Dziwna Wiosna

WywiadMaciej MajewskiDziwna Wiosna
Dziwna Wiosna

Dziwna Wiosna na swojej drugiej płycie „Duchy. Disco” odsłania się muzycznie i lirycznie jeszcze bardziej. W ramach formuły tria, poszerzyła też nieco bardziej spectrum muzyczne. O podejściu do tej produkcji, zmianach, niuansach oraz wpływach muzycznych, ale też o książce „Dzieciaki”, opowiedział mi wokalista i gitarzysta grupy, Dawid Karpiuk.

Krystyna Stańko

MM: Jak wasza debiutancka płyta i jej odbiór przez słuchaczy także na koncertach, przełożył się na zespół?

DK: Po debiucie i koncertach, które z nim zagraliśmy, bardzo dokładnie uświadomiłem sobie, gdzie ten zespół jest i jakie ma spectrum muzyczne oraz to, że jest w nim dużo rzeczy do znalezienia. Ta nasza borderline'owa słodko – gorzkość ma bardzo dużo kolorów, które były – i dalej są – do odkrycia. Ale też skumałem, gdzie są granice mojej strefy komfortu i zacząłem wychodzić poza nią. Na przykład w „Samolotach”, które są zrobione melodyjnie, popowo, słodkawo. Marcin Bors, który miksował tę płytę, stwierdził nawet, że zwrotki w tej piosence to jest gospel. Zdarzały się reakcje, że „aha, zrobili radiowy numer, żeby było łatwiej”, a prawda jest taka, że to była jedna z najtrudniejszych piosenek do zrobienia. Ostatecznie bardzo polubiłem nagrywanie poza strefą komfortu. „Duchy.Disco” musiały też powalczyć z moją depresją, która stała się już na tyle nie do zniesienia, że musiałem na jakiś czas wyłączyć się z nagrywania i ogarnąć głowę. Był moment, w którym myślałem, że po prostu nie nagram tej płyty.

MM: Odnoszę wrażenie, że masz strasznie dużo rzeczy nagromadzonych, które chcesz z siebie wyrzucić. Wiem, że piszesz już trzecią płytę Dziwnej Wiosny, a do tego będą jeszcze dwie solowe.

DK: To jest też tak, że na pierwszej płycie Dziwnej Wiosny teksty były krótsze, prostsze. Ale z każdą płytą przekonuję samego siebie, że potrafię różne rzeczy powiedzieć. A jak już potrafię, pojawiają się następne historie do opowiedzenia. Tak jakby ten ztraumatyzowany dzieciak, których siedział cicho we mnie, przekonuje, że jak mogę powiedzieć jedno, to mogę także powiedzieć coś więcej.

MM: „Lato miłości” wydaje mi się bardzo hendriksowe. Wiem, że traktujesz muzykę także jak wehikuł czasu, który przenosi się Cię do konkretnych ludzi, miejsc i momentów. Zdarzyło Ci się takie lato, jak to opisane w tej piosence?

DK: Tak, choć to raczej oczekiwanie na powrót, tylko nie wiadomo do końca, do czego. To jakaś forma nostalgii. A że mówisz, że hendriksowe, to dość zabawne, bo Fender Stratocaster stał się moją podstawową gitarą. Nigdy nie sądziłem, że Hendrix okaże się aż tak dużą inspiracją, a jednak jest. Od jakichś dwóch lat odkrywam dopiero, jak wielki wpływ miało na mnie to, co grał. Poza tym to, co gra The Edge, chociaż nigdy nie byłem wielkim fanem U2. A jak widzę, gdy on gra na tych swoich deleyach, to ja gram tak samo, a przecież to on był pierwszy (śmiech). Ogromny wpływ ma na mnie także to, co grał Kenny Hickey z Type O’Negative. „October Rust” słucham od 1996 roku i wiem, że gdy przychodzi późny październik, to po prostu jest czas na tę płytę. To jest o tyle ciekawe, że poza tym zespołem, w ogóle nie słucham takiej muzyki.

MM: Wiem, że w „Chwilowym braku słów” gdzieś wniosłeś inspiracje z „Pisces Iscariot” The Smashing Pumpkins. I ten numer rzeczywiście brzmi, jakby wyszedł spod ręki Corgana.

DK: Jestem ogromnym fanem The Smashing Pumpkins. Kiedy okazywało się, że Corgan narzeka na fanów i zdradzał się jako prawicowiec, to moje serce krwawiło. Natomiast „Mellon Collie And The Infinite Sadness” to moja płyta życia. A “Pisces...” inspiruje mnie w tym sensie, że jest takie zepsute, niedopieszczone. To jest zajebista rzecz w muzyce.

MM: Gdy nagrywałeś utwór “Chłopcy”, dotarła do Ciebie tragiczna wiadomość o Em, bohaterce Twojej książki „Dzieciaki”. Procesy nagrywania i pisania książki pewnie były rozdzielne, natomiast słuchając „Duchów. Disco”, wydaje mi się, że się zazębiały.

DK: Bardzo się zazębiały. To de facto był jeden proces i myślałem, że zwariuję. Zbieranie materiału na książkę trwało dwa lata, więc to się zaczęło dużo wcześniej, ale ja już nagrywałem, to Em jeszcze żyła.

MM: Swoją drogą, wydaje mi się, że „Dzieciaki” mogłyby mieć ciąg dalszy. Bohaterów Ci nie zabraknie…

DK: Coś tam piszę nowego, ale muszę na to wyszarpywać przestrzeń. Ktoś mógłby zrobić podcast o takich rzeczach, jak na przykład „Soft White Underbelly”, prowadzony przez byłego fotografa z Kaliforni, który zaczął jeździć po różnych szemranych dzielnicach Los Angeles i rozmawiać z narkomanami, sexworkerkami, bandytami, harleyowcami z gangów motocyklowych. W mniej więcej godzinnych odcinkach oni opowiadają o całym swoim życiu. Bardzo mocna rzecz.

MM: A wracając do „Chłopców” – ten mroczny wokal pojawił się spontanicznie, czy planowałeś go odgórnie?

DK: Tego w ogóle miało nie być. W drugiej części w ogóle miało nie być wokalu. Chciałem zostawić to w formie niedopowiedzenia, ale poszedłem z moim psiakiem na spacer na ul. Karolkową na Woli, zobaczyłem paru stojących w bramach heroinowych kombatantów, którzy wyglądają jakby mieli po 70 lat, a pewnie są w naszym wieku, i ta druga część do mnie przyszła. O chłopcach, którzy zbyt długo i zbyt odważnie tańczyli z duchami.

MM: Czemu na okładce płyty „Duchy.Disco” jesteś tylko Ty i w tle Wojtek? Na poprzedniej byliście wszyscy trzej.

DK: Łukasz jest na rewersie. To koncertowe zdjęcie i jest tak zajebiste, że postanowiliśmy zrobić z niego okładkę. A ponieważ to jest digipack, to należy na to patrzeć jak na całość, rozłożyć sobie. I wtedy są wszyscy trzej desperados.

MM: A kto to jest Jednoręki Dejw?

DK: To ja (śmiech). Kompletnie nie umiem grać na klawiszach, więc dla przekąsu dopisaliśmy ‘piano virtuoso’. Gram tylko te tła klawiszowe jedną ręką, bo dwiema nie umiem.

MM: Wspomniałeś Marcina Borsa. Z czyjej strony wyszła inicjatywa zaproszenia do współpracy przy produkowaniu tej płyty?

DK: Z mojej. Michał Kush powiedział mi kiedyś, że do rock and rolla w tym kraju najlepszy jest właśnie Marcin. Powiedziałem o tym przy naszej menedżerce, która do niego napisała. Okazało się, że Marcin lubi nasz zespół. Zaczęliśmy się wymieniać mailami i tak do tego doszło. Jestem nim absolutnie zafascynowany. On bardzo nieszablonowo myśli o muzyce. W trakcie naszej współpracy wyszło mnóstwo zajebistych rzeczy. Mimo tego, że musieliśmy trochę poprzeciągać linę między sobą, bo Marcin jest upartym gościem. Ja chyba też.

MM: Pytam także dlatego, ze w porównaniu do debiutu, „Disco.Duchy” ma bardziej otwarte brzmienie.

DK: Bo gramy disco (śmiech). I bo Marcin.

MM: Tu też powtarza się patent, który zastosowaliście na debiucie, a mianowicie, że te utwory zawierają jakby osobne, odmienne fragmenty pod koniec. Nie myślałeś, by poszczególne tytuły miały także dodatkowo podtytuły?

DK: Bardzo lubię drugie części. I lubię, gdy one są czymś innym. W ogóle lubię wieloznaczności, kiedy nigdy do końca nie wiesz co czym jest.

MM: To, co będzie następne: trzecia płyta Dziwnej Wiosny, czy Twoje płyty solowe?

DK: To się chyba będzie działo równolegle. Miałem nadzieję na jakąś przerwę od nagrywania. Zaczęły mi jednak grać równolegle piosenki solowe, jak i na Dziwną Wiosnę. Nie chcę tych procesów zatrzymywać i nie chcę, by to trwało tak, jak w przypadku „Duchy.Disco”. Także będzie się działo.

Foto: Adam Stępień

Powiązane materiały