraszcza rzeczywistość do dwóch stron sporu, choć tych stron jest więcej. Generalnie jednak mamy dwa obozy. Jedni rozumieją wolność tak, drudzy inaczej. I między nimi nie ma porozumienia.

EM: Czy na to też masz receptę?

KG: Nie mam lekarstwa na tę sytuację. Chyba że zaczniemy od zera ustalać znaczenia słów. Wspólnie. Jeśli ktoś ukradł, jest złodziejem. Słowo ma znaczyć dokładnie to. A nie że „nie ukradł, bo zrobił coś dobrego”. Bez wspólnego języka nie ma porozumienia.

EM: Jak to właściwie jest pisać punkowe utwory? One mają mocny, skondensowany przekaz jak skrót dużo bardziej rozbudowanych myśli. Czy dobór tych mocnych słów przychodzi Ci łatwo? Czasem mam wrażenie, że w jednym zdaniu zawierasz dwadzieścia, które masz w głowie.

KG: Napisałem książkę "Przyjeżdżajcie, będzie super", która ukazała się dwa lata temu. Jeden z rozdziałów poświęciłem tam właśnie procesowi pisania. Jeśli ktoś chce wejść głębiej — polecam. Nie ma jednej metody. Czasami wpada myśl, która wydaje się na tyle dobra, że zapisuję ją i rozwijam. Wtedy tekst potrafi powstać w godzinę, gładko. A bywa tak, że notuję coś i wracam do tego wielokrotnie, ale nie potrafię tego wydobyć z głowy. Wiem, że to gdzieś tam jest, tylko nie umiem tego nazwać. Zdarza się, że impulsem jest muzyka z próby. Nagle słyszę klimat i wiem: o, to tu było schowane. Czasem chodzi o znalezienie jednego słowa klucza. Mam myśl, czuję piosenkę, ale nie potrafię jej zapisać. Potrafię chodzić z nią tydzień albo dwa. Piszę, kasuję, wyrzucam do kosza. I w końcu coś się łączy, styki zaskakują, siadam, i piszę. Zdarza się, że piszę coś i następnego dnia czytam: „o, wyszło dobrze”. Ale bywa też odwrotnie. Wydaje się świetne, a rano myślę: „to jest żenada”.

EM: Czyli za prostym, mocnym przekazem często stoi skomplikowany proces. My widzimy tylko wisienkę na torcie, a za nią bywa długa praca, jak przy malowaniu obrazu.

KG: Zdecydowanie staram się, żeby teksty były przemyślane. Nie chcę pisać rzeczy błahych ani „na siłę”. Wiem, że są artyści, którzy w studiu dopisują coś na kolanie, bo wcześniej nie mieli pomysłu. Staram się do tego nie dopuszczać. Chcę, żeby tekst był gotowy i przemyślany wcześniej. Poza tym nie piszę tylko dla siebie. Piszę dla Roberta, który to śpiewa i musi się z tym identyfikować. Jest też Jacek, który czyta teksty i zgłasza uwagi. Czasem jednak trzeba coś zmienić, żeby myśl była bardziej uniwersalna. Bywa też odwrotnie, trzeba dopasować tekst do muzyki. Robert ma linię wokalu i potrzebuje, żeby coś było łatwiejsze do zaśpiewania. Zmienia się szyk wyrazów, coś się dodaje, coś ujmuje. To też część procesu.

EM: Wspomniałeś o studiu. Sama sesja trwała cztery dni w październiku ubiegłego roku. Dlaczego więc album ukazał się dopiero w połowie lutego?

KG: Nagranie partii zespołu zajęło cztery dni. Ale potem jest miks. Osobny, długi proces. Realizator pracował w Łodzi, wysyłał nam wersje, my odsyłaliśmy uwagi. Pojawiały się kolejne poprawki. To trwało prawie miesiąc. Pierwotnie planowaliśmy premierę na koniec stycznia. Tak ustaliliśmy z wydawnictwem Mystic Production — podobnie jak przy poprzedniej płycie "Kłamstwo to nowa prawda". To był dobry termin, bo rynek był wtedy mniej nasycony nowościami. Tym razem jednak produkcja, przez święta i dni wolne, przeciągnęła się. Tłocznia mogła zakończyć pracę dopiero na początku lutego, potem wysyłka. Pierwszy realny termin to 13 lutego. To nie była obsuwa. Po prostu technikalia.

EM: Na tyłach okładki pojawia się podziękowanie dla Bartka Mieszkuńca za użyczenie gitary Gibson. Co się stało z „etatową” gitarą zespołu?

KG: Nic się nie stało. Po prostu ten Gibson brzmiał w studiu lepiej w połączeniu z wybranym wzmacniaczem niż gitary, na których Robert zwykle nagrywa. W studiu The Boogie Town mieliśmy do wyboru różne wzmacniacze. Robert testował i w niektórych utworach właśnie Gibson pasował idealnie. Bartek, właściciel studia, powiedział: „weź ją, nagrywaj na niej”. I tak zrobiliśmy. A podziękowanie na płycie było naturalnym gestem.

EM: To chyba dobry moment, żeby zahaczyć jeszcze o temat koncertów. Od lat jeździcie na festiwal w Jarocinie, który zmieniał się razem z rzeczywistością. Jak zmienił się odbiór fanów?

KG: Zacznę od koncertów klubowych, bo to najlepszy sprawdzian. Od kilku lat obserwujemy bardzo szeroki strumień młodych ludzi. Mamy dziś trzy pokolenia na koncertach. Jest nasze pokolenie, kiedyś najliczniejsze, dziś już niekoniecznie. Jest pokolenie czterdziestolatków – chyba obecnie trzon publiczności. I coraz liczniej pojawiają się dwudziestolatkowie. To fenomenalne. Najbardziej cieszy, kiedy widzę młodych ludzi śpiewających teksty starych utworów. To znaczy, że słuchają dawnych płyt i się z nimi identyfikują. To pokazuje, że to, co robimy, ma wymiar międzypokoleniowy.

EM: A Jarocin?

KG: To trochę inna sytuacja. Na festiwalu mamy kontakt także z publicznością, która niekoniecznie bywa na naszych koncertach klubowych. A mimo to komunikacja działa świetnie. To zawsze dobra, obopólna energia.

EM: Część starej ekipy jarocińskiej można też spotkać na festiwalu Rock na Bagnie.

KG: Tak, choć to trochę inna specyfika. Jarocin to dziś festiwal bardziej ogólny grają zespoły z różnych nurtów. Natomiast Rock na Bagnie jest mocniej sprofilowany na punk.

EM: Ale oprócz tych większych imprez jest mnóstwo małych, DIY-owych festiwali – „zrób to sam”. Tam scena punkowa i hardcore’owa ma się bardzo dobrze. Organizują je niezależni ludzie, przychodzą tłumy.

KG: To dowód, że scena nie tylko się nie kurczy, ona się poszerza. Powstają młode zespoły, młodzież zaczyna grać. Coraz więcej osób sięga po gitarę. To bardzo budujące.

EM: Koncertujecie, wydajecie nowe płyty. Czy Twoim zdaniem Polska dziś jeszcze potrzebuje Dezertera, a może jest już za późno dla nas?

Słuchaj, najważniejsze jest to, że my potrzebujemy Dezertera. A Polska jakoś sobie poradzi z nim czy bez niego.

FOTO: Małgorzata Wasilewska

Powiązane materiały

Powiązane materiały

Dezerter - Wolny Wybieg
Recenzja19.02.2026

Dezerter - Wolny Wybieg

Świętująca w tym roku 45-lecie grupa Dezerter uraczyła nas nowym albumem “Wolny wybieg”, dostarczając jak zwykle charakterystyczną dawkę punk rocka.

Dezerter wypowiedział "Słowa"
News03.02.2026

Dezerter wypowiedział "Słowa"

“Słowa” to drugi singiel i klip z nadchodzącej, najnowszej płyty zespołu Dezerter. Premiera albumu „Wolny wybieg” już 13 lutego.

Dezerter zaprasza na "Wolny Wybieg"
News23.12.2025

Dezerter zaprasza na "Wolny Wybieg"

W przyszłym roku minie 45 lat od narodzin Dezertera. Ale zespół nie patrzy za siebie, tylko w przód. Dowodem tego jest najnowsza płyta „Wolny wybieg”, która powstawała pomiędzy koncertami zespołu, a nagrana została jesienią 2025, w otwockim The Boogie Town Studio. Premiera albumu już 13 lutego 2026.

Dezerter wylał żółć
News22.08.2023

Dezerter wylał żółć

Grupa Dezerter zaprezentowała nowy singel "Żółć"/"Pomocne Dłonie".