Ewelina Flinta

Ewelina Flinta przygotowuje się do premiery nowej płyty "Mariposa", która będzie pierwszym albumem tej Artystki od ponad 15 lat.
W tym roku mija 20 lat od Twojego udziału w Idolu. Jak na to wydarzenie i to, co później działo się z Tobą patrzysz z perspektywy tych dwóch dekad?
O rany, jak to brzmi: 20 lat (śmiech). Na pewno było to ciekawe doświadczenie. Pierwszy tak duży tego typu program w polskiej telewizji. Młodzi ludzie, którzy teraz biorą udział „talent shows” w pewnym sensie mają o wiele trudniej. Tych programów jest przynajmniej kilka, osób śpiewających i grających jest coraz więcej. Dlatego też przebicie się przez sito takiego programu nie jest łatwe. Oczywiście są social media, dzięki którym można to wszystko „podkręcać”, ale pamiętam, że naszego Idola oglądała cała Polska. Jak już powiedziałam, było to interesujące doświadczenie bo: po pierwsze – wszyscy robili go po raz pierwszy. Mam tu na myśli: reżyserów, producentów, ekipę techniczną i nas. I wszyscy byli pozytywnie nakręceni. Do tego dochodziła cudowna współpraca z Adamem Sztabą, który większość tych utworów aranżował. Jednak nie można zapominać o tym, że udział w takim programie sprawił, że w pewnym sensie wpada się do szuflady. Pamiętam, że po tym pierwszym programie wielu dziennikarzy muzycznych nie chciało z nami rozmawiać. W ich mniemaniu byliśmy chyba kimś z przypadku i takie podejście mieli czasem również po wydaniu płyt. Czuliśmy się jak takie, za przeproszeniem, śmierdzące jajo. Dochodziły do mnie sygnały od różnych ludzi i nie było to miłe. Zdaję sobie sprawę, że gdy pojawia się coś nowego, to jednym się spodoba, a innym nie i że przecieranie nowych szlaków może się wiązać z niechęcią.
Może to była zazdrość z ich strony?
Nie wiem. Pojawiały się takie opinie, że dzięki temu programowi poszliśmy drogą na skróty. W pewnym stopniu tak było, ale przecież nie było tak, że nagle poszłam do tego programu a wcześniej nie miałam styczności z muzyką. Jak zresztą większość z nas. Śpiewałam w trzech zespołach, przed Idolem wystąpiłam trzy razy na Przystanku Woodstock. Zespół Surprise w którym występowałam nazywano nawet „gwiazdami festiwalu Woodstock” (śmiech).
O ile mnie pamięć nie myli, to wystąpiliście też przed Mickiem Taylorem – byłym gitarzystą The Rolling Stones…
Tak! W Sali Kongresowej. I to było po pierwszym Przystanku Woodstock. Zbyszek Hołdys szukał jakiegoś ciekawego młodego zespołu na support przed Taylorem i przeczytał reportaż autorstwa Roberta Leszczyńskiego w Gazecie Wyborczej pytając: „kto to jest ten Surprise i ta wokalistka”? I tym sposobem mój pierwszy pobyt w Warszawie miał miejsce od razu w Sali Kongresowej (śmiech). Wiesz, trudno mi odpowiedzieć na pytanie: co by było gdybym nie wzięła udziału w programie? Myślę, że i tak bym robiła to, co robię, ale może w inny sposób.
Co się stało, że po wydaniu dwóch solowych albumów Twoja kariera muzyczna zahamowała? Co prawda później wydałaś singel „Nie Kłam, że Kochasz Mnie” do filmu „Nie Kłam Kochanie”, brałaś udział w różnych projektach charytatywnych, ale zaczęłaś znikać z radaru. Od 17 lat nie wydałaś żadnej płyty….
Na początku tego okresu były podejmowane próby nagrania albumu, ale w pewnym momencie zrozumiałam po tym kilkuletnim intensywnym okresie pracy, że nie miałam chwili, aby odpowiedzieć sobie na pytanie: „co dalej?” i czego ja chcę jako Ewelina, a nie czego ktoś ode mnie oczekuje. Bo to jest bardzo trudne, zwłaszcza, gdy masz dwadzieścia parę lat. W dużym stopniu musiałam spełniać oczekiwania firmy fonograficznej. Fani też mieli swoje oczekiwania. Byłam młodą kobietą i zadawałam sobie pytanie: „to co? Mam spełnić je wszystkie spełnić”? Po prostu nie da się. Tym bardziej, że każdy chciał czegoś innego. W pewnym momencie mnie to po prostu przytłoczyło i w postanowiłam zejść trochę na boczny tor. Przemyśleć co dalej. Ale rzeczywiście brałam udział w wielu różnych projektach, nie tylko charytatywnych. Od ok 4 lat śpiewam z zespołem Voice Band, wykonującym przedwojenne utwory z filmów, rewii i kabaretów. To chór męski śpiewający na cztery głosy. W tej muzyce czuję się jak ryba w wodzie, bo wychowywałam się przy takiej muzyce. Babcia i dziadek często wykonywali te utwory. Z kolei jeszcze wcześniej występowałam między innymi z Adamem Palmą, świetnym gitarzystą grającym techniką fingerstyle i saksofonistą Mariuszem „Fazim” Mielczarkiem. Zagraliśmy sporo koncertów w trójkę i było to świetne doświadczenie. Postawiłam warunek: nie śpiewam żadnych swoich piosenek i nie gramy żadnych koncertów plenerowych. Gramy w klubach i domach kultury. Chciałam się na chwilę odciąć od tego co było wcześniej i zacząć spotykać się z ludźmi, którzy bardzo świadomie zdecydowali, że chcą iść na nasz koncert i chcą tej bliskiej wymiany energii. I tego mi było potrzeba, bo w tamtym okresie rozkochałam się w takich występach.
Czy wtedy miałaś już zarysy bądź pomysły na piosenki, które trafią na Twój nowy album?
Z tamtego okresu jest tylko jedna piosenka i ukazała się jako pierwszy singel anonsujący moją nową płytę. Utwór „Zakochana”. Jest to dość stary numer, ale aranżacja nowa. Leżał bardzo długo w moim komputerze i wracałam do niego co kilka lat utwierdzając się w opinii, że bardzo go lubię. Tym bardziej, że temat był i jest dla mnie ważny. Jest to słodko-gorzka opowieść jak bardzo kobietom wciska się w umysły, konieczność stałego dopasowywania się i bycia idealną za wszelką cenę.
Kiedy w Twojej głowie powstała myśl, aby jednak tę płytę wydać po tej kilkunastoletniej przerwie?
Takie próby były już od jakiegoś czasu, ale zintensyfikowałam je, gdy zakończyłam kontrakt fonograficzny (śmiech). Jestem w takim miejscu kariery, którego bardzo potrzebowałam. Jestem osobą decyzyjną i robię to, co chcę. Współpracuję z grupą ludzi, z którą świetnie się rozumiem i chcemy razem stworzyć coś dobrego. Oczywiście nie jest lekko, ale mam świadomość po co to robię.
Skąd pomysł na gościnny udział Natalii Grosiak z Mikromusic w „Zakochanej”?
Ten utwór ma taką nutkę folkową. Natalia uwielbia folk i jej utwory są mocno zakorzenione w tym gatunku. Poza tym ma przepiękny słodki i wysoko brzmiący głos. I wreszcie to, ważne było, że jest bardzo naturalną osobą. Ma w sobie ogromną mądrość, kobiecość i słychać to w jej tekstach. Znakomicie bawi się słowem.
Zarówno „Zakochana”, jak i drugi singel „Frutti Di Mare” pokazują Twoje łagodniejsze oblicze. Czy w takim kierunku pójdzie nowy album?
Od dłuższego czasu próbuję spokojniejszego grania, bo jestem trochę zmęczona tym, że kojarzy się mnie z Janis Joplin. Janis była jedna. Nadal potrafię zaśpiewać trochę tak jak ona. Zresztą potrafię się odnaleźć w różnych gatunkach i stylach śpiewania. Ale czasem, gdy potrafisz zrobić różne rzeczy i potrafisz robisz to w miarę dobrze, trudniej jest odnaleźć własną ścieżkę. Musiałam, więc zadać sobie wiele pytań z gatunku: „Czego chcę?”. A ja potrzebowałam zdjąć zbroję, w której chodziłam od lat i trochę odsłonić swoją wrażliwość. Natomiast na nowej płycie będzie kilka mocniejszych utworów. Będzie tam sporo inspiracji zaczerpniętych z amerykańskiego folku, trochę elementów etnicznych. Jestem ogromną fanką Nicka Cave’a i będzie to myślę, że będzie też słychać na tym krążku . Ostatni jak dotąd singel „Panno Chłód” jest jednym z tych mocniejszych utworów, również w tekście. Napisałam go na płytę, ale parę miesięcy temu pomyślałam, że byłoby cudownie, gdyby zrobił coś dobrego. Opowiada, o tym jak się wychowuje, jak poucza dziewczyny, a później również kobiety, żeby nie ubierały zbyt krótkich spódniczek, nie chodziły same w nocy, nie prowokowały, a gdy doświadczą przemocy seksualnej mówi się im: „chciałaś to masz”, obarczając jednocześnie winą za to, co je spotkało. Jest to jeden z powodów dlaczego ponad 50% kobiet zachowuje te doświadczenia w tajemnicy, nie mówiąc nawet bliskim. Napisałam do Renaty Durdy, szefowej Niebieskiej Linii IPZ, czy jest zainteresowana stworzeniem kampanii w związku z tym problemem. Była zachwycona tą propozycją. Później zaproszenie przyjęły również Fundacja Feminoteka i Amnesty International Polska, a na końcu bardzo ważny partner firma Avon i ich Avon Kontra Przemoc, która od lat działa w zakresie walki o zdrowie i bezpieczeństwo kobiet, m.in. wspierając Niebieską Linię IPZ. Dzięki nim udało nam się zwiększyć zasięg kampanii, a to ważne, bo problem jest ogromny. Co roku ok 100 tys. kobiet doświadcza przemocy seksualnej, a 30 tys. gwałtu. Te dane są zaniżone, gdyż kobiety milczą, a tym bardziej nie zgłaszają tych przypadków do organów ścigania. Dlatego też hasło naszej kampanii brzmi Możesz Mi Powiedzieć. Chcemy dać sygnał kobietom, że dzwoniąc pod numer 116 123 mogą porozmawiać ze specjalistami, którzy z empatią ich wysłuchają i pomogą. Świat ma szansę się zmienić tylko wtedy, gdy będziemy naświetlać również to, co trudne.
Wiemy już, że płyta będzie zatytułowana „Mariposa”. Kiedy się ukaże i ile znajdzie się na niej kompozycji?
Płyta ukaże się wiosną 2023 roku. Znajdzie się na niej 11 autorskich kompozycji, z tekstami w większości bardzo osobistymi, z którymi wiele osób może się utożsamić. Muzycznie, w naturalny sposób balansujemy pomiędzy gatunkami. Nie mogę się już doczekać tego dnia. To zdecydowanie nowy początek dla mnie.
Dziękuję za rozmowę.



