Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeWywiadyMaciej Łyszkiewicz
Maciej Łyszkiewicz

Maciej Łyszkiewicz

Wywiad17.02.2025Grzegorz SzklarekMaciej Łyszkiewicz
Maciej Łyszkiewicz

Ukazał się album "Baltic Sound" znanego trójmiejskiego kompozytora, producenta, multiinstrumentalisty i wokalisty Macieja Łyszkiewicza znanego z grup No Limits, Leszcze i The Q. Płyta inspirowana klasyczną piosenką lat 70, będąca subtelnym połączeniem popu, soulu i wpływów muzyki latynoskiej, jest hołdem dla jego rodzinnego Trójmiasta i fascynacji Bałtykiem. Kompozytor zaprosił do współpracy młodych wokalistów, takich jak: Magda Żmuda, Julita Zielińska, Łukasz Fudala czy Maks Pabjańczyk, a także uznanych artystów, m.in. Izę Kowalewską, Anię Męczyńską i Borysa Hanczewskiego. Maciej Łyszkiewicz opowiedział nam o kulisach powstania tego albumu.

GS: W jakich okolicznościach w Twojej głowie powstał pomysł na nagranie „Baltic Sound”?

MŁ: Od wielu, wielu lat tworzyłem piosenki dla innych artystów i czasami też zdarzało mi się te utwory produkować. Bardzo często nagrywałem, pojawiałem się jako gość z różnymi zespołami, jak: Golden Life, Apteka, Marek Piekarczyk czy IMTM. Natomiast pisząc te kompozycje, które były często nagrywane przez innych artystów, takich jak: Grażyna Łobaszewska, Dorota Jarema, czy Kasia Cygan, któregoś dnia pomyślałem sobie, że nie za bardzo dbam o siebie, nie za bardzo myślę o sobie. I wiele osób rozmawiając ze mną mówiło tak: „Maciej my tutaj w branży wiemy kim jesteś, znamy ciebie. Natomiast dla przeciętnego słuchacza, często są bardziej kojarzone piosenki,, które Ty pisałeś dla kogoś”. Uznałem, że może fajnie byłoby zrobić jakieś podsumowanie. Szczególnie, że mija 35 lat mojego grania i zrobić materiał, który po pierwsze: będę sygnował swoim imieniem i nazwiskiem, po drugie, w który nagram z różnymi artystami.

GS: Gdy słucham tej płyty od razu mam skojarzenie z legendarnym już albumem „Gdynia” z 1988 roku, na którym znalazły się piosenki wykonawców związanych z Trójmiejską Sceną Alternatywną takich jak chociażby: Pancerne Rowery, Apteka, Bielizna czy Po Prostu.

MŁ: Może faktycznie to jest dobre skojarzenie? W ogóle nie pomyślałem o płycie „Gdynia”, którą miałem jako nastolatek i słuchałem jej namiętnie. Natomiast pomyślałem sobie, że pracując z tyloma fantastycznymi muzykami, w zasadzie nigdy nie robiłem takich rzeczy, które od początku do końca były realizacją moich marzeń i fascynacji muzycznych. Często to jest jednak wypadkowa. Pracujesz z jakąś grupą ludzi i wówczas masz jakiś wpływ na efekt końcowy, ale są też inni artyści, którzy z tobą tworzą. Nie powiem oczywiście, że teraz tak nie było. Natomiast miałem więcej do powiedzenia w tym sensie, że te piosenki powstawały, później były weryfikowane. Często tak się zdarza, że coś piszesz dla jakiegoś artysty, a on mówi „Nie za bardzo jestem do tego przekonany”. Paradoksalnie tak było w historii muzyki wielokrotnie, że ktoś rezygnował z zaśpiewania piosenki, a później ona stawała się przebojem, czy też była doceniana przez krytyków. Jestem muzykiem, który gra już ileś lat, ma doświadczenie i jest wykształcony muzycznie. Mam za sobą 17 lat edukacji muzycznej, więc to jest naprawdę spory kawał czasu. Tak długa edukacja wyrobiła we mnie bardziej rozwinięty słuch muzyczny i mam świadomość, że coś ma potencjał, jest nośne, melodyjne, wpadające w ucho. Miałem kilka takich piosenek, przy których zupełnie nie zgadzałem się z artystami, którzy je dostali ode mnie i im się nie podobały, a ja byłem przekonany, że są dużo lepsze niż te, które wybierali na przykład nawet z mojego repertuaru.

Poza tym teraz w muzyce są używane jakieś śmieszne nazwy jak: indie pop, electro synth. Tworząc „Baltic Sound” pomyślałem sobie, że fajnie byłoby „wsadzić” niektórych z tych muzyków, wokalistów i wokalistki na nieznanego im „konia stylistycznego”. Dać im materiał muzyczny, który nie jest do końca zgodny z tym, co tworzą na co dzień. I na przykład tak było w przypadku Julity Zielińskiej, która tworzy swój oryginalny świat muzyczny, ale ja widziałem w niej osobę, która mogłaby zaśpiewać zupełnie coś innego. Zaproponowałem jej utwór swingowy, troszkę utrzymany w konwencji utworu „Walk Between the Raindrops” zespołu Steely Dan, a więc utrzymany w stylu pogodnego brzmienia z elektrycznym pianinem z Zachodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Dałem jej coś takiego i na ogół było tak, że ci artyści, którzy dostawali ode mnie piosenki, słuchali ich i byli, przyznam się, zaskoczeni.

GS: Mieli jakieś uwagi do tych utworów i mówili Ci, że na przykład coś by zmienili? Albo „Maciek, nagrajmy to trochę inaczej”?. Czy też bez dyskusji akceptowali to, co dostali?

MŁ: W kwestii interpretacji zostawiam pełną dowolność. To znaczy uważam, że to jest ten moment, kiedy raczej trzeba dać przestrzeń, czyli ja piszę muzykę, piszę melodie. Natomiast jeśli oni chcą tam dodać ornamentów czy też zinterpretować po swojemu, na zasadzie takiej, że ja to wyobrażałem sobie zaśpiewane na przykład delikatnie, a oni zaśpiewają mocniej - mają pełną swobodę. W sensie emocji to musi być dla artysty przestrzeń do wyrażenia siebie. Natomiast w kwestii muzyczno- melodycznej starałem się im zaproponować rzeczy na tyle fajne, żeby im się to w całości spodobało. I chyba tak było. Muszę powiedzieć, że te piosenki wybierałem z większej puli. Mam okresy, kiedy piszę bardzo dużo, mam okresy, kiedy w ogóle nie ruszam instrumentów, oczywiście oprócz grania koncertów. Czasami nawet przez pół roku. W szufladzie miałem tych piosenek około 60-70. I pomyślałem sobie, że starannie je wyselekcjonuję i wybrałem spośród nich kilkanaście. Później pojechałem do Domu Pracy Twórczej w Sopocie. To też jest dosyć zabawne, ale jestem dziwakiem. Mieszkam w Gdyni, a pojechałem pracować na kilka dni do Sopotu. Jest to fajne miejsce, gdzie do dyspozycji gości jest fortepian na parterze. Część artystów z tego korzysta, część korzysta z atrakcji turystycznych. Oczywiście nie wszyscy przyjeżdżający piszą piosenki w sensie muzyki, niektórzy są autorami tekstów, więc ich w ogóle ten fortepian nie dotyczy. Drugiego dnia po przyjeździe spotkałem dziennikarza muzycznego Romka Rogowieckiego, którego znam od wiele lat i którego bardzo cenię. Spytał mnie co tutaj robię? Opowiedziałem mu całą historię o tym, że przyjechałem, że piszę piosenki na płytę. Był oczywiście rozbawiony słysząc, że wybrałem się do Domu Pracy Twórczej 15 kilometrów od domu. Natomiast zaproponował mi, że może posłuchać tych utworów. Bardzo się ucieszyłem, bo prawdę mówiąc, potrzebny jest zawsze ktoś, kto obiektywnie innym uchem posłucha tego, co tworzysz, a jednocześnie jest dla ciebie autorytetem. Zagrałem mu przegląd tych kompozycji i dostałem kilka fajnych, cennych uwag oraz sugestii, który utwór jest fajny, a który nie. I to było świetne, bo miałem duży dylemat. Miałem 15-16 piosenek i nie wiedziałem, z których z nich zrezygnować, żeby ograniczyć ich ilość do powiedzmy 10. Chodzi o kwestie budżetowe w studiu nagraniowym…

GS: …i znalezienie artystów, którzy te utwory zaśpiewają…

MŁ: …zgadza się. No więc miałem z tym problem. Więc było dla mnie błogosławieństwem to, że znalazł się ktoś kompetentny, kto spędził ze mną te kilka godzin wieczorem, rozmawiając, dyskutując na zasadzie „a tego nie rób, bo to już masz tam, drugi czy trzeci utwór latynoski, a to jest twoja taka specjalność, te bossa novy i jakieś takie rzeczy. Więc nie idź tak bardzo w tę stronę, bo już robiłeś takie materiały w przeszłości”. No i takich uwag było trochę. Było też ważne to, że powiedział mi, a właściwie utwierdził mnie do końca, żeby zrobić ten materiał w stronę, powiedziałbym, klasyczną. Nie chodzi tutaj o muzykę klasyczną, ale żeby zrobić ten materiał tradycyjnie, korzystając z prawdziwych akustycznych instrumentów, nie kierując się w stronę elektroniki i nowych brzmień. Ja się z nim zgadzam mając na uwadze cytat z jakiejś rzymskiej sentencji: „nic tak szybko się nie starzeje jak nowość”. Więc stwierdziłem, że nie będę udawał kogoś, kim nie jestem. A jestem jednak w jakimś sensie muzykiem klasycznym, który wyrósł z tradycji europejskiej muzyki, który fascynował się też muzyką amerykańską. Natomiast zawsze podobało mi się to, jak ludzie grają, kiedy jest interakcja między tymi osobami, bo to wychodzi i w studiu i słychać to też na koncertach. Mam na myśli kwestię pomyłek, bo to wszystko jest ludzkie i prawdziwe. Im mniej w coś ingerujemy technologicznie, tym bardziej jest to prawdziwe. Nie lubię, gdy wszyscy opowiadają wokół, że trzeba robić coś eko i zgodnie z naturą. A później się okazuje po prostu, że te panie mają połowę rzeczy, nie wiem, piersi, usta z plastiku. A przy okazji opowiadają o ekologii. Jeżeli jestem muzykiem, to chcę tę muzykę grać na żywo. Szczególnie, że miałem przyjemność zaprosić artystów z którymi chciałem nagrywać. Marzyłem o tym, żeby z nimi współpracować. Oczywiście są takie postacie na tej płycie jak Ania Męczyńska, z którą gram od wielu lat i ona sama powiedziała do mnie: „Ty robisz płytę, a ja sobie nie wyobrażam, żebym ja na niej nie zaśpiewała”. Jest Iza Kowalewska, która nagrywała solo i z Muzykoterapią. To są te osoby, które są bardzo ważne w moim życiu, z którymi współpracuję, z którymi łączy mnie dużo więcej niż tylko i wyłącznie granie. Jest przyjaźń, jest znajomość siebie nawzajem, swojej psychiki, słabości, problemów, wartości, wrażliwości. Na pewno można powiedzieć, że trochę łatwiej pracuje się z takimi osobami, bo się znacie, czujecie dobrze. Dla Ani napisałem, a właściwie wybrałem piosenkę „Dobre dni”, która wydaje mi się, jest taką opowieścią dojrzałej, mądrej kobiety, która przeszła różne rzeczy w swoim życiu. I myślę, że to też jest prawda, bo Ania dobrze wie, że ja wiem dużo o jej różnych życiowych zakrętach. Z kolei Iza Kowalewska ma głos pachnący latami 50- 60-tymi i polskim kinem z tamtych czasów. Taki fajny seksapil i lekkie wariactwo. I to wszystko też słychać, że w zaśpiewanej przez nią piosence „Samba Drogiej Miłości”. A do tego są na płycie młodzi, zdolni, fantastyczni wokaliści. Jeden z nich, Łukasz Fudala, to jest syn mojego serdecznego kolegi z czasów, kiedy chodziliśmy do muzycznej szkoły podstawowej w Gdyni. I kiedyś poszedłem do jakiegoś klubu, chyba Blues Club w Gdyni na tzw. „Open Mic”. Przychodzą różni ludzie i śpiewają. Patrzę, wychodzi na scenę taki młodziak i śpiewa po prostu rewelacyjnie. A miał wtedy chyba 15 lat. A obok siedzi facet, który mnie zna i ja go znam. Okazało się, że to ten mój kolega z dawnych lat. Jego syn śpiewał rewelacyjnie i co jest rzadkością, znakomicie po angielsku. Wynikało to z tego, że on do tego 15 roku życia mieszkał w Skandynawii i tam się uczył od dziecka języka angielskiego. Na płycie śpiewa też znakomita młoda wokalistka Magda Żmuda i niezwykle utalentowany, charyzmatyczny Maks Pabjańczyk.

GS: Czy byli artyści, którzy ci odmówili z jakichś powodów udziału na tej płycie?

MŁ: Nie. Oczywiście chciałbym zaprosić jeszcze kilka osób, ale był limit ustalony na tych 10 piosenek. Nie będę robił piosenek na zasadzie Maciej Łyszkiewicz i duety, a w każdej z nich śpiewają po dwie osoby. Zeby jeszcze zaprosić kilku artystów, których chciałbym, żeby się pojawili na tej płycie. Miałem także chęć zaprosić jeszcze paru znajomych muzyków z zagranicy, ale ich nieobecność na albumie związana jest z ograniczonym budżetem. Kiedyś współpracowałem z wokalistką Ive Mendes, z którą grałem trochę koncertów i z którą się zaprzyjaźniłem. U niej w składzie byli genialni muzycy w Wielkiej Brytanii, Francji i innych krajów. Między innymi stąd na „Baltic Sound” jest portugalski perkusjonista Oli Savill, który grał z Paulo Nutinim, Pet Shop Boys i Basement Jaxx.

GS: I nie miałeś problemu, żeby go zaprosić. Nie robił żadnych przeszkód?

MŁ: Nie, nie. On jest cudownym człowiekiem. Zresztą miałem szczęście współpracować przy tej płycie tylko ze świetnymi muzykami i ludźmi. Na przykład z kontrabasistą Maxem Kowalskim, który gra w Max Klezmer Band grającym jazzu i muzykę klezmerską. Na płycie jest też gościem Paweł Błędowski, gitarzysta i autor tekstów, który pracuje na co dzień jako dziennikarz w Radiu Lublin. Oni przyjechali do hotelu w Gdyni, który tam wcześniej załatwiłem, przyleciał Oli Savill i bardzo „rockandrollowo” poszliśmy na lody do gdyńskiej lodziarni Mariola. Usiedliśmy sobie w czwórkę, zjedliśmy lody jak Włosi, coś słodkiego, cukier, polepszenie samopoczucia, łatwość nawiązywania kontaktów i okazało się, że oni się wszyscy tak ze sobą „skleili” towarzysko (śmiech). Plus jeszcze perkusista Sławek Dumański, który dołączył do nas już na sesji nagraniowej. Od kolejnego dnia, przez 4 doby nagrywaliśmy te utwory. Świetna atmosfera panowała od pierwszego momentu, jak się pojawiliśmy w studiu Stacja Muzyka w Rumii, notabene pięknym, magicznym miejscu, które zbudował i prowadzi pasjonat muzyki, przemiły człowiek Jarek Kozub, któremu też chcę bardzo serdecznie podziękować. Otóż mieliśmy tam cztery fantastyczne dni, gdy od rana do późnego popołudnia nagrywaliśmy muzykę, a później szliśmy coś zjeść, na jakiś spacer, na lody. I naprawdę stworzył się „team spirit”. Wydaje mi się, że to słychać na tym albumie.

GS: Zgadza się. Ta płyta jest bardzo beztroska w klimacie, taka trójmiejska. Chciałbym cię zapytać o teksty na tej płycie. Część utworów ma teksty autorstwa wokalistów, którzy dany utwór śpiewają, jak na przykład Magda Żmuda czy Julita Zielińska. Czy te teksty już wcześniej istniały, zanim ty dobrałeś tych artystów do śpiewania, czy też powstały one dla konkretnych artystów?

MŁ: Najpierw była muzyka, później były słowa, a później byli wykonawcy. Miałem pewną wizję, że daną kompozycję będzie śpiewała wokalistka albo wokalista. I wówczas te teksty powstawały, były pisane przez różne osoby. Wśród autorów pojawił się świetny dramaturg, poeta Andrzej Ballo, autor tekstu piosenki, którą ja śpiewam. Jest też utwór "Daleko Stąd", do którego bardzo ciekawe słowa napisała Małgosia Warda, która jest autorką cieszących się dużą popularnością powieści obyczajowych. Pisała dla nas już w przeszłości, jak robiliśmy album z The Q. Stworzyła dla nas bodajże dwa teksty na naszą pierwszą płytę nagraną z jej mężem Maćkiem Wardą i perkusistą Sławkiem Dumańskim, który jest także wyjątkowo utalentowanym realizatorem nagrań. Tu warto podkreślić, że Sławek był też na Baltic Sound” tą osobą, która dbała o dźwięki, cyzelowała je, produkowała, siedziała, słuchała. Sławek poświęcił dziesiątki, albo i setki godzin, żeby ta płyta tak brzmiała, jak brzmi. I muszę powiedzieć, że zostawiłem mu w tej kwestii wolną rękę.

Miałem wielkie szczęście, że trafiłem we właściwym czasie na właściwych ludzi. I myślę, że jest to ważne w przypadku płyty, która z założenia nie miała być wydawnictwem osiągającym wielkie sukcesy komercyjne. Jest mi to obojętne. Chcieliśmy nagrać album, który będzie przyjemnością dla mnie i dla tych osób, z którymi współpracowałem przy jego tworzeniu. Marzę o tym, żeby zagrać, jeszcze kilkanaście koncertów z tym materiałem w Polsce, może gdzieś za granicą i żeby przede wszystkim spędzać fajnie czas z tymi ludźmi, żebyśmy wszyscy robili to, co kochamy i żebyśmy nawzajem szanowali siebie pracując.

GS: Czemu na tej płycie jest tylko jeden utwór, w którym Ty zaśpiewałeś czyli „Ona Wie”?

MŁ: Tutaj odpowiedź jest dosyć prosta. Jestem przeciętnym wokalistą. Prawdę mówiąc jestem specjalistą od śpiewania chórków. W przeszłości wiele razy na płytach czy No Limits czy innych zespołów śpiewałem w chórkach i to dobrze mi wychodziło. Natomiast śpiewanie solo jest dla mnie drugorzędną sprawą. Jeżeli są dziesiątki ludzi, którzy robią to ode mnie dużo lepiej, mają większy talent, większą skalę, technikę, no to po co mam robić rzeczy, w których jestem przeciętny? Tylko dla przyjemności.

GS: Nie wiem czy się ze mną zgodzisz, ale mam wrażenie, że ta płyta też ma duży walor wychowawczy, bo dzięki „Baltic Sound” wiele osób spoza Trójmiasta może się o tych artystach w ogóle dowiedzieć, a nawet sobie ich przypomnieć. Tu mam na myśli Borysa Hanczewskiego, którego mało kto już pamięta, a który śpiewał w grupie Marilyn Monroe.

MŁ: Zgadzam się. Borys Hanczewski to taka, powiedziałbym, ikona i legenda. Kiedy zaczynałem zawodowe granie Borys był już uznanym wokalistą, który koncertował i na festiwalach Nowa Scena w Trójmieście, ale też jeździł na koncerty po Polsce. Zespół Marilyn Monroe to była grupa bardzo utalentowanych muzyków. To, że taki znakomity zespół nie zdobył sławy na jaką zasługiwał wynikało z tego, że w latach 80 i na początku 90 Trójmiasto zawsze było troszkę obok. Wszystkie główne media były w Warszawie i nam było trudno dostać się do nich. Poza tym te media głównie promowały kilku uznanych artystów. Takie to były czasy. Tylko ci artyści z Trójmiasta odnieśli sukces, którzy przenieśli się do Warszawy. Tak było z Adamem Wolskim i Golden Life. Tak było z Kodymem i Apteką. A ludzie w Trójmieście mieli, przepraszam, że to powiem, ale trochę w nosie kariery, Większość z nich po prostu wolała spędzać fajnie czas nad morzem, grać, imprezować. My nie mieliśmy żadnego zaplecza dziennikarskiego w Warszawie. Ale muzycznie, no nie ukrywajmy tego, Trójmiasto było najlepszym ośrodkiem muzycznym w Polsce w latach 80-tych i 90-tych. Muzycznie wyprzedzało resztę kraju o kilka długości…

GS: A propos tego co teraz powiedziałeś, to mi tutaj brakuje na tej płycie jeszcze jednej osoby, czyli Maćka Ulewicza, który jest obecnie cenionym dziennikarzem muzycznym w jednej z dużych stacji radiowych, a 35 lat temu był wokalistą jednej z najbardziej niezwykłych trójmiejskich grup czyli IMTM.

MŁ: Cały czas utrzymujemy miły kontakt z Maciejem. Uważam, że jest jedną z tych osób, która ma bardzo dobry gust muzyczny. Niewątpliwie ma wyczucie co jest dobre, a co nie. Maciek kibicuje naszym wspólnym działaniom z Iza & Latynoscy Brothers. Chyba mogę zdradzić, że od dłuższego czasu przymierzamy się do stworzenia drugiej płyty tego zespołu, gdzie Maciek byłby w roli producenta. Dopieściłby artystycznie te wszystkie nasze poczynania - Izy Kowalewskiej jako autorki tekstów i moje jako autora piosenek. I to jest taki nasz pomysł-marzenie, by nagrać płytę z Maćkiem Ulewiczem.

GS: Ale zanim się tym zajmiecie, to w ogóle planujesz drugą część „Baltic Sound”?

MŁ: Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym, ale gdybym miał ci teraz odpowiedzieć, to nie planuję kolejnej części. Ale nigdy nie mów nigdy.

Powiązane materiały

Powiązane materiały

Maciej Łyszkiewicz - Baltic Sound
Recenzja30.01.2025

Maciej Łyszkiewicz - Baltic Sound

„Baltic Sound” to najnowszy projekt muzyczny producenta Macieja Łyszkiewicza. Album inspirowany klasyczną piosenką lat 70., stanowiący subtelne połączenie popu, soulu i wpływów muzyki latynoskiej, jest hołdem dla jego rodzinnego Trójmiasta i fascynacji Bałtykiem.

Maciej Łyszkiewicz zaprasza nad Bałtyk
News08.01.2025

Maciej Łyszkiewicz zaprasza nad Bałtyk

2 lutego ukaże się nowy album producenta Macieja Łyszkiewicza, którego pamiętamy z trójmiejskiej grupy No Limits.

Maciej Łyszkiewicz podsumowuje karierę
News25.08.2022

Maciej Łyszkiewicz podsumowuje karierę

Niestrudzona sosnowiecka wytwórnia GAD Records przygotowała pierwsze wydawnictwo z nowej serii "Zawód Autor".