Kinga Głyk

WywiadGrzegorz SzklarekKinga Głyk
Kinga Głyk

Nasza największa gwiazda jazzowego basu Kinga Głyk zaprezentowała nowy album "Real Life". Płyta została nagrana z pomocą plejady znanych zagranicznych muzyków jazzowych i wyprodukowana przez Michaela League - pięciokrotnego zdobywcę nagrody Grammy, współtwórcę sukcesów Snarky Puppy. Kinga udzieliła nam wywiadu, w którym opowiedziała o kulisach powstania tej płyty.

GS: Jaka była geneza tytułu Twojej nowej płyty „Real Life”?

KG: Każdy z nas chce być jak najlepszy w tym co robi. Ja działam w środowisku, w którym wszyscy się mocno porównują i chcą być akceptowani oraz poważani jako muzycy. Zaczęłam się zastanawiać co to znaczy: „być prawdziwym muzykiem”. Przez to, że jestem muzycznym samoukiem, moim udziałem nie był schemat, że idzie się do szkoły muzycznej, a potem się zaczyna grać z kolegami „jam sessions”, występuje się tu i tam, zdobywa się doświadczenie. Ja miałam inną drogę, przez co zmagałam się sama ze sobą i z tym, co myśleć o tym wszystkim. Czy jestem prawdziwym muzykiem? Ale pomyślałam, że żyjemy w świecie social mediów, który nie jest do końca prawdziwy. Pewnej nocy dużo rozmyślałam o tej prawdziwości, aż się popłakałam. Zastanawiałam się, jak nazwać ten album? Pierwotnie miał nosić tytuł „Not Real”, co było związane z „not real musicians”, a więc problemem pod tytułem „co to znaczy nie być prawdziwym muzykiem?”. Ale potem pomyślałam sobie, że żyjemy w świecie, który nas popycha w stronę porównań, w świecie w którym istnieją miliony edytowanych filmików na social mediach. W przestrzeni wokół nas przepływa tyle informacji, że zaczynamy gubić sens tego wszystkiego. Pomyślałam sobie, że warto jest odciąć się od tego wszystkiego i skupić się na tym, co chcemy robić z tym co mamy, być kreatywnym i nie iść za trendami. Zaczęła mnie przerażać świadomość, że ludzie zaczynają się zamykać przed byciem kreatywnymi i nie chcą zaprzestać kopiowania już istniejących rzeczy, w tym na przykład muzyki. Tak więc tytuł „Real Life” jest owocem moich przemyśleń na temat „bycia prawdziwym” i bycia częścią świata wirtualnego, bo to jest już część mojej pracy. Często mówię na koncertach, że patrząc na to, co ludzie udostępniają w sieci, można odnieść wrażenie, że odnoszą oni stuprocentowe sukcesy. Ale zapominamy, że często jest druga strona medalu, która nie jest widoczna. Często, gdy ludzie mnie obserwują na social mediach, widzą mnie szczęśliwą i uśmiechniętą, ale jest też przecież moja druga strona, która zmaga się z problemami wszelakiego rodzaju. I prawdziwe życie ma te dwie strony.

GS: Pomimo tych dość trudnych przemyśleń, atmosfera albumu jest pozytywna. Czuję, że „Real Life” to Twoja „odtrutka” na te wątpliwości i rozmyślania.

KG: Tak, ale nie tylko. O tym co mówisz, jest na płycie tak naprawdę jeden utwór czyli „Not Real”. Była to jedna z pierwszych kompozycji stworzonych z myślą o tym albumie. Wtedy zaczynał się COVID, co było dla mnie nowe i dziwne. Inne kompozycje z tego wydawnictwa mają całkiem inne przesłanie, ale i pozytywny klimat o którym wspomniałeś. To są utwory, które nawiązują do tego, co się u mnie działo w tamtym czasie na poziomie emocjonalnym.

GS: Proces powstawania płyty trwał dwa lata. Czy wolisz takie długie procesy, czy jednak bliższe są Tobie krótsze okresy nagraniowe?

KG: Dwa lata powstawały same pomysły na kompozycje oraz tworzenie zaczątków gotowych utworów we współpracy z producentem Michaelem League. Następnie spotkałam się z muzykami i nagraliśmy muzykę. Ale później rok czekałam, aż ten album zostanie wydany. Wolę szybkie nagrywanie muzyki ze względu na to, iż gdy coś nagrasz, to jest to uchwycenie tego momentu, w którym właśnie jesteś. A gdy czekasz rok, to człowiek się zmienia i musisz utożsamić się z czymś co było stworzone wcześniej i nie jest to już takie świeże. Jednak w tym przypadku cierpliwość się opłaciła, bo wydanie „Real Life” było dla mnie szczególnym przeżyciem.

GS: Wspomniałaś o producencie Michaelu League, który jest pięciokrotnym zdobywcą nagrody Grammy i współtwórcą sukcesów Snarky Puppy. Jak doszło do Waszej współpracy?

KG: Do współpracy doszło dzięki Warner Music Germany. Rozmawialiśmy o tym, kto mógłby być producentem mojej nowej płyty i został mi zaproponowanych kilka nazwisk. Gdy zobaczyłam nazwisko Michaela to wybór był dla mnie oczywisty (śmiech). Jest to jeden z moich idoli i autorytetów. Podczas pierwszych rozmów bardzo się stresowałam ze względu na to, że coś może się nie udać. Bałam się, że powiem coś, co zniechęci go do współpracy ze mną (śmiech). Nauczyłam się od niego bardzo wielu rzeczy. Nasze spotkanie na Skypie dało mi odpowiedź na wiele pytań dotyczących tego, o co mi chodzi od strony muzycznej, jakie mam bliższe oraz dalsze plany, do kogo ten album ma być skierowany.

GS: W studiu nagraniowym współpracowałaś z grupą znakomitych muzyków, z których wcześniej znałaś jedynie Bretta Williamsa. Jak wyglądało Twoje wejście w współpracę z zupełnie nowym gronem współpracowników?

KG: Było to dla mnie ogromne wyzwanie. Generalnie dla mnie zawsze wyzwaniem jest przebywanie w grupie osób, których nie znam. W tym przypadku stres był o tyle większy, że byli to ludzie starsi ode mnie, a jednocześnie muzycy, których bardzo szanuję. Problemem było dla mnie też to, aby się automatycznie nie wycofać. Ale poradziłam sobie, bo uczę się tego, że wszyscy w życiu jesteśmy ludźmi bez względu na osiągnięcia wszyscy chcemy tego samego, a więc aby czuć się jak w domu. I chyba właśnie dzięki temu, że tę płytę nagrywaliśmy w domowym studiu Michaela to pomogło to w wykreowaniu przyjacielskiej atmosfery. Razem jedliśmy śniadania i obiady, rozmawialiśmy na wiele tematów. Dzięki temu nie stresowałam się i nie przejmowałam niepotrzebnymi rzeczami.

GS: Jak ta współpraca wyglądała? Ty sygnujesz ten album swoim nazwiskiem, więc Ty byłaś szefową tego projektu. Czy oni dostosowywali się do Twoich wskazówek czy też korzystałaś z ich porad?

KG: Każdy z muzyków, który brał udział w sesjach nagraniowych wniósł do tych utworów coś swojego. Gdybyśmy z tego składu wymienili choć jednego muzyka, to myślę, że ten album brzmiałby inaczej. Przyglądanie się, jak oni nagrywali swoje partie instrumentów było niesamowite i bardzo pouczające. Gdy spotkaliśmy się w studiu nagraniowym to pomysły na kompozycje były już gotowe i zamknięte. Michael powiedział wtedy ciekawe słowa, a mianowicie: „gdy artysta coś skomponuje, to czuje się tak mocno związany z tym co stworzył, że gdyby ktoś chciałby coś w tym pomyśle zmienić, to poczuje się on tak, jakby ktoś zamieszał w obiedzie, który ten artysta ugotował”. Jednocześnie musiałam wykształtować w sobie umiejętność akceptacji zmian w mojej muzyce. Musiałam zaakceptować to, że nie zawsze moje pomysły były najlepsze i jedyne. Zdarzyło się raz, że w studiu bardzo mocno to odczułam. Pracowaliśmy nad utworem „Fast Life”, który był ostatnią kompozycją, którą wymyśliłam kilka bądź kilkanaście dni przed nagraniami. Brakowało mi numeru, który byłby żwawy. A w wersji studyjnej taki nie jest, bo go zmieniliśmy. Tu coś ucięliśmy, tam dodaliśmy, zmieniliśmy harmonię, Koncepcja utworu była całkiem inna w mojej głowie, ale wersja z płyty też jest super! To był właśnie sztandarowy przykład na to, o czym rozmawiałam z Michaelem.

GS: Odnoszę wrażenie, że ta płyta jest dla Ciebie początkiem naprawdę poważnego etapu w Twoim życiu artystycznym. Z całym szacunkiem dla Twoich poprzednich dokonań, ale do tej pory była uznawana za „nadzieję jazzu” jak zresztą nazwał Cię jeden z niemieckich dzienników. A teraz masz na koncie współpracę z Michaelem League, a do tego znakomitymi muzykami jazzowymi. Nawet Twój image na okładce albumu, gdzie jesteś przedstawiona w różowych barwach, wygląda jak przekroczenie pewnej granicy i zamknięcie poprzedniego rozdziału w Twoim życiu artystycznym…

KG: Zgadzam się z tym, że jest to początek nowego rozdziału w mojej karierze muzycznej. Ale chyba też w życiu prywatnym. Wyprowadziłam się z domu rodzinnego, zaczęłam prowadzić swoją firmę. Do tej pory mój Tata pomagał mi w prowadzeniu spraw zawodowych, a teraz już ja jestem za to odpowiedzialna. Cieszę się, że mogłam wziąć na swoje barki więcej odpowiedzialności za to, co robię. Spotykam też wielu nowych ludzi, którzy motywują mnie do tego, aby cały czas się rozwijać. A z wyglądu na okładce płyty bardzo się cieszę, bo jeszcze niedawno nigdy bym nie ubrała różowego ubrania (śmiech).

GS: Dziękuję za rozmowę.

Powiązane materiały