Dry Cleaning

Debiutancka płyta grupy Dry Cleaning „New Long Leg” , którą recenzowaliśmy na naszej stronie, okazała się nie lada zaskoczeniem nie tylko dla fanów post-punka. W ubiegłym roku kwartet z południowego Londynu wydał drugi album „Stumpwork”, który poszerzył spectrum muzyczne zespołu. Kilka miesięcy wcześniej Dry Cleaning wystąpili na OFF-Festiwalu, a już za kilka dni zagrają u nas ponownie – tym razem na koncercie klubowym w warszawskich „Hybrydach”. Miałem okazję porozmawiać z jej basistą Lewisem Maynardem, który nie tylko opowiedział o dość pomyślnej dotychczasowej drodze artystycznej grupy, wyjaśnił kilka wątków z jej historii, ale opowiedział także o swoich zróżnicowanych fascynacjach muzycznych oraz pracy z Johnem Parishem.
MM: Widziałem odcinek serii „What’s In My Bag?”, w którym w sklepie Ameoba w San Francisco wybieraliście płyty. Zaskoczyły mnie nieco Twoje wybory. Na ich podstawie wnioskuje, że bliskie są Ci brzmienia dubowe, metalowe, sludge’owe, ale i bardzo melodyjne. Jaka muzyka zatem Cię ukształtowała?
LM: Wychowałem się na jeszcze innych brzmieniach - UK Garage i oraz wszelkiej muzyce, generowanej przez różnej maści DJ-ów. Gdy miałem 14-15 lat, sam zacząłem zajmować się didżejką. Później poszedłem do collegu’u muzycznego, bo mój ojciec zasugerował, bym mimo wszystko nauczył się grać na jakimś instrumencie. Dał mi zresztą gitarę basową, która należała do jego brata. W tym samym czasie zacząłem wkręcać się w muzykę indie, w zespoły takie jak The Strokes itp. Do tego doszły fascynacje różnorakim metalem: od Deftones przez Sleep po rzeczy industrialne. Jakiś czas później widziałem Yeah Yeah Yeahs, co sprawiło, że zacząłem zwracać uwagę na scenę noise, a w konsekwencji – będąc już na studiach – zagłębiłem się w post-punk. To otworzyło mnie na nowe podejście do grania na basie, ale co ciekawe – dzięki temu zafascynowałem się także soulem i disco (śmiech). Teraz, gdy jesteśmy na trasie, słucham głównie metalu, bo to mnie odpręża. Gdy jednak mam więcej czasu – słucham bardzo różnych rzeczy
MM: Zastanawiam się, jak to wszystko przełożyło się na brzmienie Twojego basu w Dry Cleaning, które bywa bardzo transowe, mantrowe i zapętlone.
LM: To dlatego, że zawsze lubiłem bardzo proste partie basu. Nie jestem wymiataczem, nie lubię jakieś komplikacji w tej materii. Dlatego też uwielbiam dub, bo tam brzmienie basu jest powtarzalne, zapętlone i nieskomplikowane. Jeśli jestem w stanie poprowadzić jedną linię basu przez całą piosenkę, jestem przeszczęśliwy (śmiech).
MM: Chciałbym sięgnąć do historii waszego zespołu. Podobno Nick Buxton (perkusista Dry Cleaning – przyp. MM) przez kilka miesięcy przekonywał Florence (Shaw, wokalistkę grupy - przyp. MM), by do was dołączyła. Miała wątpliwości?
LM: To wynikało z tego, że Florence nigdy wcześniej nie była w zespole i nigdy nie miała takich planów. Zaprosiliśmy ją na jeden z naszych jamów w garażu moich rodziców. Na tamtym etapie też zresztą nie mieliśmy planów, by nagrywać naszą muzykę, czy kiedykolwiek wykonywać ją na żywo dla kogokolwiek. Jammowaliśmy dla przyjemności. Myślę, że takie podejście wydawało jej się niepewne. W tamtym czasie pracowała na uniwersytecie. Ale gdy przyszła na jedną z naszych kolejnych prób, przekonała się, jaka atmosfera panuje między nami i nabrała przekonania.
MM: No właśnie – graliście w zespole, nagrywaliście, a przede wszystkim graliście koncerty, mając regularne prace. To się zmieniło?
LM: Tak, nikt z nas nie ma regularnej pracy już od ponad dwóch lat. W trakcie pandemii wszyscy z niej zrezygnowaliśmy. Doszliśmy do punktu, kiedy koncerty jeszcze te przed pandemią bardzo kolidowały z naszymi codziennymi obowiązkami zawodowymi. Mieliśmy taka trasę jakieś 3,5 roku temu, po której zjechaliśmy do domu o 4:00 nad ranem, a już o 8:00 musieliśmy być wszyscy w pracy… Gdybyśmy grali tylko w weekendy, może nadal byśmy byli normalnie zatrudnieni.
MM: Zrezygnowaliście z regularnej pracy w środku pandemii? Ryzykowny krok.
LM: Masz rację, byliśmy trochę przerażeni, ale wiedzieliśmy, że w pewnym momencie będziemy wracali do koncertów, ponieważ wszystko zaczynało się w pewien sposób normować w tej kwestii. Poza tym mieliśmy płytę do nagrania w niedługim odstępie czasu. Poszczęściło nam się – gdybyśmy zwlekali, być może sytuacja naszego zespołu byłaby zupełnie inna.
MM: Rozumiem, że wpływ na to miał także fakt pozytywnego przyjęcia waszej pierwszej płyty „New Long Leg”?
LM: Na pewno. Byliśmy bardzo zaskoczeni tym, jak nasz debiut został przyjęty. Nawet nasza wytwórnia 4AD na tydzień przed wydaniem była przekonana, że sukcesem będzie, jeśli płyta dotrze do pierwszej dwudziestki notowań. Tydzień po premierze okazało się, że dotarła do pierwszej dziesiątki na listach przebojów. W następnym tygodniu okazało się, że jesteśmy w pierwszej piątce. Tego się kompletnie nie spodziewaliśmy!
MM: „Stumpwork” to kolejny krok w odsłanianiu waszego świata przed słuchaczami. Czy John Parish miał tym razem jakieś sugestie dla was odnośnie tej płyty?
LM: Niezupełnie. Tym razem mieliśmy więcej czasu na pracę. „New Long Leg” zrobiliśmy w 10, może 14 dni z przerwami. Wówczas pracowało nam się świetnie z Johnem, ale musieliśmy umiejętnie zarządzać czasem studyjnym. Robiliśmy wtedy pół piosenki dziennie z myślą, że wrócimy i dokończymy je później. Potem jednak okazywało się, że tego czasu mamy znacznie mniej i ledwie zmieściliśmy się w naszych założeniach. Przy tej płycie zrobiliśmy bardzo dużo na próbach. Następnie udaliśmy się do Bristolu, gdzie Johnowi i inżynierowi dźwięku Joe Jonesowi pokazaliśmy wszystkie nasze pomysły. Spośród nich wybraliśmy 10, które docelowo miały znaleźć się na płycie. Cześć piosenek była całkowicie skończona, dokonaliśmy jedynie drobnych zmian w studio, gdzie spędziliśmy w sumie 4 tygodnie. Dzięki temu John dał nam większe pole do eksperymentów. Podczas prac nad „New Long Leg”, nasza więź się zacieśniła, więc wiedział, na co na stać i na co w konsekwencji możemy sobie pozwolić. Mogliśmy na przykład przez pół dnia wybierać odpowiednie brzmienia klawiszowe.
MM: Wasze pomysły nadal powstają w wyniku wspólnego jammowania?
LM: W 99% tak. Czasami te pomysły biorą z jakichś pojedynczych fragmentów. Nagrywamy wszystkie nasze jamy na telefony. Wiem, powinniśmy być bardziej profesjonalni w tym względzie (śmiech). Potem wrzucamy te nagrania na naszego wspólnego Soundclouda, a następnie słuchamy i wybieramy te części, które wydają nam się na tyle interesujące, by nad nimi popracować dalej. To jest o tyle ciekawe, że pomysły, które wydawały nam się na początku ciekawe, 6 miesięcy później wcale nie muszą takie być (śmiech).
MM: Pomyśl, co by było, gdybyście nagrywali jamy na przykład czterościeżkowca, tak jak to wyglądało przed laty?
LM: Zużylibyśmy na pewno mnóstwo taśmy (śmiech).
MM: Na płycie rzeczywiście jest dużo różnych brzmień. Słychać dźwięki instrumentów dętych za które odpowiada Gavin Fitzjohn. A kto użył gwizdka w ostatnim utworze „Icebergs”?
LM: Tom (Dowse, gitarzysta grupy – przyp. MM). To jeden z tych pomysłów, który pojawił się dzięki dodatkowej ilości czasu. To już było w Rockfield Studios w Walii podczas miksowania. Obok pokoju, w którym płyta była miksowana, mieliśmy taki plac do grania z różnymi instrumentami. Użyliśmy różnych rzeczy np. kazoo, które słychać w refrenie utworu „Hot Penny Day", czy właśnie gwizdka w „Icebergs”.
MM: Prawie 3 tygodnie temu ukazała się natomiasy ep-ka „Swampy”, zawierająca dwa nagrania, które powstały podczas sesji do „Stumpwork”. Czemu nie pojawiły się na płycie?
LM: Nie chcieliśmy, żeby przepadły. „Swamp”, który znalazł się na ep-ce, gramy teraz na koncertach. Z „Sombre Two” był inny problem, bo to numer instrumentalny…
MM:… który idealnie mógłby zamknąć „Stumpwork” jako outro.
LM: To prawda, ale „Stumpwork” to płyta głośna. „Sombre Two” by ją nadmiernie wyciszyło. Nasz koncept zakładał, że album będzie w pełni z tekstami Florence. Inna sprawa, że wtedy nie ukazałby się na winylu i musielibyśmy wydać go na podwójnych dyskach, a w dzisiejszych czasach nie jest to najtańsze rozwiązanie. Nie chcieliśmy tego robić, stąd postanowiliśmy wydać „Swampy”.
MM: To jedyne utwory z sesji „Stumpwork”, które wam zostały?
LM: Jedyne, jakie zostały w pełni nagrane. Mamy też kilka zaczętych i rozgrzebanych, których nie dokończyliśmy.
MM: Na „Swampy” znalazło się też demo zatytułowane „Peanuts”. Czy to w jakimś stopniu zapowiedź kolejnej płyty?
LM: Trudno powiedzieć. Być może. Do tworzenia nowej płyty siądziemy pewnie dopiero pod koniec roku. Nie mamy pod tym względem jeszcze sprecyzowanych żadnych planów. Przed nami dokończenie trasy i sezon festiwalowy.
MM: Jesteście określani mianem zespołu post-punkowego. W zeszłym roku graliście w Polsce na OFF-Festivalu. Widziałem jedynie fragment waszego występu i miałem wrażenie, że słyszę The Stone Roses.
LM: (śmiech) Wspaniale! Uwielbiamy The Stone Roses! Nie miałem okazji widzieć ich nigdy na żywo niestety. To ciekawe, co mówisz, bo porównań słyszeliśmy już mnóstwo: od Siouxie And The Banshees do Mazzy Star. A teraz jeszcze The Stones Roses (śmiech).
MM: Zagracie jednak ponownie 27 marca w warszawskim klubie „Hybrydy”. Jako że Florence jest także artystką wizualną, chciałem zapytać, czy będziecie mieli wizualizację na scenie?
LM: Niestety nie. Na ostatnie trasie po Stanach i po Wielkiej Brytanii mieliśmy gościa, który rzeczywiście odpowiadał za stronę wizualną na naszych koncertach. Robił niesamowite rzeczy. Teraz niestety nie możemy sobie na to pozwolić, bo wszystkie koszty na trasie ogromnie wzrosły. Dlatego nie ma go z nami i bardzo brakuje nam tego aspektu naszych koncertów. Inaczej ma się też sprawa z festiwalami, bo tam zazwyczaj ludzie mogą zobaczyć nas na telebimach. Wtedy publiczność potrafi dostrzec na przykład każdy drobny ruch Florence. Czasem taki ekran stoi za nami jako backdrop. Mogę się wtedy oglądać nas grających przez długi czas (śmiech).
FOTO: Guy Bolongaro



