Kamil Wicik / Leszek Gnoiński

WywiadMaciej MajewskiKamil Wicik / Leszek Gnoiński
Kamil Wicik / Leszek Gnoiński

Historia płockiej grupy Farben Lehre jest dość zawiła. Właśnie ukazała się książka „Farben Lehre. Bez pokory” opisująca losy zespołu. Z tej okazji miałem okazję porozmawiać z autorem i współautorem tego dzieła – Kamilem Wicikiem i Leszkiem Gnoińskim.

MM: Muszę przyznać, że jestem zaskoczony, bo nie zdawałem sobie sprawy, że artystyczna droga Farben Lehre jest tak złożona. Zastanawiam się, czy Wojtek rzeczywiście tak dokładnie pamięta te wszystkie wydarzenia, czy musiałeś je z niego podczas tych 7 lat pracy nad książką szczególnie wyciągać?

KW: Wojtek ma doskonałą pamięć i potrafi te wszystkie wydarzenia pięknie poukładać. Jeszcze lepszą pamięć ma Mikołaj, czyli perkusista zespołu. Nie było większego problemu z zebraniem i spisaniem tej historii. Od początku naszym założeniem podczas spotkań na wywiady było właśnie opowiedzenie dokładnie wszystkiego, a następnie spisanie tych historii. Na pewno też sporo rzeczy się nie znalazło w książce. Farben Lehre to kapela, która ma bardzo ciekawą historię i która konsekwentnie zawsze robiła to, co uważała za słuszne. Gdy spojrzy się na ich działalność zarówno w latach 80. jak i 90. to jednak był to zespół, który cały czas funkcjonował. Z kolei w XXI w. stali się kapelą bardzo rozpoznawalną wśród młodych ludzi.

MM: Przez całą książkę przewija się motyw niesamowitej wytrwałości Wojtka. A z drugiej strony nie sądziłem, że ten pogodny i pełen energii człowiek może tak silną ręką trzymać ten zespół. To też jest dosyć zaskakujące.

KW: Wojtek po prostu jest takim człowiekiem. Kiedy pojawił się pomysł pracy nad tą książką, znaliśmy się mniej więcej od roku. Poznaliśmy się w Jarocinie, a potem jeszcze wielokrotnie rozmawialiśmy przez telefon. Od początku Wojtek wydał mi się człowiekiem niezłomnym, który konsekwentnie dąży do celu i nie zraża się przeciwnościami losu.

MM: To, co również się przewija przez całą książkę, to wręcz nieustanny pech prześladujący zespół. Jak nie zmiana składu, to problemy z wydawcą. Jak nie sala prób, to problemy na koncertach. Myślę, że musiało to Wojtka trochę zmęczyć i dopiero w XXI wieku sytuacja się poprawiła.

LG: Młodość Farben Lehre trwała trochę za długo (śmiech). Konsekwencja i ten niesamowity upór, o którym już wspominaliśmy są w tym kluczowe, ale ważna jest także wizja grupy. Z zespołu, który gra 10 koncertów nagle wskoczył na 100 biletowanych koncertów. To nie zdarza się często. Farben Lehre stworzyli markę za sprawą „Punky Reggae Live”. Pamiętam, jak byłem na pierwszej edycji w „Proximie” wówczas jeszcze pod nazwą „Punky Reggae Party”. Wtedy było kilkaset osób. Gdy przyszedłem rok później, sala była już pełna. I wtedy zdałem sobie sprawę, że coś się zmieniło. Co więcej – zespół osiągnął to mimo niechęci mediów.

KW: Może zabrzmi to pompatycznie, ale myślę, że tę książkę powinien przeczytać każdy młody zespół. To swoisty podręcznik, a zarazem historia wzlotów i upadków. Tych ostatnich było sporo, natomiast zespół za każdym razem się podnosił. Ta niechęć mediów, o której wspomniał Leszek paradoksalnie pomogła zespołowi, ponieważ zdali sobie sprawę, że mogą liczyć wyłącznie na siebie. Zasada „Do It Yourself” w przypadku Farben Lehre ma kluczowe znaczenie. Poza tym myślę, że Wojtek jest także niedocenianą osobą, jako człowiek znający branżę muzyczną i pomagający innym zespołom. A tym przecież także zajmuje się od dawna i ma na ten temat także sporo do powiedzenia.

MM: To, co mnie zdziwiło, to liczne powtórzenia poszczególnych faktów na kolejnych stronach np. fakt, że Wojtek prowadził wypożyczalnie kaset VHS, albo, że zespół zwyciężył w plebiscycie „Tygodnika Siedleckiego”. To dość nietypowe w biografiach.

KW: To kwestia przypomnienia pewnych faktów.

LG: To trochę jak w filmie dokumentalnym, gdy ktoś się wypowiada i jest podpisany. Zasada jest taka, że „podpisuję” się taką osobę, co kilka minut. I tak samo jest w przypadku książki. Jeżeli jakiś fakt jest istotny, godny przypomnienia, to przytacza się go ponownie. Staraliśmy się jednak, by tych powtórzeń nie było zbyt wiele.

MM: Według tego, co jest napisane w książce - Wojtek bardzo naturalnie został wokalistą. Nie ma w niej poruszonej kwestii, czy ma predyspozycje, by śpiewać. To było aż tak oczywiste?

KW: Wojtek zaczął śpiewać, ponieważ czuł taką potrzebę. Mimo iż obsługiwał bas, to uznał że najlepszą funkcją w zespole będzie dla niego wokal. Dużo o tym rozmawialiśmy i wynikało to także z tego, że w podstawówce pani od śpiewu zwróciła uwagę na jego predyspozycje głosowe, sugerując, że mógłby je w przyszłości wykorzystać. Zresztą w swoich pierwszych szkolnych kapelach Wojtek od razu był wokalistą. Dziś widać, że jest doskonałym frontmanem i to jest jego żywioł.

LG: Kiedy ludzie zakładają zespół, takie rzeczy przychodzą naturalne - że ktoś staje za mikrofonem, a ktoś inny bierze się za instrument. Nie ma w tym jakieś szczególnej ideologii.

MM: Leszku, dla Ciebie to nie pierwsza biografia. Pamiętamy „Raport O Acid Drinkers”, biografię Myslovitz, czy nawet wywiad rzekę z Markiem Piekarczykiem. Tutaj jesteś tylko, a może aż redaktorem. Było lepiej, łatwiej, niż przy samodzielnym pisaniu?

LG: Najgorzej się jednak zmienia czyjeś rzeczy. Dużo łatwiej jest napisać coś swojego. W tym wypadku poprawianie było dosyć żmudne i musieliśmy wyrobić sobie z Kamilem sposób pracy pod tym względem. To jest jego książka, ponieważ to on zebrał materiały i pisał, a ja nad tym usiadłem i musiałem to przeredagować, skrócić i doprowadzić do formy obecnej. Nie ma w niej moich wywiadów, czy moich materiałów na temat zespołu. Jeżeli czegoś brakowało, to uzupełnialiśmy. Również Wojtek sporo się napracował nad tą książką. Dla przykładu: jednym z ostatnich dopisków do książki było dodanie opinii Wojtka na temat narkotyków, a to bardzo ważna kwestia, ponieważ dla wielu młodych ludzi on jest pewnego rodzaju mentorem. Poza tym pierwotnie książka nosiła tytuł „Farben Lehre i Wojciech Wojda”, ale uznałem, że jest on za długi, dlatego Wojtek został wymieniony jako współautor. On także autoryzował i redagował ten tekst.

KW: Mogę się przyznać, bo nigdy wcześniej tego Leszkowi nie mówiłem, że był taki etap pracy przed jego dołączeniem, kiedy wiedziałem, że ewidentnie nie radzę sobie z pracą nad ta książką i wtedy Wojtek rzucił hasło, że fajnie by było, gdybyś do nas dołączył (śmiech). A ja o tym marzyłem, bo znałem Leszka prace. „Kult Kazika” to książka, w której się zaczytywałem. Natomiast praca z Leszkiem trwała 2 lata.

LG: Ja też muszę się do czegoś przyznać (śmiech). W lipcu 2 lata temu poznałem Kamila w Gdańsku i wówczas przyniósł mi wydrukowany cały pierwszy rozdział książki. Szczerze mówiąc, gdy zacząłem go czytać, to się załamałem (śmiech). Pierwszy rozdział miał 400 tysięcy znaków, więc skróciłem go do 160 tysięcy znaków. Na bieżąco wszystko poprawialiśmy.

KW: Wszelkie poprawki, wymiany maili, rozmowy... Kosztowało nas to obu sporo stresu, natomiast bardzo się cieszę, że Leszek się zgodził i udało nam się stworzyć tę książkę.

Powiązane materiały