Matylda/Łukasiewicz

Matylda Damięcka i Radek Łukasiewicz od pewnego czasu zaczęli raczyć słuchaczy niebanalnymi piosenkami, ukazującymi się stopniowo na singlach. Do tego doszły pełne emocji koncerty. Dziś możemy już słuchać płyty „Matka”, odłożonej nieco w czasie, o której jej twórcy opowiedzieli mi w poniższej rozmowie.
MM: Mam wrażenie, że początkiem Waszej współpracy był projekt Polskie Znaki.
RŁ: Wiele osób ma takie wrażenie i jest ono mylne. Lubimy mówić, że Polskie Znaki wręcz opóźniły nas w naszych pracach w duecie. A znamy się dużo dłużej, bo od prawie 10 lat.
MD: Pierwszy utwór powstał jakieś 6 lat temu.
RŁ: Zastanawiałem się wtedy, jak nam to wyjdzie. Gdzie nas wiatr poniesie. Wspomniany pierwszy utwór „Sepleń”, który jest rozwinięciem pomysłu ze spektaklu, przy którym pracowaliśmy. Mam jeszcze demówkę akustyczną tego kawałka. Z tych kilku pierwszych dźwięków i słów rozwinąłem pełnoprawny utwór, który wysłałem Matyldzie.
MM: Radku, jak podchodziłeś do warstwy muzycznej w przypadku tego materiału?
RŁ: Piosenkowo. Uznałem w pewnym momencie, że dla mnie piosenka to najważniejsza forma wyrazu. Takie połączenie muzyki i słów z medium, jakim jest wokal, to coś, co porusza mnie w muzyce najbardziej. Dla wielu osób piosenki są ważniejsze niż filmy, czy książki. A to są małe formy, które mogą być bardzo emocjonalne. Natomiast jeśli chodzi o jakieś założenia, to nie nakładałem na siebie żadnych ograniczeń. Jedyną sugestią, jaką przyjęliśmy było to, byśmy robili to w miarę nowocześnie oraz by przekaz był jak najbardziej współczesny. Żeby pochodził od ludzi, borykającymi się z rzeczywistością tu i teraz, mówiących współczesnym językiem.
MD: Gdy zapowiadaliśmy premierę krążka na październik zeszłego roku, materiał był praktycznie gotowy, ale potem przyszły koncerty. Całkiem sporo koncertów. I z każdy kolejnym, dowiadywaliśmy się coraz więcej o każdym z kawałków, ale też jako całość mają potencjał finalnie tworzyć.
RŁ: Tak, to była metoda, która świetnie nam się sprawdziła w przypadku tego materiału. Dzięki temu jest on o wiele lepszy. Widzieliśmy, jak te numery idą na żywo. Co pasuje, a co mniej. Dzięki temu nagraliśmy na nowo niektóre wokale, dodawaliśmy instrumenty, bo okazywało się, że gdy coś wydłużało się w wersji koncertowej, to zaczynało to jeszcze inaczej i często lepiej brzmieć. Mam wrażenie, że dostaliśmy prezent od losu, który przekuliśmy w jakość artystyczną. Wiele osób nie ma takiej możliwości i wydaje to, co na etapie tworzenia wydaje im się, że jest dobre.
MM: Płytę otwiera utwór „Zamknąć”, który napisałaś z perspektywy bardzo małych postaci?
MD: Tak, nawet teledysk początkowo chciałam zrobić w klimatach „Kingsajzowych”, ale przy tak napiętym trybie pracy i modelu biznesowym, w którym nasza dwójka jest praktycznie w całości odpowiedzialna za warstwę merytoryczną, muzyczną i wizualną, żeby to się w ogóle udało dopiąć, bycie elastycznym jest kluczową umiejętnością. Z tym nie mam problemu, co by nie mówić poznaliśmy się w „Klubie Komediowym”, który na improwizacji stoi.
MM: Czemu więc większość tekstów na płycie jest autorstwa Radka?
MD: Początkowo myśleliśmy, że ta płyta będzie miała zupełnie inny kształt. Ciężary były poustawiane zupełnie w innych punktach. Przyszła pandemia, wojna i pokłosie z ich koktajlu i naturalnie przyszła w końcu refleksja, że nie możemy udawać, że to co się wydarzało nas zupełnie nie obeszło. Nagle piosenki o rozterkach około miłosnych przestały być na miejscu. Ale nic się nie zmarnuje - utwory, które napisałam, gramy na koncertach i znajdą się na kolejnej płycie. Jest coś, co nas z Radkiem zarówno życiowo, jak i twórczo łączy, a mianowicie dość skuteczna umiejętność wczuwania się drugiego człowieka. Nie mam najmniejszego problemu ze śpiewaniem kawałków Radka, jakby były moje, bo często gęsto wyraża lepiej moje własne myśli i uczucia, niż ja sama.
RŁ: Głos Matyldy i jej charyzma są tak ogromną inspiracją do pisania, że te teksty na pewno by tak nie wyglądały, gdybym je pisał z myślą kimś innym. Nie jestem w stanie pisać tekstów in blanco. Jesteśmy oboje mocno zaangażowani emocjonalnie w te teksty. Gdyby było inaczej, to ten materiał by się nie obronił.
MM: Tytułowa „Matka” lokuje Was jako autorów marzycieli pełnych wątpliwości i lęków.
MD: Raczej samych lęków.
RŁ: Jesteśmy idealistami, ale staramy się jednak mocno stąpać po ziemi.
MM: Pierwsza wersja „Kastetu” powstała na Big Book Fest 2018, ale ja mam wrażenie, że od Strajku Kobiet ten numer nabrał dodatkowego wymiaru
MD: Tak, to właśnie przez to, co się wydarzyło, ten utwór ma dziś dodatkowy wydźwięk. Chodziliśmy na protesty i jak wiemy, temat jest nadal przerzucany między partiami jak zgniłe jajo. Atmosfera jakiejś wspólnotowości, która była wręcz namacalna, gdy stałeś tam w tłumie, napawała nadzieją i dodawała siły. Stąd pomysł, żeby dodać choć namiastkę tej atmosfery pod koniec utworu. Swoją drogą, zupełnie zapomniałam, że ten utwór napisaliśmy wcześniej, a brzmi jakby był bezpośrednią inspiracją.
MM: A czy pisząc utwór „Mężczyźni”, braliście pod uwagę, że odbiorcami mogą być osoby niebinarne?
MD: Dla mnie ten utwór nie jest skierowany do konkretnej płci. Ogólnie przyjęłabym niepisaną zasadę umowności rodzajników w naszych utworach. To, że podmiot liryczny raz używa żeńskiego rodzajnika, nie powinno ograniczać nikomu możliwości utożsamiania się z tekstem. A generalizacje generalnie są do dupy. W tej kwestii wolimy mówić o sobie, że bliżej nam do humanizmu, niż innych izmów.
MM: W utworze „Kastet” brakuje mi fragmentu o docenieniu mężczyzn. Czy to było zamierzone?
RŁ: Ten utwór od początku miał być wyrazem gniewu, wkurwu, wyrażanego przez kobietę. Na docenienie mężczyzn przychodzi czas w „Czułym barbarzyńcy” albo w „Trzymaj moją głowę nad wodą”. Zresztą dla nas bardziej liczy się humanizm, pojęcie dobra wspólnego, które jest ponad płciami.
MM: Radku, grasz na płycie na syntezatorach. Czemu więc Mariusz Obijaliski zagrał w trzech utworach?
RŁ: Bardzo chciałem współpracować z Mariuszem. Był nawet taki moment, że zagrał raz z Pustkami. Mijaliśmy się jednak cały czas. Mariusz dograł się do pierwszych trzech utworów, nad którymi pracowaliśmy, żeby móc je zamknąć. Później niestety nie mieliśmy czasu na współpracę, a ja też rozwinąłem się syntezatorowo, więc zagrałem w pozostałych utworach. Mariusz jednak bardzo mi pomógł i podpowiedział kilka rzeczy. I jestem bardzo dumny z tych partii, które nagrałem.
MM: A skąd Kajetan Pietrzak na bębnach?
RŁ: To świetnie grający perkusista z Krakowa. Na Kajtka wpadliśmy przy okazji projektu Meek oh why, w którym trochę grałem. I tam spotkałem Mateusza Hulbuja, który znał też ludzi z innych muzycznych środowisk. To on zarekomendował Kajtka i był to strzał w dziesiątkę.
MD: I dla nas się przeprowadził do Warszawy.
MM: Swoją drogą, czemu to się nazywa Matylda/Łukasiewicz?
MD: A czemu nie? Ja mam fajne imię, Radek nazwisko jeszcze fajniejsze. Fajną postać wspólnie stworzyliśmy. Lubimy ją.

