St. Vincent

Annie Clark nagrywająca pod szyldem St. Vincent na swoim siódmym albumie „All Born Screaming”, który recenzowaliśmy na naszej stronie, poszerzyła spectrum swojej muzyki, tworząc jednocześnie najbardziej kompletne dzieło w swoim dotychczasowym dorobku. W poniższej rozmowie opowiedziała mi m.in. jak powstawała płyta, podsumowała swoje umiejętności perkusyjne i wstępnie zapowiedziała przyjazd do Polski.
MM: Od 23 roku życia wiedziałaś, że nagrasz płytę pod tytułem „All Born Screaming”, ale – jak twierdzisz – nie byłaś gotowa i warta, by go użyć, gdyż: „Trzeba przeżyć, żeby zasłużyć na tytuł, który naprawdę mówi wszystko. To piękno, brutalność i to wszystko, co jest częścią tego samego kontinuum.”. Dla mnie ten tytuł brzmi bardzo pierwotnie, a jednocześnie jest deklaratywny. A jak Ty go rozumiesz?
AC: Oznacza on dla mnie wiele różnych rzeczy. Podstawowe znaczenie odnosi się do procesu narodzin, bo chyba wszyscy rodzimy się z krzykiem. I to jest cudowne, bo jeśli krzyczymy, to znaczy, że żyjemy. Sam krzyk może oznaczać wiele różnych rzeczy. Słusznie zauważyłeś, że ma w sobie coś pierwotnego. Przyszliśmy na świat niejako wbrew sobie, bo nikt nas tutaj nie zapraszał...
MM: Winisz za to rodziców?
AC: (śmiech) Niezupełnie. Ale skoro już tu jesteśmy, to jazda! Jednak ważniejsze od krzyku w tytule płyty jest słowo ‘wszyscy’. Jesteśmy na tym świecie wszyscy razem, czy nam się to podoba, czy nie. Doświadczanie człowieczeństwa jest uniwersalne. Natomiast współczesny świat i współczesny styl życia chcą nas podzielić. A życie jest bardzo krótkie, więc warto byśmy przeżyli je najlepiej jak potrafimy.
MM: Na okładce płyty płoną Ci ręce. Dlaczego
AC: To też odniesienie do wielu rzeczy. Nad okładką pracowałam z moim przyjacielem Alexem Da Corte, który jest niesamowitym artystą sztuk współczesnych. Zaczęło się od tego, że wybraliśmy się po inspiracje do Muzeum Prado w Madrycie. Tam zobaczyliśmy „Czarne Obrazy” Goi i uznaliśmy: to jest to! Podoba mi się, że ta okładka nie mówi jednoznacznie, czy płonę, czy sięgam po gaśnicę albo czy sama wywołałam ogień...
MM: Albo czy akurat wyciągasz coś z rozgrzanego piekarnika.
AC: O mój Boże! O tym nie pomyślałam (śmiech). Natomiast okładka w skrócie symbolizuje fakt, że życie jest pełne jest różnych zmagań i nieustannej walki.
MM: Nagrywałaś tę płytę w sześciu różnych studiach, wliczając Electric Lady w Nowym Jorku, Electric Audio w Chicago oraz Twoje własne Compound Fracture w Los Angeles. To zależało od brzmienia każdego z nich?
AC: Wybrałam różne studia ze względu na różne nastroje, jakie udaje się uzyskać w każdym z nich. W Chicago supportowałam Roxy Music, a nie nagrywałam tam od czasu współpracy z The Polyphonic Spree w 2007 roku. Wybrałam się więc do Electric Audio, które ma świetną salę z moim ówczesnym basistą, Justinem Meldalem-Johnsenem oraz perkusistą Markiem Guilianą i zarejestrowaliśmy kilka podstawowych utworów. Świetnie nam się tam pracowało. Potem w Compound Fracture zarejestrowałam pozostałe partie samodzielnie. Natomiast Electric Lady uwielbiam, bo ma niepowtarzalną magię. Mogę tam przyjść z kubkiem kawy i pracować od rana do wieczora. Nagrałam tam znaczną część wokali na płytę i było to absolutnie tego warte, bo w we własnym studiu nie uzyskałabym takich rezultatów.
MM: „All Born Screaming” mieni się różnymi stylistykami i brzmieniami. Próbowałem je wszystkie jakoś sklasyfikować, ale przyznaję, że trochę się pogubiłem…
AC: (śmiech) Nie dziwę się. Czasem sama nie wiem, skąd przychodzą do mnie pomysły na brzmienia.
MM: Przeczytałem jednak, że podczas okresu prac nad tą płytą, w ramach eksperymentu zacząłeś mikro dawkować psychodeliki. To wpłynęło na proces twórczy, czy na samą muzykę?
AC: Na obie te rzeczy. Kiedy działasz w pojedynkę i coś tworzysz, to szukanie rozwiązań i uzyskiwanie rezultatów jest nieco jednowymiarowe. Dlatego też zaczęłam dawkować sobie psychodeliki. Nie po to, by wpaść w tripa, bo wtedy bym nic bym nie zrobiła, ale po to, by spuścić z tonu i nie być dla siebie zbyt surową oraz znaleźć najlepsze rozwiązania dla tych utworów z innej perspektywy. To sięga jeszcze płyty „Daddy’s Home” (wydanej w 2021 r. – przyp. MM), która jest bardzo rozedrgana. Dlatego wydaje mi się, że „All Born Screaming” jest bardziej wyważone i stabilne, choć nie było to łatwe i kosztowało mnie znacznie więcej pracy, niż wspomniane „Daddy’s Home”. Psychodeliki pozwoliły mi jednak być bardziej wyrozumiałą dla siebie i swoich poczynań.
MM: Jesteś samotniczką?
AC: Zdecydowanie! Nagrywam muzykę, odkąd skończyłam 14 lat. Wtedy rejestrowałam ją na komputerze w moim pokoju. Uczyłam się wówczas brzmienia, aranżowania i myślenia o muzyce, a przede wszystkim - oswajałam swój głos. Być może inni ludzie w tym czasie zakładali zespoły i bardziej się socjalizowali. Ja też tego doświadczyłam, ale jednak w moim samotnym świecie od początku było mi bardzo dobrze.
MM: Na płycie zagrałaś na większości instrumentów. Wiem, że sama korzystasz z automatów perkusyjnych. Natomiast goście, których zaprosiłaś do nagrań - jak Josh Freese i Dave Grohl - zagrali na bębnach. Sama na nich nie grasz?
AC: Jestem gównianą perkusistką! A skoro mam w telefonie numery do Josha i Dave’a, którzy są zajebistymi bębniarzami, to czemu ich nie poprosić o pomoc? Rzeczywiście sama korzystałam z automatów perkusyjnych, ale najpierw musiałam się w nie wdrożyć i przeczytać instrukcję obsługi (śmiech).
MM: Mówisz, że utwór „Big Time Nothing" kojarzy się z erą rave z lat 90 i nagraniami w stylu wczesnego The Prodigy. A mnie przypomina on bardziej rozbujaną wersję „Army Of Me” Björk.
AC: O wow! Zajebiście! Uwielbiam Björk, bo jest absolutnie bezwzględna i bezkompromisowa, jeśli chodzi o nie tylko o muzykę, ale o sztukę w ogóle.
MM: Wiem też, że ten utwór stanowi wewnętrzny monolog depresji i lęku. Domyślam się, że te depresja i stany lękowe mocno na Ciebie wpływają?
AC: Miałam takie okresy w życiu, kiedy depresja naprawdę siała spustoszenie w moim życiu i zmuszałam się w ogóle do wstawania z łóżka... Muzyka pomagała mi w tym i motywowała mnie w jakimś stopniu do funkcjonowania. Teraz jest o wiele lepiej. Szczerze mówiąc, nie mam obecnie czasu na depresję. Mam nadzieję, że nie brzmi to zbyt nieczule?
MM: Brzmi…
AC: Czyli wychodzi na to, że pierdolę bzdury i nie mam pojęcia, co to depresja... A to nie tak. Moje życie po prostu się zmieniło. Jestem dziś dużo spokojniejsza i zdrowsza, niż kiedyś. Nie wiem, czy można to podciągnąć pod bycie szczęśliwą, bo nie wiem nadal, co to właściwie znaczy - być szczęśliwym. Wciąż jednak zmagam się ze stanami lękowymi. Nauczyłam się z nimi egzystować, choć nie jest to łatwe. A towarzyszą mi one od dziecka… Myślę jednak, że przyczyniły się także do tego, kim dziś jestem i co robię. Nie chcę przez to powiedzieć, że pomogły mi w procesie tworzenia muzyki. Bez przesady! Po prostu są częścią mnie i mojej codzienności.
MM: Czy Flea z Red Hot Chili Peppers słyszał piosenkę „Flea”?
AC: O, nie mam pojęcia! Nie mam numeru do niego (śmiech). Muszę poprosić o pomoc Dave’a Grohla – on zna wszystkich. A spotkałam Flea przy różnych okazjach, jest przesympatycznym gościem. Rozbudziłeś moją ciekawość (śmiech). Mam nadzieję, że Flea posłucha tej piosenki.
MM: A czemu utwór tytułowy ma jakby dwie części: pierwszą dość chwytliwą, a drugą zanurzoną w nawiedzonym drum ‘n’ bassie?
AC: Nawiedzony drum ‘n’ bass – podoba mi się to określenie (śmiech). Napisałam pierwszą część piosenki sama, a potem moja przyjaciółka Cate Le Bon dołączyła i zaczęłyśmy się bawić automatami perkusyjnymi. Sama piosenka jest tryptykiem. Pierwsza część jest dość nonszalancka – wszyscy rodzimy się krzycząc. Druga nawiązuje do „Willy’ego Wonki i Fabryki Czekolady”, a konkretnie do tej sceny z tunelu, kiedy podróżują łodzią z coraz większą prędkością, a Willy zaczyna intonować słowa: „There's no earthly way of knowing/Which direction we are going”…
MM: To raczej upiorna scena.
AC: Tak! Zainspirowałam się tym niepokojem, a jednocześnie pasującą do tego melodią. A ostatnia część to już radosna, mantrowa zabawa właśnie w stylu który określiłeś nawiedzonym drum ‘n’ bassem.
MM: 10 lat temu wystąpiłaś razem z żyjącymi członkami Nirvany na gali Rock And Roll Hall Of Fame. Zagraliście razem „Lithium”. Jak postrzegasz Kurta Cobaina jako autora muzyki i tekstów?
AC: Nie wiem, czy ktoś pisał lepsze piosenki, niż Kurt. One są wręcz idealne. Są emocjonalne, zapadają w pamięć, mają świetne melodie i są ponadczasowe. Nic tam nie przeszkadza: zwrotka-refren-zwrotka-refren. Żaden bridge nie jest potrzebny! Nie wiem, czy ktoś zrobił coś podobnego kiedykolwiek. Twórczość Nirvany miała ogromny wpływ na kulturę i w ogóle na songwrting – a przynajmniej na mój warsztat tworzenia piosenek.
MM: The Beatles?
AC: No tak, to podstawy. Ale wydaje mi się, że The Beatles pisali przede wszystkim o miłości, a Kurt poruszał wiele innych aspektów w swoich tekstach.
MM: Z kolei na płytę „The Metallica Blacklist” nagrałaś własną wersję “Sad But True”, która brzmi dość industrialnie. Bębny Larsa Ulricha w tym utworze sprowokowały Cię do takiej interpretacji, czy coś innego?
AC: (śmiech). To zabawne, bo wydaje ci się, że znasz daną piosenkę od lat, a potem jej słuchasz i zdajesz sobie sprawę, że tam się dzieje o wiele więcej, niż ci się wydawało. I tak było właśnie z „Sad But True”. Nie było szans, żebym zbliżyła się do feelingu z jakim Lars zagrał swoje partie – przypominam, że jestem gównianą perkusistką (śmiech). Musiałam więc podejść do tego od odwrotnej strony – psychotycznie minimalistycznej. To zresztą pokrywało się z czasem, kiedy nagrałam cover „Piggy” Nine Inch Nails, więc stylistyka mi się udzieliła.
MM: Widziałem, że jesienią zagrasz kilka koncertów w Europie. A kiedy przyjedziesz do Polski?
AC: A to jeszcze nie zostało ogłoszone? Przyjadę do Polski w przyszłym roku. Muszę u Was zagrać z kilku powodów. Po pierwsze – miałam grać trasę z Grizzly Bear, ale została ona odwołana. Wówczas miałam wystąpić w Polsce (w 2009 r. artyści mieli wystąpić w Katowicach, ale z powodu wypadku autobusu zespołu, koncert został odwołany – przyp. MM). Po drugie – dotąd zagrałam tylko raz w Polsce jako suport The National (w 2014 r. w Parku Im. Sowińskiego w Warszawie– przyp. MM). Miałam wreszcie zgrać w 2022 roku, ale wtedy zmienił się harmonogram moich prac i znów nie przyjechałam… Dlatego chcę wrócić do Polski. Bardzo podobało mi się przyjęcie, z jakim się spotkałam w Twoim kraju, więc najwyższy czas w końcu zagrać dla polskiej publiczności!
MM: Dziękuję za rozmowę.




