Ewelina Flinta

Ewelina Flinta powróciła z nową pierwszą od 19 lat płytą "Mariposa". Artystka opowiedziała nam między innymi o powstawaniu tej płyty, miłości do americany oraz odczuciach na temat nowych trendów w muzyce.
GS: Gdy rozmawialiśmy w grudniu 2022 roku powiedziałaś mi, że płyta ukaże się już wkrótce, w 2023 roku. Premiera odbyła się w maju 2024 roku. Skąd się wzięło to opóźnienie?
EF: W 2022 roku mieliśmy nagraną całą sekcję rytmiczną i część gitar. Wydane były już skończone wcześniej trzy single. Rzeczywiście myślałam, że album ukaże się na początku 2023 roku. Ale niestety rozchorowałam się i nie mogłam nagrywać przez kilka miesięcy. W maju 2023 ukazała się jeszcze „Sama na Planecie”. Zaraz potem dostałam zaproszenie do programu „Twoja twarz brzmi znajomo”. Nie była to dla mnie łatwa decyzja. Obiecałam sobie kiedyś, że nie wezmę już udziału w tak zwanym „talent show”. Skusiłam się jednak, bo gdy nagrywaliśmy klipy z „Voice Bandem” reżyser Maciek Michalski bardzo się zakręcił na to, że mam talent aktorski (śmiech). W 10 godzin nagraliśmy 2 klipy i to doświadczenie spowodowało, że uświadomiłam sobie, że ten program jest mega ciekawy jeśli chodzi o naukę śpiewu przy okazji kopiowania innych artystów, w sposobie poruszania się, tańca, mimiki danego artysty, jest więc wyzwaniem aktorskim. I to wyzwanie aktorskie tak naprawdę najbardziej mnie zainteresowało. Przez ponad cztery miesiące byłam zajęta programem. Stąd wzięły opóźnienia z wydaniem płyty.
GS: A czy to opóźnienie nie spowodowało u Ciebie chęci zmian w tych piosenkach?
EF: Może tylko kompozycja „Zakochana” trochę odstaje od całości. To jest najstarsza piosenka na tej płycie, nadal jednak lubię jak ją zaaranżowaliśmy. Kocham ten album i na ten moment nic bym nie zmieniła. Widzę to na koncertach, z których publiczność wychodzi zachwycona i roześmiana i podbudowana. Kompletnie nie spodziewałam się, że grając koncerty z materiałem z „Mariposy” będziemy dostawali owacje na stojąco i grali po trzy bisy. Z kolei, gdy słucham moich poprzednich płyt, mam czasem mały dyskomfort. Teksty moich piosenek nie są tak dobre, ale byłam wtedy bardzo młoda, to słychać. Nowe utwory to bardzo mi bliska americana. To gatunek nadal bardzo popularny na całym świecie. Lubię czerpać z tradycji muzyki i też gdy obserwuję nową muzykę, szczerze mówiąc nie słyszę niczego naprawdę świeżego. To jest eklektyzm gatunkowy albo wracamy do mód z lat 80-tych i 90-tych. Czasem uśmiecham się tylko, gdy ktoś mówi, że coś jest w muzyce świeże albo nieświeże. W tej chwili nie ma w muzyce niczego naprawdę nowego i odkrywczego. Ale czy musi? Być może wszystko co najlepsze już powstało i niewątpliwie jest ogromną inspiracją dla wielu artystów.
GS: Czy można stwierdzić, że „Mariposa” jest swojego rodzaju „concept albumem”? Zaczyna się utworem „17 Godzin”, a kończy kompozycją „17 Hours”, ale jednocześnie powtarza się w niej wątek podróży po Stanach Zjednoczonych.
EF: Od początku prac nad „Mariposą” wiedziałam, że to będzie opowieść amerykańska. Już dawno w mojej głowie powstał plan, by ta płyta tak się właśnie nazywała. To, co się wydarzyło w Mariposie było dla mnie jedną z tych magicznych chwil w życiu, które odbijają się na Tobie piętnem, a raczej powodują, że zmieniasz się, stajesz się kimś nowym.
GS: Czy to była iskra, która rozpaliła pracę nad albumem?
EF: Przed wyjazdem do Stanów miałam już coś z tych utworów. Po powrocie piosenki „Mariposa” i „17 Godzin” nie przyszły do mnie szybko. Wyglądało to tak, jakbym musiała to przeprocesować w sobie. Ale jak już te kompozycje powstały, to okazało się, że wszystkie klocki bardzo szybko zaczęły się składać w całość. Ten tytuł, ta symbolika, czyli te motyle monarsze, które wędrują i dopiero w którymś pokoleniu dolatują do Meksyku i generalnie motyl jako symbol przemiany.
GS: „Ballada o Pięknej Kasi” to wbrew tytułowi nie ballada, a jeden z najmocniejszych numerów na tej płycie. Jednocześnie mocno kojarzący się z Nickem Cavem…
EF: Bardzo się cieszę, że to powiedziałeś. Cave był dużą inspiracją. Byłam z grupą przyjaciół na koncercie Cave’a i wychodząc z niego Radek Zagajewski, z którym robiłam tę płytę powiedział pod nosem „Piękna Kasia nie wiedziała, że nóż pod żebra tak gładko wchodzi” (śmiech). Gdy to usłyszałam zapaliły mi się wszystkie lampki i powiedziałam do niego: „Radek, to jest początek piosenki. Pociągnij to dalej. Napisz to”. I wiesz, to jest utwór trochę z przymrużeniem oka, ale była reakcja jednej ze stacji radiowych, że ta kompozycja to promowanie przemocy. Kompletnie niezrozumienie. Nie chce mi się z tym dyskutować, ale dziwi mnie to, że oni puszczają do tej pory „Where The Wild Roses Grow” duetu Cave / Kylie Minogue. A wszyscy wiemy, o czym jest ta kompozycja. Ale ja śpiewam po polsku o tym, że Kasia wbija facetowi nóż pod żebra (śmiech). Oba utwory należą do podgatunku „murder balllad”. Może takie utwory maja szansę zaistnieć w eterze pod warunkiem, że nie są wykonywane po polsku (śmiech). Ciekawe czy takie same dylematy mają telewizje, gdy emitują kryminały, często we wczesnych godzinach. Właściwie odpowiedź znamy.
GS: A nie myślałaś o tym, żeby tę płytę nagrać w USA z amerykańskimi muzykami, aby dodać takiego amerykańskiego sznytu?
EF: Nie, ale kto wie może kiedyś przyjdzie mi taki pomysł do głowy. Chciałam „Mariposę” stworzyć z tymi ludźmi, z którymi ją tworzyłam, których znam, lubię i szanuję. Z Radkiem, z którym pisałam te piosenki, z perkusistą Kubą Kinsnerem z zespołu Pablopavo i Ludziki. Kuna jest postacią kluczową. Szukałam bębniarza, który nie jest stricte rockowy. Miał to być muzyk, który potrafi rocka zagrać, ale nie ma problemu aby zagrać delikatnie. Właściwie były dwa etapy powstawania „Mariposy”. Trzy utwory czyli „Panno Chłód”, „Frutti Di Mare” i „Zakochana” były nagrane w składzie z perkusistą Przemkiem Pacanem znanym ze współpracy chociażby z Martyną Jakubowicz, gitarzystą Piotrem Czajerem współpracującym z Leepckiem i basistą Grzegorzem Kurkiem, który kiedyś grał w El Dupie. Te trzy kompozycje powstały przed pandemią. Później do ekipy tworzącej „Mariposę” dołączyli basista Wojtek Gumiński i perkusista Kuba Kinsner. W przypadku wszystkich tych muzyków zarówno mi jak i współproducentowi Radkowi Zagajewskiemu zależało, by były to osoby, które znają gatunek, abyśmy nie musieli tracić czasu na próbach, szukając odpowiednich dźwięków i brzmień. Rzeczywiście przy tym albumie pierwszym wyborem byli perkusiści. Obaj grają bardzo „muzycznie” i to mocno wpłynęło na to, jak ta płyta brzmi. To są dwaj świetni perkusiści. Bardzo zdolni i wrażliwi.
GS: Czy zgodzisz się, że „Mariposa” to Twój ponowny debiut?
EF: W pewnym sensie tak. Zdecydowanie jest to początek czegoś nowego, co będę kontynuowała.
GS: Ten etap „americanowy” będziesz kontynuować dalej czy też ponownie za czas jakiś zrobisz woltę stylistyczną?
EF: Na razie zostanę w tej stylistyce, ale nie wiem, co za czas jakiś strzeli mi do głowy. To co trafiło na „Mariposę” to jest gatunkowo to, co kocham najbardziej. To zawsze będzie we mnie. Ale mam w sobie ciekawość innych brzmień. Dlatego też śpiewam z Voice Bandem. Są to przedwojenne piosenki, a ja spełniam się w tym projekcie. To jest powrót do mojego dzieciństwa, moich dziadków, którzy śpiewali przedwojenne piosenki. Lubię też nowsze zespoły, lubię elektronikę. Nie chłonę wszystkiego. Zawsze słuchając muzykę muszę cos poczuć, inaczej do niej nie wrócę. Bardzo lubię francuski nieistniejący już zespół The Dø. Uważam, że gdyby teraz wydali album „Shake Sook Shaken”, który ukazał się w 2014 roku, to nadal mówiło by się, że to jest bardzo świeże. Tak czy siak, mam już pomysły na nową muzykę i na pewno nie zapadnie wokół mnie cisza na kolejne lata (śmiech).
Foto: Wojtek Olszanka




