Tom Smith

WywiadMaciej MajewskiTom Smith
Tom Smith

Po dwudziestu latach jako frontman Editors i po wydaniu dwóch albumów w duecie Smith & Burrows, Tom Smith ‘debiutuje’ jako pełnoprawny solista albumem “There Is Nothing In The Dark That Isn’t There In The Light”. Chęć powrotu do surowych, akustycznych brzmień, zaowocowała stworzeniem bardzo intymnego i osobistego materiału. Pozbawiony zespołowych interakcji, nagrał album, będący zbiorem refleksji ‘tu i teraz’ w oparciu o doświadczenia sprzed wszystkich lat grania. O tym, co zmotywowało go do pracy samodzielnej, jak reaguje na porównania z Nickiem Cavem oraz co szykuje jego macierzysta formacja, Tom opowiedział mi w poniższej rozmowie.

MM: Nad „There Is Nothing In The Dark That Isn't There In The Light" zacząłeś pracować z Andym Burrowsem, z którym zrobiłeś dwie poprzednie płyty. Co jednak było powodem tego, że zdecydowałeś się ten album zrobić samemu, angażując jedynie producenta Iaina Archera?

TS: Przyznaje, że to mnie zaskoczyło. Nie mam wszystkiego zaplanowanego, czy wymyślonego od początku do końca. Działam instynktownie, podążając za inspiracją. Spędziłem trochę czasu z Andym po wydaniu „EBM” (siódmego albumu Editors – przyp. MM) i zrobiliśmy trochę dobrych kawałków. I było dobrze. Kocham być z nim, jest jednym z moich najbliższych przyjaciół i to, co nas łączy jest czymś pięknym. Ale w miarę upływu czasu… Uznałem, że to nie jest to, co chciałem zrobić. Chciałem płyty, której nie dzieliłbym z nikim innym. Przez lata myślałem o całkowicie solowej płycie, ale nigdy nie czułem się naprawdę blisko jej realizacji. W ostatnich kilku latach temat jednak powracał, więc musiałem powiedzieć: „Przepraszam Andy, to nie jest teraz dla mnie. Chcę zrobić coś własnego.”

MM: Zacząłeś więc od początku pisać nowy materiał?

TS: Nie, niektóre piosenki odbyły ze mną podróże. Nigdy nie wiem dokładnie, gdzie zmierza dany pomysł. Może zacząć się w moim studio, przejść przez Andy’ego, wrócić do Editors… Ale miałem poczucie w niektórych z tych piosenek, które pisałem, że są one bardziej refleksyjne i osobiste Postanowiłem się ich trzymać i pracować nad nimi dalej. Oczywiście napisałem także inne oraz kolejne piosenki, które powstały z Ianem, po tym, jak skończyliśmy pracę nad tą płytą. Cały czas mam też ten materiał, który pierwotnie zrobiłem z Andym. Jest zapisany na twardym dysku, do którego pewnego dnia – mam nadzieję - zajrzę.

MM: Przypuszczam, że zgodnie z tym, co poniekąd sugeruje nam okładka „There Is Nothing In The Dark That Isn't There In The Light", piosenki powstały głównie na gitarze?

TS: Tak, prawie. To znaczy niektóre fragmenty napisałem na pianinie, ale głównie tworzyłem na gitarze. W taki sposób zazwyczaj powstają moje kawałki. Nawet kiedy Editors brzmieli bardziej elektronicznie, te piosenki wciąż zaczęły od mojej samotnej gry na gitarze akustycznej. I – tak jak wspomniałem – niektóre piosenki przechodzą długą drogę, zanim finalnie trafią na płytę, ale te na „There Is Nothing In The Dark That Isn't There In The Light", odbyły trochę krótszą podróż (śmiech).

MM: Kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę płytę, pomyślałem, że duch Nicka Cave’a jest gdzieś za Tobą i inspiruje Cię w jakiś sposób. Wokalnie chwilami bardzo go przypominasz na tej płycie. I o ile wierzę, że pewnie nie byłeś zainspirowany żadnym konkretnym artystą przy tworzeniu tego albumu, myślę, że słychać na niej styl Nicka Cave’a, czy nawet Leonarda Cohena.

TS: Rozumiem te porównania. Odbieram je jako komplement. Myślę, że nasze głosy mają podobny spokój i są do siebie podobne tonalnie. Spędziłem sporo czasu z muzyką Cave’a. Z pewnością „The Boatman's Call” jest płytą, której słuchałem wielokrotnie. Jest trochę ciemności w tym, co robi, ale myślę, że przede wszystkim jego twórczość jest bardziej intelektualna niż moja. Ja funkcjonuję na trochę bardziej emocjonalnym poziomie niż Nick. On jest niesamowity. Jest prawdziwą legendą.

MM: Odnosząc się do tytułu „There Is Nothing In The Dark That Isn't There In The Light", miałeś na myśli dobre rzeczy, czy złe?

TS: Ten tytuł jest wyrazem przyjemności. Niesie przekaz od kogoś, próbującego w jakiś sposób przyjąć drugą osobę albo trzymać ją za rękę. Cała płyta jest wyrazem nadziei i miłości, niezależnie od jakiegoś konfliktu albo niepewności. Zdałem sobie sprawę, że moja żona, moje dzieci, moi przyjaciele i ludzie, którzy są obecni w moim życiu, pomagają mi przetrwać rzeczy, kiedy są trudne. Obserwując to, co się dzieje na świecie, często wpadam w ciemność, w której jest mi ciężko. Wówczas nadzieję i pewne pocieszenie dostaję właśnie od ludzi wokół mnie. Myślę, że tekst do utworu „Deep Dive” o tym mówi. Zresztą ten wątek pojawia się też w innych piosenkach na płycie.

MM: Czy to znaczy, że obsadziłeś bliskie Ci osoby w piosenkach, zawartych na „There Is Nothing In The Dark That Isn't There In The Light"?

TS: Na pewno nie celowo. Zdałem sobie jednak sprawę, że na tej płycie są piosenki, w których jestem bardziej szczery, niż na przykład w utworach nagranych z Editors. Szczerość to dziwne słowo. Naprawdę nie wiem, czy w tym przypadku jest do końca właściwe, ale czuję, że ten album jest trochę bardziej osobisty, czuły i stanowi odbicie stanu mojego stanu umysłu, niż to, co nagrywam z Editors. Poza tym te piosenki są znacznie prostsze i bardziej bezpośrednie. Myślę o tym, kim jestem obecnie i po raz pierwszy naprawdę odczuwam upływ czasu. Myślę o tej połowie minionych 40 lat mojego życia i wracam z powrotem do rzeczy, które zrobiłem z zespołem, czy z pewnymi ludźmi w wieku lat 20. Czuję, że to są dwie zupełnie inne osoby… Myślę, że to jest najnaturalniejsza rzecz w świecie, że dochodzisz do pewnego punktu w życiu, że zaczynasz czuć upływ czasu. To jest twoim umyśle, czy często w rozmowach z przyjaciółmi – opowiadasz jakąś anegdotę albo przywołujesz jakieś doświadczenie, którego byłeś częścią i łapiesz się na tym, że: „Cholera, to było 25 lat temu!” Zdajesz sobie sprawę, że pewne rzeczy dobiegają nieuchronnego końca i trzeba się od nich odbić, by ruszyć dalej. Ostatni drink w pubie, czy zmieniający się głos mojego syna, który przestaje brzmieć, jak dziecko… Utwór „Life Is For Living” może być na to pewną odpowiedzią, bo jest trochę bardziej… optymistyczny? To dla mnie bardzo ważny utwór.

MM: A czy Nowy Jork w „Lights Of New York City” jest po prostu symbolem wielkiego miasta, czy chodzi właśnie o to miasto?

TS: Jest to symbol wielkiego miasta tak naprawdę, ale nie jak Londyn na odcinku Northern Line, który był pewnym punktem w moim życiu. Tu miałem na myśli Nowy Jork i to, jak docieram tam po raz pierwszy. Ale tak naprawdę dotyczy to każdego miejsca, do którego trafiasz po raz pierwszy i pojawia się poczucie wątpliwości, trochę optymizmu… Nowy Jork jest bardzo inspirującym i niesamowitym miejscem. Uwielbiam tam być przy różnych okazjach i spędziłem w tym mieście niesamowity czas. Ale ta piosenka jest bardziej o mnie z okresu, gdy miałem 20 lat oraz o tym, w jaki sposób osoba w tym wieku widzi świat.

MM: W ostatniej piosence na płycie – „Saturday”, wyrażasz potrzebę komunikowania się, rozmowy…

TS: Tak, to coś w tym stylu. Kiedy jesteś z przyjaciółmi lub ukochanymi, jest późna noc, a obok może być nawet 100 osób, ale Ty czujesz się kompletnie samotny… Trafiasz jednak na tę jedną osobę, która Cię słyszy i rozumie, więc nie chcesz, by to się skończyło…

MM: Domyślam się, że jeśli jesteś wśród swoich bliskich i przyjaciół, o których wspomniałeś wcześniej, nie odczuwasz tego typu samotności?

TS: Oczywiście, że nie. Oni są jak światło na końcu tunelu. Kilka piosenek na płycie dotyczy poranków i efektu oczyszczenia, jaki przynosi nowy dzień.

MM: Tak intymny materiał wymaga intymnej oprawy koncertowej.

TS: Tak właśnie zagrałem małą trasę po Wielkiej Brytanii, grając w bardzo małych miejscach jak salki kościelne. To były bardzo intymne koncerty - po prostu siedziałem z moim przyjacielem i graliśmy akustycznie. Było w tym sporo frajdy, więc zrobimy coś podobnego w Europie Kontynentalnej w marcu i kwietniu. Jeśli lubisz smutne piosenki, to jest opcja dla Ciebie (śmiech). Oczywiście gramy też dużo piosenek Editors. Ludzie, którzy przyszli na te koncerty, rozmawiali ze mną potem i opowiadali mi o tym, co jako zespół dla nich znaczymy i o tym, co pewne piosenki oznaczały dla nich w ciągu ostatnich dwudziestu lat - kiedy je odkryli, kim byli i jak się zmienili w tym czasie… To było niesamowite, dlatego mam nadzieję, że zrobimy takich koncertów więcej.

MM: Kilkukrotnie wspomniałeś Editors. Tworzycie już nową płytę?

TS: Skończyłem nagrywanie tej płyty na początku tego roku, więc całe lato spędziłem z zespołem. Byliśmy w studiu i to był naprawdę produktywny czas. Pracujemy nad tym, co będzie naszym ósmym albumem i wyobrażam sobie, że w przyszłym roku będzie można już z niego coś usłyszeć. Nigdy nie możesz być pewien, jak te rzeczy się ułożą, ale byłbym zaskoczony, jeśli do tego by nie doszło. Było tak miło być razem, bo przy poprzedniej płycie, nie spędzaliśmy tak dużo czasu razem, bo nagrywaliśmy podczas pandemii COVID-19. Dlatego było naprawdę fajnie po prostu być w studiu, grać razem i być zespołem w pełnym sensie tego słowa.

FOTO: Edith Smith

TOM SMITH - Warszawa, Palladium, 23.03.2026

Bilety: https://www.livenation.pl/event/tom-smith-there-is-nothing-in-the-dark-that-isn-t-there-in-the-light-warsaw-tickets-edp1630835

Powiązane materiały