Skunk Anansie

Rozmowa ze wokalistką Skin i perkusistą Markiem Richardsonem przeprowadzona w warszawskim hotelu Polonia Palace z okazji promocji nowego albumu Skunk Anansie "Black Traffic".
-W tym roku grupie Skunk Anansie „stuknęło” 18 lat. Weszliście w wiek dorosły i uczciliście to nowym, świetnym albumem i założeniem własnej wytwórni płytowej. Jak się czujecie jako „dorosły” zespół?
S: Przede wszystkim, jesteśmy szczęśliwi, iż powróciliśmy po 3 latach z nową płytą. Dostajemy świetne recenzje w całej Europie, praca nad tym albumem dała nam dużo radości. I to pomimo tego, że mając własną wytwórnię, jesteśmy zdani sami na siebie i ciąży na nas o wiele więcej obowiązków. Tym razem jednak, gdy podróżujemy po świecie i nagrywamy muzykę, czerpiemy z tego radość. Kiedyś tak nie było, gdyż czuliśmy się przygnieceni sławą, jaka na nas spadła. I ten stres towarzyszył nam przez wiele lat. Kiedyś oglądałam w telewizji film o U2. Gdy stali się nagle sławni w USA, spadło to na nich jak grom z jasnego nieba i nie potrafili sobie z tym poradzić. To właśnie było także naszym udziałem. Tak jak oni zaczęliśmy nagle grać koncerty w dużych halach i na stadionach. Teraz jednak, zwolniliśmy tempo, zaczęliśmy czerpać przyjemność z tego, co wspólnie robimy. Cieszymy się chwilą. Cieszymy się wywiadem z Tobą, tym, że znowu przyjechaliśmy do tak fajnego miasta jak Warszawa.
- Dlaczego założyliście własną wytwórnię płytową?
M: Przede wszystkim chcieliśmy mieć pełną kontrolę nad tym, co robimy. Wiesz, sprawy organizacyjne, finansowe i tak dalej. Nie chodziło o wolność artystyczną, gdyż tą zawsze mieliśmy. Natomiast chcieliśmy być pewni, że wszystkie finanse są przeznaczane na właściwe cele.
S: Jeśli spojrzysz na kontrakty płytowe, jakie były podpisywane na przestrzeni ostatnich 20-30 lat, to w większości przypadków dawały one więcej korzyści wytwórniom płytowym, a nie artystom. Tak nie powinno być. Wzajemne stosunki nie powinny być oparte na zasadzie „my kontra oni”, lecz na partnerstwie i pełnej współpracy. I co najważniejsze: mając własną wytwórnię, możemy pracować z ludźmi, a nie dla ludzi.
- Wasze dwie pierwsze płyty zostały wydane przez niezależną wytwórnię One Little Indian. Jakbyście porównali tamten label z Waszą wytwórnią?
S: Gdy podpisywaliśmy z nimi kontrakt w 1994 roku, to była świetna wytwórnia, w której pracowali bardzo operatywni,kompetentni ludzie i fachowcy. Ale to było ponad 15 lat temu. Gdy skontaktowaliśmy się z nimi podczas powstawania naszej kompilacji „Smashes And Trashes” z 2009 roku, nie poznaliśmy tej wytwórni. Zupełnie inne, gorsze miejsce, inni ludzie. Nasza wytwórnia Boogooyamma to my. Nasza czwórka i nasz manager. Jak już wspomnieliśmy, możemy kontrolować to, co robimy, możemy trzymać rękę na kasie i nie musimy wydawać tysięcy funtów na prywatny samolot dla prezesa. Kolejny ważny aspekt posiadania własnej wytwórni jest taki, że masz bezpośredni i, co najważniejsze, szybki kontakt z osobami, które z tobą współpracują i świadczą dla Ciebie usługi. Dam ci taki przykład: gdy powstała okładka „Black Traffic”, a było to krótko przed oddaniem materiałów do tłoczni, uznałam, że nie jest ona wystarczająco dobra. Szybko skontaktowałam się z naszym grafikiem, który ją projektował i za 24 godziny mieliśmy taką okładkę, o jaką nam chodziło. Gdyby taka sytuacja wydarzyła się w dużej wytwórni, a nas goniły terminy, nie udałoby się zmienić tej okładki. Decyzja musiałaby być podjęta przez kilka różnych osób, co zajęłoby tydzień. Nam wystarczył jeden telefon i za 24 godziny mieliśmy to, o co nam chodziło.
M: To, o czym mówi Skin, dotyczyło także naszej nowej strony internetowej (https://www.skunkanansie.net/). Jej powstanie kosztowało nas kilka miesięcy ciężkiej pracy, w którą byliśmy wszyscy zaangażowani. Poprosiliśmy o zrobienie tej strony naszego znajomego grafika. Daliśmy mu wskazówki, jak ma wyglądać projekt i następnie, wraz z powstawaniem jej kolejnych elementów, modyfikowaliśmy ją wspólnie. Gdyby tą witrynę robiła nam duża wytwórnia, to wyglądałaby ona jak typowa strona zespołu należącego do korporacji. Czyli nijak. A tak, mamy ładną, funkcjonalną stronę internetową, która zawiera dużo treści i informacji dla naszych fanów.
- Jesteś zawiedziona brytyjską Partią Pracy? W utworze „I Believed In You” śpiewasz o Tonym Blairze.
S: Jestem zawiedziona. Byłam zwolenniczką Partii Pracy i Tony'ego Blaira, gdy premierem był konserwatysta John Major, a na czele Labour Party stał właśnie Blair. Gdy został premierem, coś się w nim zmieniło. Największym błędem, jaki popełnił, było stanie u boku George’a W.Busha – najgorszego prezydenta w historii USA. Blair oszukiwał nasz naród tylko po to, aby wspierać Busha! Wciągnął nasz kraj w wojnę w Afganistanie i w Iraku. I właśnie te kłamstwa były tym, co mnie w nim najbardziej zawiodło. Głosowałam na niego, ale się zawiodłam. Dlatego w „I Believed In You” śpiewam: „Uwierzyłam ci, ale się myliłam”.
- Jak oceniasz jego następców w Partii Pracy: Gordona Browna, który został kolejnym premierem i Eda Milibanda?
S: Ufff….
- Krótka odpowiedź. Aż tak źle?
S: Wiesz, całe życie głosowałam na Partię Pracy. I jestem z tego dumna. Ale przywódcą tej partii powinien być David Miliband, a nie jego brat Ed. Znowu w tej partii dokonano złego wyboru lidera. Tak było w przypadku Gordona Browna, tak było w przypadku Eda Milibanda. Uważam jego brata Davida za fantastycznego polityka. I wierzę, że będzie on kolejnym premierem po Davidzie Cameronie, który dla mnie jest tak samo słabym politykiem jak Blair. Mam nadzieję, że gdy już tak się stanie, nie będę musiała pisać kolejnej piosenki w stylu „I Believed In You”.
- Wracając do Waszej nowej płyty. Uważam, że to bardzo równy album pod względem poziomu piosenek. Jest mi trudno wyróżnić którąkolwiek z nich, gdyż wszystkie są bardzo dobre. Ale może Wy pokusicie się o wskazanie Waszych ulubionych kompozycji?
S: Moje ulubione piosenki na chwilę obecną to: „I Believed In You”, „Sad Sad Sad” i „Sticky Fingers In Your Honey”. Natomiast jeśli chodzi o utwór, w którym najbardziej podoba mi się mój wokal, to bez wątpienia jest to „I Will Break You”. Brzmię tam po prostu dziko, ostro i rockowo (śmiech).
M: Moją ulubioną piosenką jest „Spit You Out”. Jest to utwór, przy nagrywaniu którego po raz pierwszy nawiązaliśmy współpracę z innym wykonawcą, w tym przypadku francuską grupą Shaka Ponk.
- No właśnie: jak ich poznaliście?
S: Poznałam ich w Pradze, kilka lat temu, gdy występowałam tam z moim solowym materiałem. Uważam, że gdybyśmy teraz mieli po 18-20 lat i zaczynali karierę, to bylibyśmy tacy jak oni. Są fantastycznymi ludźmi, uważamy ich za swoich przyjaciół i fajnie, że nagrali ten utwór z nami.
- A jak wyglądał proces nagrywania „Black Traffic”?
M: Proces nagrywania tej płyty był całkiem podobny, jak w przypadku naszych poprzednich wydawnictw. Nowe utwory zostały skomponowane szybko. Z tym, że gdy już weszliśmy do studia, kompletnie je zmieniliśmy i stworzyliśmy praktycznie od nowa. W sumie mieliśmy gotowych 16 kompozycji. Gdy już zaczęliśmy sesje, najpierw zarejestrowaliśmy bębny i partie gitary basowej, a następnie gitary i wokale Skin.
S: Przy nagrywaniu „Black Traffic” nie chcieliśmy zapraszać do studia tych wszystkich specjalistów od elektroniki i efektów. Ludzi nam obcych. Woleliśmy tworzyć wszystko sami, nawet jeśli czegoś nie wiedzieliśmy, bądź na czymś się nie znaliśmy. Woleliśmy poznawać to metodą prób i błędów, ale robić samemu. Dzięki temu odkryliśmy po 18 latach istnienia zespołu, że Cass (basista zespołu – przyp.GS) umie grać na klawiszach! Wyobrażasz sobie, jakie to było dla nas zaskoczenie? (śmiech). Więc on grał na klawiszach, ja trochę grałam, prosiliśmy o to pracowników studia nagraniowego. Cały proces tworzenia płyty, jak powiedział Mark, układał nam się pomyślnie od samego początku i nie chcieliśmy w to wszystko mieszać kogoś z zewnątrz, kto mógłby zniszczyć całą chemię, jaka się wytworzyła.
- Za dwa lata minie 20 rocznica powstania zespołu. Czy z tej okazji szykujecie huczne obchody bądź niespodzianki dla fanów?
S: Tak, myślimy już o tej rocznicy. Z tym, że nie jesteśmy pewni, czy kogoś interesuje to, że będziemy mieli 20 lat (śmiech).
- Zapewniam Cię, że w Polsce interesuje to wiele osób…
S: Tak sądzisz? (śmiech). Wiesz, myślę, że naszych fanów bardziej interesuje nasz nowy album niż nasze kolejne, okrągłe urodziny. Ale rzeczywiście: chcemy im zrobić jakąś niespodziankę z tej okazji.
M: Może wydamy jakiś box z naszymi albumami, może jakąś kompilację utworów ze stron B singli…
S: O nie, tylko nie strony B singli!
M: No, trudno (śmiech)
S: Wiesz, może zagramy jakiś specjalny koncert z okazji dwudziestolecia, ze specjalnym programem. Nie mam w tej chwili pojęcia, jak uczcimy naszą „dwudziestkę”, ale jeśli twierdzisz, że nasi polscy fani będą pamiętać o tej rocznicy, to na pewno przygotujemy coś specjalnego. Obiecuję.
- A kiedy zobaczymy Was ponownie w Polsce?
S: Na pewno w przyszłym roku. Najpewniej na jakimś festiwalu.
Foto: Grzegorz Szklarek




