Dubioza Kolektiv

Znana z bałkańskiej energii Dubioza Kolektiv wraca w lutym do Polski, by zagrać trzy koncerty. Trasa zbiega się z premierą kontrowersyjnego singla „F.U.C.K Y.O.U”, bezkompromisowego manifestu inspirowanego wojennymi doświadczeniami zespołu i dramatem Strefy Gazy, z którego cały dochód został przekazany na pomoc humanitarną. W rozmowie lider grupy Brano Jakubović mówi o odpowiedzialności artysty, wolności twórczej i muzyce jako narzędziu realnego działania.
E: Niedawno wydaliście kontrowersyjny singiel "FUCK YOU" nawiązujący do wojny w strefie Gazy. Opowiesz o nim coś więcej?
B: Kilka miesięcy temu, zupełnie bez celu, scrollowałem YouTube’a, oglądając losowe filmiki. I przypadkiem na coś trafiłem. Wydaje mi się, że to była palestyńska piosenka. Nic o niej nie wiedziałem, ale spodobało mi się jej brzmienie. Postanowiłem ją pobrać, wyciągnąłem jeden sampl i zacząłem się nim bawić. Bardzo szybko mnie to wciągnęło. Zrobiłem z tego bit i od razu poczułem, że to jest to. Pomyślałem wtedy, że powinienem zrobić z tego pełnoprawny utwór.
E: A potem był mocny tekst?
B: Tekst przyszedł niemal sam. Skoro był palestyński sampl, naturalnie pojawiło się pytanie: o czym powinienem napisać? I odpowiedź przyszła natychmiast. Te słowa były dokładnie tym, o czym należało mówić.
E: Jak długo powstawał utwór?
B: To był bardzo klarowny proces, wszystko wydarzyło się w pół godziny. Zresztą zazwyczaj, jeśli coś napiszę w pół godziny i nadal mi się to podoba, to wiem, że warto pociągnąć ten temat dalej. I tak właśnie było w tym przypadku.
E: W utworze wyraźnie słychać nawiązanie do Rage Against the Machine. Co ich muzyka znaczyła dla ciebie kiedyś i co znaczy dziś?
B: Bardzo dużo. Podczas wojny mieszkałem w Sarajewie, w mieście oblężonym przez cztery lata. Byliśmy całkowicie odcięci od cywilizacji. Pamiętam, że latem, pod koniec 1992 albo na początku 1993 roku, jakiś żołnierz ONZ przywiózł do miasta kasetę i przekazał ją komuś, kogo znałem. Ta kaseta zaczęła krążyć z rąk do rąk. Był na niej zespół Rage Against the Machine. I to była absolutnie idealna nazwa dla naszej sytuacji w tamtym czasie.
E: Poruszająca i ważna historia.
B: Te utwory stały się ścieżką dźwiękową naszego życia. Kaseta była kopiowana tysiące razy, dosłownie z jednej kasety na kolejne. Każdy ją miał. Nikt wtedy niewiele wiedział o tym zespole, bo byli jeszcze stosunkowo nowi, ale wszyscy ich pokochali. Było też w Sarajewie takie miejsce przy Akademii Filmowej, mały pub w piwnicy. Chodziliśmy tam jako nastolatkowie, to było nasze alternatywne miejsce spotkań. Choć samo życie było wtedy alternatywne, mówię teraz stricte w kontekście muzyki. Oni mieli jakiś sposób na dostęp do prądu, co w Sarajewie w tamtym czasie było niemal niemożliwe. I ta kaseta Rage Against the Machine leciała tam w kółko, bez przerwy, przez całe miesiące. Wszyscy tego słuchali. Te utwory w pewnym sensie uratowały nam życie. Muzyka ma taką moc, że potrafi dać nową perspektywę. Słuchając jej, mogliśmy mentalnie przenieść się gdzieś indziej, wyrwać się z rzeczywistości. W tym sensie ten album. Ta jedna kaseta uratowała wiele młodych istnień w Sarajewie i zainspirowała całe pokolenie.
E: Wygląda na to, że ten zespół otworzył przed Tobą zupełnie nowe okno na świat...
B: Oczywiście. Właśnie dlatego zdecydowałem się użyć tego zdania z ich utworu, bo w tamtym czasie znaczyło ono dla nas bardzo wiele. A dziś, kiedy patrzę na to, co dzieje się w Gazie i Palestynie, wiem dokładnie jak ci ludzie się czują. Dlatego po prostu musiałem użyć tego zdania. I w jakiś dziwny sposób chciałem wysłać im tę kasetę. Tak jak ta kaseta kiedyś trafiła do nas, tak ja chciałem wysłać coś dalej, choćby w formie piosenki, do ludzi tam.
E: Zdecydowałeś się przekazać cały dochód z utworu — wszystkie pieniądze, również z teledysku — na pomoc humanitarną dla Palestyny i Gazy. Zgadza się?
B: Oczywiście. Wierzę w coś, co można nazwać bezpośrednim działaniem. Nie czułbym się dobrze, wrzucając kolejny post na Facebooka w stylu: „w Gazie jest bardzo ciężko”. To jest w porządku, ale dla mnie to nie wystarcza. Mam osobiste doświadczenie, więc wiem, jak wiele znaczy sytuacja, w której ktoś faktycznie coś robi w prawdziwym życiu. Jeśli działasz tylko w przestrzeni internetowej, to są jedynie dane: zera i jedynki 1-0-0-1-0. To nic nie znaczy dla kogoś, kto tam naprawdę jest. Dlatego właśnie uznałem, że to jest absolutne minimum, jakie mogliśmy zrobić w ramach takiego działania.
E: Czy artyści dziś powinni zabierać głos w sprawach politycznych i humanitarnych?
B: To jest coś, co robimy od ponad 20 lat. Wszystko, co tworzymy, jest zbudowane na doświadczeniu, o którym ci opowiadałem. Miałem 13 lat, kiedy wybuchła wojna. A potem te najważniejsze lata twojego życia, moment, w którym stajesz się osobą, mniej więcej między 13. a 17. rokiem życia spędzasz pod oblężeniem, w środku wojny, największej od czasów II wojny światowej. Oczywiście więc jestem na to ekstremalnie wrażliwy. W pewnym sensie poświęciłem swoje życie temu, żeby o tym mówić. Prawda jest taka, że nie ma wielu ludzi, którzy naprawdę chcą tego słuchać. Często mówimy ludziom wprost: zdajemy sobie sprawę z tego, że Europa lubi mówić o Bałkanach, o „bałkanizacji”, prawda? Powinno się mówić o „europeizacji Bałkanów”. Tymczasem to, co faktycznie się wydarzyło, to bałkanizacja Europy. I wiedziałem, że stanie się dokładnie w ten sposób. Dziś jesteśmy dokładnie w tym miejscu. To, co działo się w Sarajewie 30 lat temu, dzieje się teraz w całej Europie. Wtedy nie było wielu ludzi, którzy chcieli tego słuchać. Dziś to już nie jest teoria, to jest rzeczywistość.
E: Jakie reakcje po premierze najbardziej cię zaskoczyły?
B: Szczerze mówiąc, nie zwracałem uwagi na to, czy pojawił się hejt czy wsparcie. Dla nas to było coś bardzo osobistego, niemal prywatnego. To jest jedna z tych piosenek, które robi się dlatego, że czuje się, że po prostu trzeba je zrobić. Nie było żadnego planu, żadnej strategii marketingowej. Po prostu to zrobiliśmy.
E: Tytuł jednak aż prosił się algorytmów o cenzurę.
B: Od samego początku wiedziałem, że ten utwór będzie w pewnym sensie cenzurowany, kiedy trafi na YouTube czy do mediów społecznościowych ze względu na tytuł, temat, tekst. Było dla mnie jasne, że nigdy nie dotrze bardzo szeroko i że taka piosenka nie może być „popularna”. I nigdy mnie to nie obchodziło. Dla nas ten utwór jest po prostu bardzo ważny. A dla mnie najistotniejszy moment to ten, kiedy widzę, że ktoś, kto go słucha, pisze do nas. Właśnie po to go zrobiliśmy. Dla bezpośredniej, prawdziwej komunikacji z ludźmi. Nie da się promować tej piosenki. A próby jej promowania brzmią po prostu źle. To nie jest kwestia biznesu muzycznego. To jest coś zupełnie innego.
E: Dubioza Kolektiv powstała w 2003 roku w Bośni, w bardzo trudnym czasie dla całego regionu. Jak te doświadczenia ukształtowały waszą muzykę i wasze podejście do jej tworzenia?
B: Bardzo. Te doświadczenia ukształtowały całe nasze życie, nie tylko muzykę. Sposób, w jaki działamy, pracujemy i prowadzimy zespół, bezpośrednio wynika z faktu, że zaczęliśmy grać w czasie wojny. Wtedy jedynym sposobem robienia muzyki było tworzenie czegoś z niczego. Wszystko, absolutnie wszystko, trzeba było robić samemu. I do dziś funkcjonujemy dokładnie w ten sposób. Lubimy robić wszystko sami. Czujemy się bardzo, bardzo dziwnie, jeśli ktoś inny próbuje przejąć kontrolę nad tym, co robimy. Dlatego nigdy nie zrezygnowaliśmy ani z kontroli nad własną twórczością, ani z wolności mówienia tego, co chcemy powiedzieć. To jest dla nas kluczowe: być całkowicie wolnym.
E: Wolność to też odpowiedzialność.
B: Jesteśmy gotowi robić wszystko samodzielnie i brać za to pełną odpowiedzialność. Nie potrzebujemy dużej wytwórni, nie potrzebujemy promocji , to nas po prostu nie interesuje. Najbardziej lubimy wsiąść do busa, pojechać w dowolne miejsce na świecie i zagrać dla żywej publiczności. To jest dla nas najważniejsze. Bardzo ważne jest dla nas to, że nigdy nie korzystaliśmy z pieniędzy rządowych ani z funduszy sponsorowanych przez państwo. I właśnie o to mi chodzi, gdy mówię o wolności. Jeśli używasz publicznych pieniędzy do rozwoju zespołu, w pewnym sensie zawsze jesteś komuś coś winien. A my nigdy nie chcieliśmy wchodzić w taki układ. Nawet z komercyjnymi sponsorami nie lubimy współpracować, bo wtedy musisz robić dla nich propagandę. A to odbiera wolność. Dlatego najlepiej czujemy się jako zespół działający we własnym świecie, na własnych zasadach.
E: Kiedy zakładaliście zespół ponad 20 lat temu wyobrażaliście sobie, że wasza droga potoczy się w ten sposób?
B: Zupełnie nie. Nawet w najdzikszych snach. Dosłownie kilka dni temu rozmawiałem o tym z moim bratem, który jest realizatorem dźwięku. Jakieś 10–15 lat temu byliśmy na jednej z naszych pierwszych tras po Europie Zachodniej. Myślę, że graliśmy wtedy gdzieś w Holandii. Graliśmy w bardzo małych klubach, dla naprawdę niewielkiej publiczności, ale byliśmy niesamowicie szczęśliwi. Pamiętam, że siedzieliśmy potem w hotelu i mówiliśmy do siebie: „Wyobraź sobie, gdyby to mogło trwać w ten sposób do końca życia. To byłoby idealne”. A tymczasem ten „potwór” urósł znacznie bardziej, niż ktokolwiek z nas mógł wtedy przypuszczać.
E: Dziś jesteście postrzegani jako globalna muzyczna wizytówka Bośni i Hercegowiny. To bardziej obciążenie czy raczej ciągłe wyzwanie?
B: Szczerze mówiąc nawet nie mam z tym żadnej relacji. Nie postrzegam nas jako bośniackiego zespołu ani przez pryzmat geografii. Jesteśmy po prostu zespołem. Ośmiu ludzi na scenie i to jest nasza tożsamość. To bardzo osobiste. Ten zespół nie ma nic wspólnego z narodowością ani z flagami. To jest nasza historia, nasza sprawa i tak to czujemy. Dlatego nie odbieram tego w kategoriach ciężaru.
E: Śpiewacie w języku, którego wielu waszych fanów na świecie nie rozumie, a mimo to jesteście popularni w tak wielu krajach.
B: To prawda, mamy wiele albumów po bośniacku, ale mamy też sporo płyt nagranych po angielsku. Czasami śpiewamy po hiszpańsku, czasami używamy francuskiego, trochę włoskiego jak w niektórych nowszych utworach. W nowych piosenkach pojawią się też arabskie słowa.
E: Trochę rumuńskiego…
B: Dokładnie. Lubimy używać różnych języków, bo pochodzimy z bardzo małej kultury i bardzo małego obszaru językowego. Około 20 milionów ludzi w krajach byłej Jugosławii rozumie nasz język, więc musimy znaleźć sposób, by komunikować się z resztą świata. Ale czasami język nie jest jedynym narzędziem porozumienia. Myślę, że muzyka jest znacznie potężniejszym środkiem komunikacji niż sam język.
E: Języki w waszej muzyce wyraźnie łączą ludzi, a nie dzielą.
B: Zdecydowanie. Staramy się pisać bardzo proste słowa, bardzo proste teksty, bardzo proste piosenki, niemal jak radiowe dżingle. Nic skomplikowanego. Nie robimy głębokiej poezji, do której potrzeba trzech uniwersytetów, żeby ją zrozumieć. Po prostu lubimy pisać teksty dla wszystkich. Traktujemy je wyłącznie jako narzędzie komunikacji, nic więcej. Nie ma w tym żadnej wielkiej, ukrytej sztuki.
E: W końcu muzyka, sam dźwięk, jest dla ludzi bardzo ważny.
B: Oczywiście. Dlatego do wszystkiego, co robimy, dodajemy dużo bałkańskiej muzyki folkowej. Dzięki temu ludzie od razu czują, skąd pochodzimy. A kiedy potem wsłuchują się w teksty, bardzo łatwo mogą zrozumieć, co chcemy powiedzieć i jaki jest nasz przekaz.
E: Graliście kilka razy na festiwalu Pol’and’Rock Festival (wcześniej Woodstock) i zdobyliście nawet Złotego Bączka. Masz jakieś szczególne wspomnienia z tych koncertów?
B: Pamiętam bardzo, bardzo wyraźnie, jeszcze właśnie z czasów, kiedy festiwal nazywał się Woodstock. Myślę, że zagraliśmy tam po raz pierwszy jakieś 12 lat temu. To było ogromne pole, gdzieś w pobliżu granicy z Niemcami. Tłumy ludzi. Był to jeden z naszych pierwszych koncertów w Polsce, więc kompletnie nie spodziewałem się, że istnieje tu aż tak wielki festiwal. To było dla nas niesamowite doświadczenie. Pamiętam też, że powiedziano nam, że zagramy jako pierwsi wczesnym popołudniem, około trzeciej. Pomyślałem: „okej, to nie jest najlepsza godzina na koncert”, ale zobaczymy, jak będzie. Bardzo szybko okazało się, że to jeden z najlepszych możliwych slotów, granie jako pierwsi, co strasznie mi się spodobało. Na jakieś pół godziny przed naszym wyjściem na scenę spadł potężny deszcz. Środek pola zamienił się w gigantyczne jezioro błota. Pomyślałem wtedy: „kurwa, jedziemy na ogromny festiwal, a teraz to… nikt nie przyjdzie”. A było dokładnie odwrotnie. Wszyscy kompletnie oszaleli — pływali w błocie, rzucali się w nie, bawili się jak dzieci. To było naprawdę niesamowite. Ten koncert zapamiętam do końca życia.
E: W lutym odwiedzicie trzy miasta w Polsce. Jak bardzo różni się dla ciebie granie koncertów klubowych od festiwalowych?
B: Z jednej strony to zupełnie inne doświadczenie. Więcej intymności i bezpośredniego kontaktu. Ale z drugiej, jeśli zaczynasz liczyć ludzi, to chyba jesteś zgubiony. Wiem, że to brzmi jak klisza, ale dla zespołu bardzo ważne jest granie małych koncertów z tą samą energią i tym samym duchem, co na wielkim festiwalu. Dla mnie osobiście często nawet bardziej lubię małe miejsca, takie jak kluby. Na festiwalu ktoś mówi ci: masz 60 minut i musisz zmieścić wszystko w tym czasie. A kiedy grasz klubowy koncert, możesz grać dwie godziny. A potem często jeszcze zostajemy z ludźmi przed klubem, bierzemy gitary akustyczne i gramy kolejną godzinę gdzieś za busem. To staje się wtedy bardziej twoją własną imprezą, masz nad nią znacznie większą kontrolę. Dlatego naturalnie skłaniam się bardziej ku koncertom klubowym niż festiwalowym. Na koncercie klubowym wiesz, że przyjdą ludzie, którzy znają i lubią twoją muzykę. A na festiwalu nigdy nie wiesz, kto stanie pod sceną. To zupełnie inne doświadczenie. Powiedziałbym więc: 50 na 50 — lubię oba.
E: Masz ulubione miasto w Polsce?
B: Mam z tym problem, bo po prostu lubię Polskę. Lubię i małe miasta, i duże miasta. Pamiętam, że koncertowaliśmy w Polsce jeszcze w czasie, kiedy odbywał się wspólny turniej piłkarski — Euro w Polsce i Ukrainie. Wtedy Polska intensywnie budowała autostrady i przejazd z miejsca na miejsce zajmował nam całe dnie. A dziś, kiedy podróżujesz po Polsce, widzisz, jak bardzo kraj się rozwinął i jak bardzo urósł. Jestem wielkim fanem Europy Wschodniej, krajów takich jak Polska, Rumunia czy Bułgaria. Lubię tam jeździć, bo to uczucie jest bardzo bliskie domu. Jesteśmy Słowianami, więc możemy się niemal wzajemnie rozumieć. Jeśli ty mówisz po polsku, a ja po bośniacku, jesteśmy w stanie znaleźć wspólny grunt, porozumieć się, a jednocześnie nadal jesteś w innym kraju. Polska jest dla nas szczególna także z innego powodu. Z tego, czego nauczyłem się przez lata, wynika, że w czasach komunizmu Polacy słuchali bardzo dużo jugosłowiańskiego rocka. To fascynujące, bo dzięki temu możemy dziś kontynuować pewną tradycję bliskiej wymiany muzycznej. Byłem wręcz zdumiony, kiedy usłyszałem kompilacje starych jugosłowiańskich rockowych utworów zaaranżowanych na nowo i śpiewanych po polsku. A niektóre z waszych największych popowych hitów powstały właśnie w ten sposób. Dlatego czuję, że mamy wspólne kulturowe zaplecze.
E: Czego możemy się spodziewać po waszych najbliższych koncertach w Polsce?
B: Co roku, kiedy planujemy kolejne działania, zawsze naciskam na management, żeby wpisać więcej koncertów w Polsce i Rumunii. Po prostu chcę tam grać, bo publiczność jest niesamowita. Polska publiczność jest totalnie szalona.
E: Chyba jedna z najlepszych w Europie.
B: Zdecydowanie. Można ją porównać do hiszpańskiej, ale polska, rumuńska i bułgarska publiczność potrafi być naprawdę dzika, naprawdę intensywna. Dlatego uwielbiam tam grać i dlatego zawsze powtarzam: proszę, dajcie nam tam więcej koncertów. Tak długo, jak długo ktoś będzie zapraszał nas do grania w Polsce na pewno tam będziemy.
E: Jak w ogóle widzisz przyszłość Dubioza Kolektiv?
B: Szczerze? Ja w ogóle nie zajmuję się przyszłością. Nie myślę o niej zbyt dużo. Dla mnie planowanie ma sens tylko w perspektywie jednego roku. Jedyna przyszłość, jaka mnie interesuje, to rok 2026. Co będzie w 2027? Nie wiem i szczerze mówiąc nie obchodzi mnie to. Nauczyłem się, że długoterminowe planowanie nie jest zbyt praktyczne. Zbyt wiele rzeczy może się wydarzyć. Tracisz mnóstwo energii na wyobrażanie sobie tego, co powinno być, zamiast skupić się na tym, co faktycznie jest. Jeden rok w zupełności wystarczy. Gdybym miał kryształową kulę, byłoby łatwiej. Bez niej to po prostu niemożliwe.
FOTO: Goran Lizdek
20.02.2026 / Warszawa, Progresja
21.02.2026 / Gdańsk, B90
22.02.2026 / Wrocław, A2
Punkty sprzedaży: www.winiarybookings.pl, Going, Empik Bilety, Eventim, Ebilet, Ticketmaster




