ptakova

„wesoła dziewczyna z sercem często smutnym” to tytuł nowego albumu ptakova. KIm jest tytułowa dziewczyna? Dlaczego artystka sama podjęła się produkcji tej płyty? Na te i inne pytania ptakova odpowiedziała w naszym wywiadzie.
Tytuł Twojej nowej płyty to „wesoła dziewczyna z sercem często smutnym”. To album o Tobie?
Tak, ta dziewczyna to ja. Często mam szybko bijące, kruche i zestresowane serce. Ale jest tam także dużo obserwacji i refleksji związanych z codziennością. Na przykład w utworze „ghosts in town” opowiadam o ludziach-duchach, w „time” śpiewam o kołach, które zataczamy jako społeczeństwo. Jest tam więc dużo zarówno „ekshibicjonizmu”, jak i obserwacji społecznych.
W mojej opinii, w porównaniu z poprzednim albumem, ta płyta jest mroczniejsza i bardziej melancholijna. Świadczą o tym chociażby tytuły niektórych utworów, jak na przykład „ghosts in town” czy „down”. Skąd wziął się u Ciebie ten zwrot w stronę mroczniejszych klimatów?
Okazało się, że to jeden z moich dominujących nastrojów. Z jednej strony siedzę tutaj z Tobą i się śmieję, ludzie znają mnie jako pogodną osobę, która tańczy breakdance na imprezach. I zgadza się, bo to jedno z moich oblicz, ale wiem też, że jest to obarczone smutkiem i żalem, które w sobie noszę. Często tak jest, że osoby, które na zewnątrz są szczęśliwe, w środku noszą ciężar emocjonalny.
Czy wobec tego ta płyta jest dla Ciebie czymś w rodzaju terapii?
Trochę tak, ale myślę, że praca nad tym albumem bardzo mnie wyciszała i pomogła mi jeszcze bardziej poznać siebie samą. Poznać Natalię, której nie znałam, a której bardzo potrzebowałam.
Ważną zmianą w porównaniu z pierwszą Twoją płytą było to, że wyprodukowałaś niemal cały nowy materiał.
Zgadza się. Nie zajmowałam się dotąd produkcją w takiej skali. Siadałam przy komputerze i zajmowałam się produkcją tego materiału. I to właśnie mnie bardzo otworzyło na dźwięki których wcześniej nie tworzyłam, a które doskonale znam, takie jak na przykład muzyka filmowa. Ona w dużej mierze pojawia się na tej płycie, pomiędzy wierszami. Zawsze lubiłam muzykę filmową i gdy zajęłam się produkcją okazało się, że to po prostu ze mnie naturalnie wypływa. Praca nad nową płytą była więc dla mnie odkrywczą podróżą w głąb siebie.
Tworzenie tej płyty kosztowało Cię bardzo dużo wysiłku. Podobno spędzałaś na tym całe dnie. To był wynik Twojego perfekcjonizmu?
Oj, tak. Myślę, że perfekcjonizm na pewno. Jestem perfekcjonistką i staram się robić wszystko jak najlepiej potrafię. Ale też była to kwestia swojego rodzaju ADHD twórczego. Rzeczywiście, jak usiadłam przy komputerze do tworzenia pierwszego utworu, to odeszłam od niego po kilku miesiącach z gotowym całym albumem, spędzając przed ekranem po kilkanaście godzin dziennie. Bywało, że wracałam do klawiatury w środku nocy bo wpadł mi do głowy jakiś pomysł. Gromadziły się przy mnie różne talerze i kubki (śmiech). To było niesamowite doświadczenie, bo nigdy nie byłam tak głęboko zaangażowana w proces tworzenia muzyki.
Myślisz, że ta płyta brzmiałaby inaczej gdybyś oddała produkcję w czyjeś ręce?
Na pewno. Wiem to, gdyż wcześniej, jeszcze zanim sama zaczęłam ją produkować, współpracowałam między innymi z Foxem, czy z Kacprem Budziszewskim i spod ich rąk wychodziły zupełnie inne rzeczy. Bardzo dobre, ale inne. Ewidentnie musiałam usiąść do produkcji sama i jak wspomniałam wcześniej, musiałam odkryć pewne rzeczy po swojemu.
Novum w Twojej twórczości jest to, że w przeciwieństwie do poprzedniego albumu, nowa płyta jest praktycznie cała zaśpiewana po angielsku. Skąd u Ciebie pomysł na ten język angielski?
To wyszło naturalnie. Przynajmniej dla mnie, a niekoniecznie dla słuchaczy. Przyzwyczaiłam moich odbiorców, że piszę teksty po polsku. Uwielbiam nasz język. Jednak w przypadku nowej płyty czułam, że ten angielski wychodzi ze mnie naturalnie. Na co dzień słucham dużo angielskojęzycznej muzyki, choć mam na playlistach także sporo polskich artystów. Oczywiście słyszałam „po drodze” opinie, że w Polsce jest trudno śpiewać po angielsku, że się nie sprzeda, że nie będzie mi łatwo. Jednak zamknęłam się na tego typu opinie, aby skupić się na tym, co chcę przekazać na tym albumie. Ale od języka polskiego nie odeszłam, bo są w nim napisane dwa utwory. Po prostu czułam, że na tej płycie muszą być dwie polskie kompozycje. „Brakujesz mi” był takim utworem, przy którym siedziałam chyba najdłużej i bardzo chciałam wyrzucić w nim to, co mi w głowie siedziało. Długo walczyłam, by ta piosenka była po polsku.
Myślę, że językiem angielskim w kontekście popularności tej płyty nie masz co się przejmować, bo w mojej opinii ten album jest propozycją dla wyrobionego, a nie masowego słuchacza…
Zgadzam się. Taka jest ta płyta i od początku mojej pracy nad tym materiałem wiedziałam, że taki album tworzę. Oczywiście, każdy artysta jest ciekawy odbioru albumu przez słuchaczy, ważne jest dotarcie do swoich odbiorców, poznanie ich. Ważne są również odtworzenia, ale najważniejsze, uważam, to być w tym wszystkim autentycznym. Myślę, że to płyta która na pewno sprawdzi się w podróży lub wieczorem.
Na debiutanckiej płycie miałaś kilku gości, natomiast na nowym albumie jest właściwie tylko jeden gość czyli Kamil Piotrowicz. Tym razem miałaś potrzebę, aby skupić uwagę na sobie?
Chyba tak. Potrzebowałam „zakopać się” w sobie, ale też świadomie chciałam zaprosić na płytę gościa, który byłby zupełnie z innej bajki niż moja. Dlatego pojawił się Kamil Piotrowicz. Nasze muzyczne światy bardzo się różnią. Mój jest alternatywny, a jego elektroniczno-jazzowy. Zależało mi, by poeksperymentować z takimi właśnie brzmieniami i kompozycjami. I udało się. Jestem bardzo wdzięczna Kamilowi, że tak szybko i sprawnie potoczyła się nasza współpraca. Tym bardziej, że “trust” to dość trudny utwór, nie dla każdego.
Wspomniałaś dziś o muzyce filmowej. Czy miałaś może albo masz propozycje lub plany by stworzyć muzykę do jakiejś produkcji filmowej?
Marzę o tym i jest to obecnie mój plan na przyszłość. Odkąd nagrałam nową płytę jestem bardziej świadoma, że potrafię robić takie rzeczy. A na horyzoncie zaczynają się pojawiać takie propozycje. Uczę się, gdyż współpraca z produkcją i reżyserami filmowymi, czy teatralnymi jest inna niż praca nad własnym projektem. W przypadku muzyki do filmów to realizacja wspólnej wizji do obrazu, który już powstał lub dopiero się kształtuje.
Dziękuję za rozmowę.
Foto: Marek Kita



