Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeWywiadyHVAST
HVAST

HVAST

Wywiad18.09.2025Ewelina MarekHVAST
HVAST

Chwasty nie proszą o miejsce w ogrodzie. Wyrastają tam, gdzie chcą. Tak samo brzmi HVAST, warszawska grupa z debiutanckim koncept-albumem "Chwasty Polskie", gdzie każdy utwór nosi nazwę rośliny – od bielunia po łopian. Psychodeliczne brzmienia, transowe rytmy i wizualizacje pełne chwastów budują spójną opowieść o sile, która wyrasta na uboczu, nie pytając o pozwolenie.

Ewelina Marek: Na początek chciałabym zapytać o koncept debiutanckiego albumu "Chwasty Polskie". Każdy utwór to nazwa rośliny – bieluń, kąkol, łopian. Jedne leczą, inne trują, ale wszystkie mają charakter. Skąd taki pomysł? To fascynacja botaniką czy raczej metafora outsiderów, którzy, jak chwasty, wyrastają tam, gdzie nikt ich nie chce, a i tak mają moc?

Michał Głowacki (elektronika, komputery): Powstała muzyka urodziła się w pewien sposób na dziko, na uboczu. Chwast symbolizuje właśnie taką siłę przebicia, witalność, która nie pyta się pozwolenie, tylko sama sobie pozwala zaistnieć. Chwast jest wolny. Bazgrając sobie na kartce wpadłem na sposób zapisywania tego słowa w sposób o tyle charakterystyczny, co oryginalny. HVAST wygląda dobrze i intrygująco.

Arek Lerch (perkusja): Michał zasugerował, żeby również poszczególne utwory miały tytuły roślin. Raczej nie chodziło o dopasowanie charakteru danej muzyki do właściwości rośliny, bardziej o spójność. W muzyce instrumentalnej często trudno jest wymyślić tytuły. Potrzebny jest koncept, który to scala. I tutaj zadziałało to świetnie: od nazwy zespołu, przez tytuł albumu, aż po nazwy utworów – wszystko do siebie pasuje. Jeśli chodzi o fascynacje botaniką… nikt z nas specjalnie się tym nie interesuje. Chyba że uznać zainteresowanie marihuaną, ale to raczej nie podchodzi pod ogólną botanikę (śmiech). To była po prostu wizja artystyczna, która fajnie się ułożyła w całość.

Przyznam, że to mnie bardzo zaciekawiło. Sprawdziłam właściwości tych roślin – jedna z nich ma nawet działanie psychodeliczne. Psychodelia wydaje się dobrym kierunkiem w waszej muzyce. Czy planujecie wizualizacje albo wideo, które podkreślą ten klimat?

Arek Lerch: Tak, mamy już gotowy klip do utworu Wrotycz i Nawłoć. To psychodeliczna wizualizacja z ujęciami różnych roślin, w tym chwastów. Bardziej chodziło o klimat niż klasyczne wideo. Mamy też klip do Kąkola – utrzymany w podobnym stylu. Dodatkowo na Spotify do każdego utworu planujemy (mam nadzieję, że się to uda!) wrzucić wizualny podkład w takim właśnie, psychodelicznym klimacie. A na koncertach chcemy grać na tle białego ekranu – ubrani na biało, z wyświetlanymi kolorowymi wizualizacjami. Nasza muzyka nie jest specjalnie dynamiczna, my też nie robimy na scenie „show” pełnego skakania i szaleństwa, więc takie obrazy będą świetnym uzupełnieniem i nadadzą występom charakter.

Czyli całość będzie spójna – od muzyki po oprawę wizualną. A wracając do początków – wasza historia sięga jeszcze projektu NVC, czyli w tłumaczeniu Non Violent Communication. Tam mieliście bardzo pokojowy przekaz w samej nazwie. W HVAST słychać już trans i psychodelię, ale też podobny ciężar brzmienia. Jak wyglądała ta transformacja z jednego projektu do drugiego? Co zostało, a co musieliście odciąć?

Arek Lerch: Muszę sprostować: to nie była transformacja, bo oba projekty istnieją równolegle. Właśnie skończyliśmy komponować muzykę na trzecią płytę NVC i niedługo wchodzimy do studia. Historia była taka, że w 2021 roku ukazała się druga płyta NVC „Emocje”. Zagraliśmy trochę koncertów, ale pod koniec roku nasz saksofonista Rafał ogłosił przerwę – miał zostać ojcem, chciał się zająć rodziną na pełny etat. Ta przerwa miała trwać z pół roku, potem był rok, a ostatecznie przedłużyła się do dwóch lat. W tym czasie nasza trójka – Grzesiek (bas), Michał (elektronika) i ja – nadal się spotykała i grała. Na początku zupełnie luźno, dla zachowania ciągłości. Z czasem zaczęło to granie nabierać kształtów. W 2024 roku stwierdziliśmy, że skoro Rafała jeszcze nie ma, to warto nadać temu formę zespołu. Tak powstał HVAST. Pod koniec 2024 mieliśmy gotowy materiał, w marcu tego roku nagraliśmy płytę. I akurat wtedy… Rafał zgłosił gotowość do pracy nad nowym materiałem NVC. Teraz więc działają dwa niezależne byty: NVC i HVAST. Przy okazji koncertów mamy taki wstępny pomysł, by to połączyć – logistycznie jest to wygodne, bo sprzęt mamy ten sam. Najpierw na scenę wychodzi HVAST, potem NVC z Rafałem i gramy dalej.

Czyli najpierw promocja albumu, a później trasa?

Arek Lerch: Zobaczymy. Problem w Polsce jest taki, że mamy za dużo zespołów i artystów w stosunku do rynku. Każdy chciałby ukroić dla siebie kawałek tego tortu, a szczególnie w niszy alternatywnej jest to trudne. Promocja zawsze bywa wyzwaniem. Moja teoria jest taka, że tym biznesem rządzi chaos – nigdy nie wiadomo, co „zażre”, a co przejdzie niezauważone. Mam na koncie sporo nagranych płyt i za każdym razem jest to trochę loteria i niewiadoma. Ale zawsze jest nadzieja, że coś się wydarzy i że muzyka dotrze do ludzi.

W tym miejscu warto zapytać o brzmienia i inspiracje. W waszym bio pojawia się odwołanie do lat osiemdziesiątych. Słuchając Chwastów Polskich miałam skojarzenia z twórczością Korzyńskiego, Vangelisa, a miejscami nawet Pink Floydów. To tylko moja wyobraźnia, czy rzeczywiście takie wpływy były dla was istotne? I czy przy budowaniu brzmienia korzystaliście bardziej z analogowych syntezatorów, czy cyfrowych narzędzi?

Arek Lerch: Cały proces powstawania utworów opierał się na improwizacjach i długich jamach. W zasadzie cały 2024 rok spędziliśmy na spotkaniach, podczas których graliśmy motywy w nieskończoność. Przeciągaliśmy je, bawiliśmy się nimi, a potem wybieraliśmy fragmenty, które faktycznie zostawały w głowie. Improwizacja była podstawą. Drugim, kluczowym elementem jest trans. Osobiście jestem maniakalnie zakochany w hipnotycznych rytmach. To filozofia, która towarzyszy mi od czasów So Slow. Wielkim odkryciem był dla mnie zespół Lotto – absolutna czołówka polskiej alternatywy. Potrafią zagrać jeden dźwięk przez 15 minut i utrzymać publiczność w hipnozie. To właśnie takie podejście było dla nas inspiracją. Kiedy porównuję wersje naszych utworów sprzed roku z tymi nagranymi w studiu, widzę, że poszliśmy w stronę minimalizmu. Wyrzuciliśmy wiele zbędnych elementów – ja w partiach perkusji wyczyściłem skomplikowane patenty, Michał uprościł warstwę elektroniczną a Grzesiek trzyma wszystko w klamrze bardzo plastycznych, pulsujących figur basowych. Zależało nam, żeby numery były bardziej chwytliwe i zapadały w pamięć. Co do inspiracji – nigdy nie zakładaliśmy, że chcemy nagrać płytę „jak Tangerine Dream”, „jak Vangelis” czy, żeby nawiązać do czegoś współczesnego – jak Zombi. To ślepa droga, która kończy się karykaturą. Graliśmy i wybieraliśmy to, co działało. Oczywiście, pojawiają się skojarzenia z latami 80., jak choćby „kwaśne” solówki syntezatorowe w "Konkolu". W pewnych momentach można usłyszeć też ducha lat 70., zwłaszcza zespołów funkowych używających klawiszy. Wszystko sprowadzało się do tego, by utwory były nienachalne, a jednocześnie wchodziły w głowę. Od strony technicznej Michał bazuje głównie na próbkach obrabianych na komputerze, korzysta też z analogowego klawisza połączonego z efektami i samplera Rolanda 404. Dziś technologia pozwala spiąć to wszystko w jednej skrzynce, co jest ogromnym ułatwieniem – dawniej trzeba było wozić masę sprzętu. Ciekawą rolę odegrała sesja nagraniowa w studiu Mustache Ministry. Podczas sesji pojawiły się rozwiązania, których nie używaliśmy wcześniej na próbach. Niektóre sample zadziałały świetnie dopiero wtedy, gdy usłyszeliśmy je w sterylnych warunkach studyjnych. Z kolei w utworze Bieluń musiałem uprościć partię perkusyjną, bo nagle okazało się, że wcześniejsze rozwiązanie nie funkcjonuje tak dobrze, jak nam się wydawało. Dużo pomógł realizator Marcin Klimczak – patrzył z zewnątrz, proponował zmiany, czasem podpowiadał, co odpuścić. To nie była kwestia braku pomysłów z naszej strony, ale raczej obiektywnego na nie spojrzenia. Dzięki temu album zyskał spójność i klarowność.

Jesteście grupą z Warszawy. Jak dziś wygląda warszawska scena alternatywna?

Arek Lerch: Nie chcę się skupiać tylko na scenie warszawskiej, bo w całym kraju dzieje się duuuużo (śmiech). Moim zdaniem jej największy pik przypadał na lata 2014–2020, gdy prężnie działała wytwórnia Instant Classic która wydawała (na szczęście wróciła do gry - polecam świeżutki, zajebisty album "Repercussions" japońskiego duetu KAKUHAN i polskiego perkusisty Adama Gołębiewskiego!) mnóstwo alternatywnych projektów (Lonker See, Alameda, Innercity Ensemble, BNNT, Obiekty, wspomniane już Lotto, Merkabah, Kristen, So Slow, Stara Rzeka, Torn Shore i wiele innych…). To był moment szczytowy. Teraz zespoły wciąż grają, jest ich sporo, ale mam wrażenie, że trwa raczej czas poszukiwań, przepoczwarzania się. Etos alternatywy nie tyle przeżywa kryzys, co naturalną, cykliczną zmianę. Muzyka zawsze rozwija się falami. Dziś najciekawsze rzeczy – z mojej perspektywy - dzieją się nie tyle w samym rocku, co w mariażu jazzu i alternatywy. Zespoły takie jak Niechęć, Ninja Episkopat, Błoto, Quantum Trio czy Ciśnienie w brawurowy sposób łączą jazz z cięższymi brzmieniami i eksperymentami. To jest scena, na której naprawdę dużo się odkrywa. Dostałem ostatnio nową płytę wspomnianego Ciśnienia z Katowic, jest absolutnie niesamowita. Błoto wydało niedawno piąty (!) krążek „Grzyby”, gdzie łączą alternatywę, mocne bity, jazz i pulsację hip-hopową. Dla mnie to dziś najciekawsze granie w Polsce. Jeśli chodzi o klasyczną, gitarową alternatywę, ona trochę przygasła. Owszem, wciąż są świetne zespoły, chociażby Próchno, które nagrywa nową płytę i kapitalnie łączy trans z brudnym brzmieniem. Ale wiele kapel, które nagrały doskonałe albumy, niestety się rozpadło. To w ogóle bolączka polskiej alt sceny – zespoły pojawiają się, wydają coś dobrego i znikają. Na szczęście, działa np. stajnia Peleton Records, bardzo prężna, jeśli chodzi o gitarową stronę sceny. Są tam świetne Days Days Days, Zwidy, Hanako, Potwory i Ludzie, Węże, pawlack i wiele innych, pokazujących, że alternatywa w Polsce istnieje i cały czas mutuje. Nie można zapomnieć o Piranha Music – wspomnę o rewelacyjnej Doli czy Goryczy. Innym ulubionym zespołem jest tu Kryształ - przykład grupy, która dryfuje wyraźnie w stronę shoegaze’u – świetna rzecz, polecam. Inna sprawa, że alternatywa zawsze dobrze reagowała na retromanię a duch lat 90. wraca niemal sezonowo. Generalnie, mam poczucie, że scena jest w fazie fermentu – coś się gotuje, a prawdziwy wybuch dopiero przed nami.

A co z festiwalami? Planujecie zgłoszenia na wydarzenia typu Cieszanów, Jarocin czy Pol’and’Rock?

Arek Lerch: Na razie czekamy na premierę płyty i reakcję słuchaczy. Festiwale często same „zasysają” zespoły, które stają się popularne. Line-upy tworzone są na podstawie zainteresowania publiczności i obecności w social mediach. Choć sporo kontaktów w branży muzycznej, wolę, żeby zaproszenia były naturalne, nie dzięki znajomościom. Jeżeli płyta odbije się echem i pojawią się sygnały, że ludzie chcą nas zobaczyć na żywo, zaczniemy rozważać występy. Najbardziej odpowiadałby nam off-festiwalowy charakter wydarzenia. Planujemy jednak większą ofensywę koncertową dopiero wiosną przyszłego roku. W tym roku, po wrześniowej premierze płyty, czas szybko się kończy, a zimowe koncertowanie jest dla mnie psychicznie bardzo męczące. Możliwe będą pojedyncze koncerty promocyjne w październiku czy listopadzie, ale prawdziwe działania przewidujemy na wiosnę, kiedy płyta będzie „osłuchana” przez ludzi. Choć nie mogę ukrywać, że zależy mi, aby zespół przekonał do siebie jak najwięcej słuchaczy, zobaczymy…

Testowaliście już odbiór "Chwastów Polskich" na bardziej kameralnej publiczności, wśród znajomych?

Arek Lerch: Nie. Dopiero teraz powoli zaczynamy, oczywiście wśród znajomych, czy innych zespołów.

„Chwasty Polskie” są konceptem zakorzenionym w naturze i lokalności. Czy planujecie dalsze eksploracje w tym duchu – np. kolejne albumy inspirowane roślinami, żywiołami – czy był to raczej jednorazowy eksperyment artystyczny? Jak chcielibyście, by za kilka lat ludzie opisywali HVAST? Jako projekt ambientowy, progresywny, psychodeliczny, czy może zupełnie coś innego?

Arek Lerch: Zawsze zakłada się, że zespół będzie działał długo, wyda wiele płyt, ale ostatecznie weryfikuje to rzeczywistość. Jeśli zakładasz zespół i mimo starań nie znajduje odbiorców, muzyka nie przyciąga, to kontynuacja nie ma sensu. Zespoły w naturalny sposób wytracają pęd i rozpadają się – nie mówiąc już o wewnętrznych kłótniach. Na ten moment nie mamy niczego nowego, bo kiedy nagraliśmy płytę, zaczęły się prace nad materiałem NVC. Teraz jesteśmy skupieni głównie na dopracowaniu NVC, a HVAST czeka na premierę i na to, co się wydarzy. Mamy kilka tematów z prób, które nie zostały rozwinięte. Może wrócimy do nich przy kolejnej płycie albo pojawią się nowe. Nie mamy presji wynikającej z kontraktu, że trzeba wydać płytę w określonym czasie. Najbardziej napędza nas energia; jeśli płyta się spodoba, ludzie będą chcieli jej słuchać i przyjść na koncert, to wszystko będzie się naturalnie kręcić. Nie traktujemy tego jako pracy, po prostu zobaczymy, co przyniesie los. Ważne, że jest między nami dobry flow. Może być też tak, że HVAST przestanie istnieć i powstanie nowy zespół, ale na razie wszystko jest w porządku.

Czy album będzie dostępny na Spotify i innych streamingach?

Arek Lerch: Mam nadzieję, że wydawca Zoharum wstawi płytę na Spotify, bo dziś, jeśli nie prezentuje się muzyki na Spotify czy innych serwisach, to jakby się nie istnieje, szczególnie dla tych młodszych odbiorców, dla których nośnik fizyczny to przeżytek. Spotify ma ostatnio trochę złą prasę, ale i tak korzysta z niego każdy. Cena subskrypcji w stosunku do możliwości jest świetna, więc raczej też będziemy z tego korzystać. Będziemy też rozsyłać MP3 i kompakty – Zoharum skupia się głównie na kompaktach a i ja sam jestem maniakiem kompaktów – mam ich całkiem sporo, cały czas uzupełniam kolekcję. Winyl byłby fajny, może kiedyś zrobimy reedycję, ale na pewno będziemy wszędzie obecni, także na YouTube i może Tidalu itp.

Czyli życzyć Wam jak najlepszego odbioru "Chwastów Polskich". Przede wszystkim, żeby nie zwiędły.

Arek Lerch: Dokładnie!

FOTO: Joanna Kalisz - Lerch

Powiązane materiały

Powiązane materiały

HVAST - Chwasty Polskie
Recenzja19.09.2025

HVAST - Chwasty Polskie

HVAST to projekt muzyków NVC, którzy w związku z przymusowym, wynikającym z życiowych sytuacji, zawieszeniem działalności tego zespołu, postanowili niezobowiązująco kontynuować spotkania w sali prób.