Nouvelle Vague

Założona w 2003 roku przez Marca Collina i Oliviera Libaux francuska grupa Nouvelle Vague prezentuje covery muzyki punk, new wave, czy pop w oryginalnym anturażu bossa novy, dubu, czy reggae. Po śmierci Oliviera w 2021, Marc samodzielnie prowadzi zespół, wciąż nagrywając z rzeszą muzyków oraz wokalistek. Ostatnia płyta zespołu „Should I Stay or Should I Go?” ukazała się w ubiegłym roku, a kilka dni temu zespół wystąpił w warszawskiej Progresji w ramach jednej z odsłon tegorocznego festiwalu Soundedit. Przed koncertem mieliśmy okazję porozmawiać z Marcem, który opowiedział nam o swoim podejściu do materii muzycznej, wspomniał kilka momentów z bogatej kariery zespołu oraz zdradził, jak radzi sobie w czasach zdominowanych przez media społecznościowe.
MM: Bliżej Ci do bossa novy, czy dubu i reggae muzyki?
MC: To ciekawe pytanie. Szczerze mówiąc, jestem bliżej muzyki jamajskiej, Słucham też więcej reggae, niż bossa novy.
MM: Ale to przynosiłeś bossanovę do Nouvelle Vague?
MC: Tak, ale nie wiedziałem wówczas, że będę to robił przez następne 20 lat (śmiech). Natomiast na pewno bossanova jest ciekawsza do aranżowania, niż reggae.
MM: Informacja prasowa jaką otrzymałem przy okazji waszej ostatniej płyty, mówi, że odkrywacie mniej coverów, a bardziej skupiacie się piosenka post-punkowy, czy w utworach z lat 80-tych. Dla kogo je zatem kierujecie?
MC: Nie odkrywam piosenek. Po prostu miło czasem usłyszeć niektóre z nich ponownie. I cieszę się, gdy ludzie odkrywają piosenki dzięki Nouvelle Vague. Tak jest na przykład z „Sorry” Terry’ego Halla, którą nagrał dla projektu The Colourfield. Nikt nie zna tej piosenki, a mnie jest wyjątkowa. Pamiętam, kiedy kupiłem ją na ep w 1984 roku w Paryżu, kiedy byłem bardzo młody. Dlatego cieszę się, że teraz trochę ludzi ją także pozna.
MM: Płytę „Couleurs sur Paris” stworzyliście w hołdzie francuskim piosenkom. Rozumiem, że to była jednorazowa akcja?
MC: Tak, to była jedyna taka płyta. Ale to nie znaczy, że w przyszłości nie sięgniemy jeszcze po piosenki francuskie. „Should I Stay Or Should I Go” w wersji deluxe będzie zawierało naszą interpretację „Bleu comme toi” Étienne Daho. Moim zdaniem w latach 80-tych było mnóstwo świetnych piosenek, nie tylko post-punkowych. Miałem sporo wyborów. Mógłbym nagrać pięć albumów z takim repertuarem (śmiech).
MM: No właśnie – czym kierowałeś się, by na płycie oprócz tytułowej „Should I Stay Or Should I Go” The Clash, znalazły się np. „Rebel Yell” Billy’ego Idola, czy “Shout” Tears For Fears?
MC: Powód był jeden - uwielbiam wszystkie te utwory. Kluczem niekoniecznie był post-punk - Tears For Fears przecież jest popowy, chociaż kiedy byłem młody, nie wiedziałem tego, bo słuchałem muzyki z radia. Depeche Mode, The Cure - nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, czy zespół był post-punkowy, czy nie.
MM: Straciłem rachubę, ile wokalistek przewinęło się przez Nouvelle Vague...
MC: (śmiech) Nie dziwię się, bo przez te lata było ich sporo. Teraz śpiewają z nami Marine Quemere i Alonya, które także pojawiły się na płycie.
MM: Jak zmieniła się dynamika zespołu po śmierci Oliviera?
MC: Jest inaczej, a zarazem nie jest. Kiedy zaczynałem Nouvelle Vague, zaprosiłem Oliviera i powiedziałem mu, że mam takie pomysły na piosenki. Stwierdził, że możemy spróbować. Przyjechał do studia i w bardzo prosty sposób, wręcz naiwny, nagraliśmy pierwszy album, w ogóle nie nastawiając się na jakikolwiek sukces. Potem pojawiły się problemy z drugim. Nie chciałem robić tego samej płyty, jak poprzednio - chciałem by miała coś więcej z reggae i z różnymi innymi rzeczami. Tymczasem Olivier chciał trzymać bossa novy. Zresztą, co ciekawe - to Olivier wywodził się bardziej z generacji punkowej, niż ja.
MM: Więc to dzięki niemu odkryłeś punk dzięki nim?
MC: Trochę. To właśnie on słuchał takich kapel jak Killing Joke i The Clash. Ale na przykład The Cure według niego skończyli się w 1982 roku (śmiech). A dla mnie Cure jest ciekawszy bardziej z „The Head On The Door”, czy z „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me”. Ale z drugiej strony czasami ze sobą konkurowaliśmy walczącymi. Zrobiłem płytę z Stranger's Angels z Chrystabell, gdzie wykonywaliśmy utwory The Cure. Robiłem też rzeczy triphopowe i wszystko to było bez Oliviera.
MM: Robiłeś też mixy didżejskie.
MC: Tak, robiłem też takie mixy. Tak więc tworzenie muzyki bez niego nie stanowiło dla mnie problemu. Wiedziałem, jak to zrobić, miałem muzyków. I nawet na naszym drugim albumie („Bande à Part”, wydany w 2006 r. – przyp. MM) robiłem wiele bez niego. Ale ludzie muszą wiedzieć, że bez jego gitary nie byłoby tych aranży do „Love Will Tear Us Apart”, czy „The Guns of Brixton”. Wszystkie były jego autorstwa i były świetne. To jednak koniec. Nie będzie już tak, że będę szukał na siłę gitarzysty, który go zastąpi...
MM: A czy był jakiś utwór, których chciałeś wziąć na warsztat kiedykolwiek z Nouvelle Vague, ale jego aranż był zbyt złożony?
MC: Chciałem kiedyś zrobić „Dirty Disco” Section 25, ale aranż tego numeru jest zbyt ubogi. Brakuje w nim wiodącej melodii. Podobnie było z „Men Without Hats” The Safety Dance. Czasem są tylko dwa elementy, jak np „Rapture” Blondie. Uwielbiam tę piosenkę. Dla mnie Blondie to niesamowity zespół, ale w tym utworze jest bardzo niewiele do zaadaptowania. Czasami próbuję zrobić piosenkę.
MM: Co myślisz o remiksach waszych piosenek?
MC: Nie ma ich dużo. Nasz pierwszy album wyszedł w barwach Peacefrog Records. To była bardzo mocna, elektroniczna wytwórnia. Ale gdy zapytałem ich wówczas o remiksy, odpowiedzieli, że ich nie zrobią. Stwierdzili, że masz własny sound jest zupełnie unikalny i nie chcieli, żeby był elektroniczny, bo dzięki poszczególnym aranżacjom zyskaliśmy swój własny muzyczny język. Pomyślałem, że może mają rację. Potem w Ameryce wydaliśmy płytę w wytwórni Davida Byrne’a, a on poprosił o zrobienie z remiksu do jednego numeru Thievery Corporation i zrobili go. 5 lat temu przyszło mi na myśl, by znów je robić. Pogadałem na ten temat z kilkoma osobami, ale nikt nie wiedział, co miałby jeszcze robić z naszymi numerami (śmiech).
MM: Myślisz już o nowym albumie, czy jest za wcześnie?
MC: W listopadzie ubiegłego roku pojechałem do Rio De Janeiro, aby nagrać płytę z Bebel Gilberto, który wyjdzie niebawem.
MM: Nie brałeś pod uwagę eksploracji całkowicie odmiennego gatunku muzyki przez Nouvelle Vague np. heavy metalu?
MC: Myślałem o tym, ale wydaje mi się, że moment, kiedy można było się za to zabrać, już minął. Nouvelle Vague odniósł sukces, ponieważ wstrzelił się w to dobry czas. Rok 2004 był bardzo ważnym punktem w historii muzycznej i kulturalnej, bo był czas, kiedy ludzie patrzyli na muzykę lat 80., myśląc, że w końcu jest czas na przypomnienie tamtej spuścizny. Tymczasem zapomnieliśmy, że w latach 90. nikt nie słuchał muzyki z lat 80. A ja nie lubiłem nowej muzyki. Byłem zawstydzony, że jestem fanem New Order, bo wtedy wszyscy o nich zapomnieli.
MM: Myślę, że to samo działo się w latach 70., kiedy nikt nie słuchał muzyki z lat 60.
MC: Dokładnie! W latach 80. nie słuchałem niczego z lat 70. I nagle w latach 2000 przyszła nowa era, nowy wiek, a tak naprawdę nic nowego się nie stało. Wróciłem do tego, czego słuchałem od dziecka – wreszcie był na to dobry czas. A teraz w każdym hotelu na świecie, grają covery w stylu bossa novy, lounge i jazzu utworów muzyki z lat 80! Wtedy byliśmy jedynymi lub jednymi z nielicznych.
MM: Jak odnajdujesz się w obecnych czasach - z TikTokiem i Instagramem?
MC: W pewnym sensie nie obchodzi mnie to, ale mamy naszych fanów, którzy wciąż słuchają naszej muzyki na Spotify. Jest ich dużo. Nie chcę pokonać świata, nie chcę walczyć z młodymi ludźmi. Jeśli przyjdą na nasze koncerty – super. Jeśli nie – nic się nie stanie.
FOTO: Grzegorz Szklarek




