Iwona Skv

Iwona Skwarek czyli była wokalistka i liderka duetu Rebeka oraz członkini projektu Shyness! powróci już jutro pod szyldem Iwona Skv z debiutanckim solowym albumem "1986". Artystka opowiedziała nam o kulisach powstania tej płyty oraz o szansach na reaktywację Rebeki.
GS: Bardzo często artyści, którzy byli lub są związani z jakimś zespołem, nagrywając solowy debiut, starają się odejść od brzmień kojarzonych z ich macierzystą grupą. W przypadku Twojego solowego debiutu nie da się uniknąć skojarzeń z Rebeką.
IS: Tak sądzisz? Kocham elektronikę i myślę, że ten album jest tego owocem. Znalazły się na nim utwory reprezentujące różne odcienie muzyki elektronicznej. Są tam ballady, kompozycje techno, utwory w stylistyce house. Jako że wcześniej komponowałam w Rebece, to echa twórczości tamtego zespołu będą słyszalne u mnie. Jedyna różnica jaka mi się nasuwa między tym albumem a twórczością Rebeki to, że nie jest to „ejtisowe”. Wydaje mi się, Rebeka była mocno zanurzona w latach 80-tych. A na "1986" zupełnie odeszłam od tych klimatów. W 2021 wydałam taki one-off single „nie ma”, który był w stylistyce trapowej, jednakże była moja chwilowa fascynacja autotunem, przewrotnie połączyłam trap z tematyką queer’ową.
GS: W 2021 roku wzięłaś udział w kobiecym projekcie Shyness!, gdzie było sporo brzmień akustycznych. Nie kusiło Cię, by na „1986” pojawiły się także „akustyki”?
IS: No właśnie nie. W Shyness! nagrałam tyle gitar, że teraz stwierdziłam, że nie chcę dotykać tego instrumentu (śmiech). Nie jest to mój pierwszy instrument i przyznaję, że ciężko mi się na nim gra. Nie ćwiczę i o wiele łatwiej jest mi programować syntezatory i kręcić gałkami.
GS: „1986” to Twój drugi debiut. Pierwszy zaliczyłaś 11 lat temu z Rebeką. Czy tym razem czułaś także tremę związane z premierą „1986”? A może po prostu machnęłaś ręką i powiedziałaś sobie, że będzie co będzie?
IS: Czuję stres związany z premierą tej płyty. Zawsze pisałam bardzo osobiste teksty, tylko, że w czasach Rebeki były one po angielsku w związku z czym istniała bariera między mną a słuchaczami i słuchaczkami. A tu nagle na nowej płycie zaśpiewałam po polsku przez co czuję się taka…hm…krucha, wystawiona na widok publiczny? Jestem zapraszana na koncerty niebiletowane i myślę sobie: „Co ja zrobiłam? Mam śpiewać ludziom takie intymne teksty?” (śmiech). I to tak naprawdę mnie przeraża. Jeśli chodzi o stronę muzyczną to jestem podekscytowana tą premierą. I rzeczywiście czuję się jakbym znowu debiutowała, budowała coś od zera.
GS: Do śpiewania po polsku musiałaś dojrzeć, nabrać pewności siebie?
IS: Wcześniej śpiewanie po polsku wydawało mi się niemożliwe. Dorastałam słuchając takich artystów jak: Radiohead czy Portishead. Gdy zaczynałam komponować także słuchałam artystów śpiewających po angielsku. Przełomem było napisanie utworu „Pocałunek” Rebeki w 2019 roku i zrozumienie, że moje kompozycje napisane w języku polskim znaczą dla mnie więcej. Cieszę się, że tak jest, ale teraz znowu komponuję kilka rzeczy po angielsku, ale nie wyobrażam sobie, by ta płyta Iwona Skv była w języku Szekspira. Jest to zbyt osobisty album.
GS: W tym projekcie jesteś po raz pierwszy sama. Wcześniej w Rebece miałaś obok siebie Bartka, w Shyness! jeszcze trzy dziewczyny. Czy Iwona Skv to Twój całkowicie solowy projekt, czy też ktoś Ci jeszcze pomagał?
IS: Głównie wszystko zrobiłam sama w domowym studiu ustawionym w sypialni. Siedziałam i dłubałam, dłubałam, dłubałam. Potem wysłałam materiały do poznańskiego muzyka Mooryca, który siedzi w takich elektronicznych klimatach. Poprosiłam go by dokonał mixu i post-produkcji tych nagrań. On dorzucił kilka detali brzmieniowych, które podrasowały brzmienie tej płyty oraz dodał od siebie dwie kompozycje: „Puszczam” i „Siri”. Mam takie poczucie, że jak współpraca się dobrze układa i ktoś ma jakiś fajny pomysł, to warto w to wejść. Reszta płyty to moje dzieło, nad którym pracowałam kilka lat z kilkumiesięcznymi przerwami. Teraz mam już inne doświadczenie w tej kwestii, bo piszę musical w Warszawie, gdzie w 2 miesiące trzeba skomponować półtorej godziny muzyki. Widzę różnicę między tym, jak się robi muzykę dla teatru, a muzykę dla siebie. Gdy robię dla siebie to jestem milion razy bardziej krytyczna. Chcę wówczas odnaleźć prawdę w wyrażeniu siebie. Dlatego też zajmuje mi to tyle czasu, bo chcę by to było wyjątkowe, by teksty trafiały w moje serce.
GS: A co z Rebeką? Zawiesiliście działalność 5 lat temu. Jest szansa, że kiedyś jeszcze wrócicie?
IS: Zawsze jest taka szansa, ale na razie się na to nie zapowiada. Powiem szczerze, że nie czuję potrzeby powrotu. Ekscytuję się tym nowym otwarciem w mojej karierze muzycznej. I to otwarcie jest w pewnym sensie związane z porzuceniem Rebeki. Dopiero ostatnio uzmysłowiłam sobie pewien proces, który się wydarzył. Nie byłam świadoma tego, że nie pracując już z Bartkiem będę musiała wziąć na siebie wiele kwestii technicznych, które w Rebece mnie męczyły, a które brał na siebie Bartek. I dzięki „1986”, Shyness! i muzyce do teatru, uzmysłowiłam sobie, że mogę robić wiele rzeczy na polu muzycznym: tworzyć muzykę teatralną, prowadzić warsztaty muzyczne z dzieciakami i czuję dzięki temu ekscytację, że wchodzę w nowy świat, który nie byłby dostępny dla mnie, gdybym nie zrezygnowała ze strefy komfortu w postaci współpracy z Bartkiem, który mnie wyręczał w kwestiach technicznch. Gdy w Rebece kończył się proces pisania utworów, a zaczynało się przygotowywanie ścieżek do miksów, to zaczynałam być chora. Teraz, gdy zrobiłam to już ileś razy, to po 2-3 latach mam swój system i idzie mi to sprawnie.
GS: Jak wyglądają Twoje solowe koncerty? Grasz sama czy z muzykami?
IS: Gram sama. Mam na scenie zestaw, który jest dosyć duży jak na jedną osobę. Mam syntezatory, kultową MPCtkę, oraz stary dyktafon. Wymyśliłam sobie taki live set, w czasie którego kręcę gałkami i eksperymentuję mocno przetwarzając swój głos, oczywiście do tego wszystkiego śpiewam te swoje piosenki.
GS: Dziękuję za rozmowę.

