Władysław Komendarek

Władysław Komendarek jest artystą nieszablonowym i wymagającym. Kieruje się intuicją i pasją. Na tegorocznym OFF-Festivalu porwał publiczność na Scenie „Trójki”. Niedługo po koncercie miał z nim okazję chwilę porozmawiać nasz wysłannik Maciej Majewski.
MM: Panie Władysławie, czym jest dzisiaj muzyka? Szumem? Przekazem? Emocją?
WK: Powiem Ci, jak ja to rozumiem. Jak to Kazik śpiewa – mamy swoje lepsze i gorsze dni. Gdy odpalam jakieś dźwięki, to od razu zmienia mi się podejście do dnia. Staję się bardziej poszukujący. Rodzi się jakaś głębia dotycząca życia, istnienia. Uważam, że muzyka wpływa na to, że np. jest mniej bandytyzmu. Tylko ludzie muszą być wrażliwi, a nie wszyscy niestety tacy są. Tak ja to odczuwam na swoim organizmie. Wiadomo, że obraz też ma jakieś znaczenie, ale gdy dźwięk jest sam podawany, to działanie, widzenie można sobie dobudować. Tu nie ma manipulacji. Osobiście uważam, że czasem lepiej posłuchać samego dźwięku bez obrazu. Jest tyle możliwości. Można dany utwór zmiksować na 500 sposobów. Nie mam z tym trudności. Sam cały czas zmieniam, miksuję, bo co chwilę mi czegoś w tej muzyce brakuje. Już za 2 dni będę widział dany utwór inaczej, niż dziś.
MM: Właśnie. Zauważyłem, że Pan się nieustannie bawi na scenie, odpalając kolejne urządzenia, zmienia brzmienia bardzo płynnie i jeszcze to wszystko się koreluje z obrazem, wyświetlanym w tle...
WK: ...ale zauważyłeś, że u mnie obraz z dźwiękiem się przeplatają? Osobiście wolę obraz widzieć...
MM: ...i dlatego odwracał się Pan w stronę ekranu.
WK: I dlatego się odwracałem. Nie przeszkadzało mi to. Gdy widzę obraz to mam pełną synchronizację. Nie muszę tego nagrywać wcześniej. Po prostu mam szybki refleks. Ludzie się dziwią, jak to robię. Grałem niedawno w Gdyni i mówili, że to jest niemożliwe, że od razu reaguję i że u innych twórców jest to nieosiągalne, bo oni muszą mieć to wcześniej podane, zarejestrowane. Muzyka do filmu „Metropolis” była nagrywana 5, czy nawet 7 razy. Gdy to oglądałem, miałem wrażenie, że to był synchron puszczany z playbacku. Wyczuwam co będzie się działo za chwilę po ruchach twarzy i postaci. One na mnie działają i pod ich wpływem zaczynam zmieniać, podkreślać je muzyką. To dla mnie bardzo ważne. Zresztą nie wszystkie filmy takie są. „Metropolis” jest dla mnie bardzo głębokim filmem i w nim się tyle dzieje, że cały mój warsztat wymaga użycia. Nie można jednym motywem opędzać całego filmu.
MM: A jak to wygląda w przypadku koncertów? Wiedział Pan, co dzisiaj zagra? Bo odniosłem wrażenie, że po prostu wykorzystał Pan to, co było pod ręką i zagrał set.
WK: Częściowo wiedziałem. Natomiast pewna część została wymyślona, gdy byłem już na scenie.
MM: Set się mienił różnymi dźwiękami – od progresywnej elektroniki, przez ciężkie rytmy, aż po wręcz dyskotekowy klimat.
WK: Rzeczywiście tak było, ale wszystko zaczęło się od takiej dość lirycznej jazdy bez perkusji, a później zaczęło się to stopniowo rozbudowywać...
MM: ...i nie potrzebował Pan innych instrumentów.
WK: Bardzo lubię pianino akustyczne. Wszystko jednak zależy od warunków.
MM: A na przykład Hammonda?
WK: Mam prawdziwe organy Hammonda model M101 i wożę je ze sobą. Wiesz czemu tutaj ich wziąłem? Nie chodzi o noszenie, czy ciężar. Po prostu mam tutaj tylko 50 minut na montowanie sprzętu. Nie wyobrażam sobie tego. Do tego mam samochód wynajęty na 3 klawiatury... Ale korzystałem już z niego w tym roku chociażby w Wejherowie. Natomiast wysiadł mi w nim zestaw wirujących głośników, dlatego muszę się wspierać pozostałymi klawiszami.
MM: W ubiegłym roku nagrał Pan płytę „Człowiek z Wysokiego Zamku” z Józefem Skrzekiem. Zastanawiam się, czy nie najeżdżaliście się muzycznie na siebie?
WK: To było tak, że Jarosław Pijarowski zwerbował Skrzeka, który nagrał jeden ślad, a ja nagrałem osobno drugi...,
MM: Czyli nie spotkaliście się w studiu?
WK: Gdzie tam. On nagrał swoje, ja swoje, a Pijarowski dograł głosy i tak powstała ta płyta. Natomiast mogę Ci zdradzić, że będziemy grali na Soundedit’15 w Łodzi. Najpierw każdy będzie miał swój 20-minutowy set, a później wszyscy będziemy grali razem. Trzeba to zrobić kulturalnie. Tak jak to robili nasi znajomi – Lord i Wakeman (Jon Lord, klawiszowiec znany przede wszystkim z grupy Deep Purple zmarł w 2012 roku – przyp. MM). Spotykali się i łączyli swoje bajki. Do takiego grania potrzebni są ludzie kulturalni, osłuchani i obyci z muzyką. Takie kompilacje są bardzo dobre. Sam chciałbym zobaczyć na przykład Banksa z Emersonem. Chociaż ten drugi się nie udziela w takich spotkaniach. Uniwersalizm polega na tym, że trzeba się udzielać. Jeżeli ktoś się wiele udziela, to wtedy wiadomo, że dużo wie.
MM: A Wakemana powiedzmy z Hancockiem by Pan zniósł? (śmiech)
WK: (śmiech) Jasne! Ciekawe by to było. Zobacz jak to się wszystko układa i miesza. Na pewno kojarzysz tego gitarzystę z Porcupine Tree. Jak on się nazywa...?
MM: Steven Wilson.
WK: No to przecież on grał z Jordanem Rudessem z Dream Theater. Tak dla jaj (śmiech). Zresztą on bardzo mi się podoba, bo oryginalnie gra. Nieschematycznie. Pasuje mi to bardzo. Chociaż powiem Ci, że Riverside grają podobnie do niego. Oni muszą odjechać gdzieś w innym kierunku, bo inaczej to się będzie pokrywało. Widziałem ich kilka razy. Ich klawiszowiec dzwonił do mnie jakieś 2 lata temu, bo jechali na trasę do Meksyku bodajże i chciał Minimooga ode mnie pożyczyć (śmiech).
MM: A jest jakaś muzyka, która inspiruje Pana obecnie?
WK: Mnie inspirują wydarzenia, które są bardzo istotne w rozwoju naszej cywilizacji. Bardzo śledzę te wszystkie historie związane z UFO oraz inne podobne sprawy. Tak jak z tą planetą podobną do Ziemi, którą odkryto nie w naszym układzie słonecznym. A jeśli chodzi o muzykę, to lubię taką nieszablonową, pozbawioną schematów. Jak słyszę coś takiego, to dochodzę do człowieka: „Ale to jest jazda!” (śmiech). Nie zawsze muzyka polega na wyścigach dźwięków.
MM: Bardzo dziękuję za rozmowę.


