Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeWywiadyWładysław Komendarek
Władysław Komendarek

Władysław Komendarek

Wywiad28.02.2025Maciej MajewskiWładysław Komendarek
Władysław Komendarek

Władysław Komendarek pozostaje wciąż aktywną legendą muzyki elektronicznej. Inspirował i nadal inspiruję całe pokolenia twórców, dzięki swoim nieszablonowym rozwiązaniom muzycznym. Właśnie ukazała się książka “Komendarek. Życie pozaziemskie”, będąca zapisem swoistego wywiadu-rzeki z artystą, który przeprowadził Dawid Brykalski. Natomiast w poniższej rozmowie Władysław Komendarek opowiedział mi głównie o tym, czego w książce nie ma.

MM: Trochę się zdziwiłem, że w książce okres pańskiego dorastania jest tak potraktowany trochę skrótowo. To wynikało z tego, że Dawid tak prowadził narrację, czy Pan po prostu tak to zapamiętał?

WK: Nie, po prostu my to wszystko ustaliliśmy razem i tak to było. Wiedziałem, co będzie mniej więcej napisane i tak wspólnie to z Dawidem zostało ujęte.

MM: Historia dość płynnie przechodzi z fortepianu do elektrycznych klawiszy.

WK: Moim pierwszym instrumentem, który był zakupiony w 1973 roku, była Yamaha model Electone BR-20. Przed nim nic nie miałem - grałem na państwowych instrumentach - tak zwanych matadorach, których brzmienie było podobne do organów VOX -a. The Animals takie mieli. To był czas, w którym oczywiście na bieżąco sobie grałem, ćwiczyłem i tak dalej. Ale już w 1967 roku marzyłem, żeby mieć oryginalnego Hammonda. Marzyłem, ale do tego nie doszło, ponieważ tu nic nie było! Tu już nawet nie chodzi o pieniądze - tu nic nie było, człowiek się zniechęcał. I dopiero później sprowadzona została nowiutka Yamaha z Holandii, która kosztowała podobne pieniądze jak Hammond – mniej więcej 1500 dolarów.

MM: Podejrzewam, że była też lżejsza od klawiszy Hammonda.

WK: Yamaha na pewno ważyła 65 kg, a po drugie - to nie jest to samo, co Hammond, bo ma głośnik wirujący. Poza tym okazało się, że to było 15W i gdy później go używałem w Exodus, to nie można było tego nagłośnić z gitarzystami, bo był za mały poziom. Nawet przez mikrofony nie przebijała się ta Yamaha. Wobec tego byłem zmuszony kupić fuzzing Ibaneza i robiła się imitacja głośników Leslie, ale to nie było tak jak potrzeba. Dopiero liniowe nagłośnienie było zawodowe. A jeśli chodzi o analogowy klawisz - ja miałem bardzo zapuszczony instrument - pianino Nowicki, wyprodukowany przez polską firmę przedwojenną. Co drugi klawisz nie odpowiadał, struny pękały. Dobrze, że dziadek mnie jeszcze nauczył strojenia tego, ale to był szmelc. Nikt by się nie podejmował na tym grać, a ja się męczyłem na tym w bólach. Później jak przeszedłem, przypadkowo gdzieś tam i widziałem Bechsteina czy Steinwaya, to poczułem się jak w niebie. Mam więc pianino, ale nie ma brzmienia takiego jak Steinway, Petrov, czy te największe marki. Ono jest płytkie brzmienie, ale stoi w domu i koniec. Nie gram na nim, bo takie brzmienia młoteczkowe mam w cyfrze, ale nie ma to jak prawdziwy strunowy fortepian, bo ja czuję wibracje itd. Bardzo lubię grać na prawdziwym akustycznym fortepianie, a nie jakieś na podróbach elektronicznych, bo to nie jest to samo.

MM: Pytam o to, bo pod koniec książki mówi Pan, że komponuje pan w nocy, w ciszy, kiedy przyroda już śpi, więc naturalnie wyobrażam jak Pan zaczyna właśnie na akustycznej klawiaturze.

WK: Nie pasuje mi to - to wolę już cyfrę Yamahy, bo nie podoba mi się brzmienie tego akustycznego fortepianu. Mam go w domu, nawet się nie rozstraja, ale nie gram na nim w ogóle. On tylko stoi. A gram, gdy gdzieś są fortepiany lub pianina cyfrowe - na przykład teraz, podczas promocji książki, to 15 minut gram. To nie jest tak, jak gdy jedzie się do Niemiec i tam prawie w każdym miejscu jest akustyczny fortepian. Tutaj pod tym względem jest ciężko. Kiedyś miałem koncert w Legnicy. Pytam organizatora, czy mogę użyć pianina, które tam stało, a on: proszę bardzo. Stroiciela nawet załatwili bez mojego nakazu i znakomicie to brzmiało. Byłem bardzo zadowolony z tego.

MM: A jak to jest z pana wokalem, bo w książce wspomina Pan o siostrze Ewie, która śpiewała. W Pana kompozycjach też są głosy - mocno przetworzone, zmodyfikowane, ale gdy na przykład słucha się utworu „Kosmiczny Mecz”, to już słychać czysty wokal?

WK: „Kosmiczny mecz”, to w ogóle ewenement, bo śpiewam w nim po polsku, a to jest wyjątkowe. Chciałem uczcić mecz Polski z Niemcami. Przyjaciel zadzwonił i mówi: Ty wiesz, co się stało? A ja mówię: co się stało? Powiedział, że Polacy z Niemcami wygrali. Jak Polacy z Niemcami. A ponieważ dzwonił o północy, to ja uruchomiłem instrument i w ciągu 2 godzin nagrałem ten „Kosmiczny Mecz”. Są 3 remiksy tego utworu. W jednym z nich jest dodany Hammond… Natomiast wracając do głosu - używam języka wymyślanego na poczekaniu. Nie zapisuję tego na kartce. W nagraniach i na koncertach korzystam z vocoderów. To jest takie urządzenie, przy obsłudze którego jednocześnie trzeba grać na klawiszach grać i śpiewać, ale można fałszować. Kiedy ktoś fałszuje na wokalu, to i tak klawisz to wyrównuje, Natomiast są inne urządzenia zniekształcają głosy inaczej. I przez to niektórzy się mylą, bo wtedy tam, gdzie zafałszuję, po prostu będzie fałsz… A ja mam tak zwanego świrka, w każdym moim instrumencie to jest vocoder.

MM: W książce przewija się Pana fascynacja rockiem progresywnym i klasyką. A jak jest z jazzem? Bo w Pana twórczości też go przecież słychać.

WK: Tak, jest płyta „Rycerze Ciemności”. Bardzo kocham jazz, bo przewyższa progresywny rock. Dlaczego? Bo nie znam kapeli w Polsce z kręgu rocka progresywnego, gdzie grane są nieparzyste rytmy. A gdy zobaczyłem nuty utworów Genesis, to tam jest mnóstwo rytmów nieparzystych: dziewiętnaście ósmych, siedem czwartych. I to jest to. Po drugie - trzeba pole zachować, a to nie takie proste jest. Być może się doczekam, że jakaś polska grupa będzie tak grała. Zresztą to jest muzyka do słuchania, a nie do tańczenia. Do tańczenia to ja techno gram. Jazzmani sobie dają radę. To są uniwersalni muzycy - każdy potrafi solówkę zagrać, każdy potrafi sekcję zagrać, żeby podeprzeć kolegę, który gra solówkę. To jest kultura.

MM: A ma Pan ulubionych muzyków jazzowych?

WK: To znaczy, jest to kopalnia muzyków. W książce wspominam Chicka Coreę…

MM: Który grał na laptopach.

WK: Gdy komuna istniała u nas jeszcze, to ja bardzo dużo słuchałem tych zagłuszalników. Puszczano tam dużo amerykańskiej muzyki jazzowej. I tam bardzo piękne kapele grały. Tria, Hammondy, Jimmy Smith był znany i trochę oklepany, ale byli jeszcze lepsi od niego. Jak posłuchałem tego, to mniej więcej wiedziałem o co chodzi.

MM: W książce porusza Pan też wątek wykorzystywania Pana twórczości np. przez 50 Centa i przez polskich raperów. A jaki ma Pan stosunek do serwisów streamingowych?

WK: Ja tam tego nie ogarniam. Na pewno w tych serwisach nie ma wszystkiego, choć może teraz się to zmieniło, bo dawno tam nie zaglądałem.

MM: Zastanowiło mnie też to, że w latach 90. po zmianie ustroju, żadna wytwórnia nie podpisała z Panem umowy wydawniczej.

WK: I do dziś o tym marzę o tym, ale jakbym na to czekał, to bym się prawdopodobnie nie doczekał. Mam bardzo dużo materiału i nie lubię czekać. Szybko się nudzę i za dwa tygodnie inaczej widzę dany materiał. I właśnie czekanie mnie doprowadza do tego. Mam 25 szpul po 1000 metrów. To jest 25 kilometrów, a to tylko cząstka.

MM: A jeśli chodzi o swoje solowe płyty – posiada Pan wszystkie taśmy-matki?

WK: Mam je zapisane cyfrowo.

MM: Od drugiej połowy w książce pojawiają się wątki związane z kosmosem i astronomią. Czemu ich jest tak mało?

WK: Wiem, że jest ich mało, choć bardzo mnie te tematy interesują od kilku lat. Ale wtedy książka musiałaby mieć drugie tyle grubości. To jednak nie ode mnie zależy, bo decyzję podejmuje Michał Wilczyński.

MM: Wtedy to by się czytało trochę jak „Dzienniki gwiazdowe” Lema.

WK: Tak, tak, tak. Ja jeszcze układam opowieści science-fiction. W archiwum mam ich bardzo dużo, bo je wymyślam.

MM: Jaki Pana projekt pojawi się najbliższym czasie?

WK: Na pewno wyjdzie druga płyta z moim siostrzeńcem Krzysztofem, na której będzie wykonywał różne utwory różnych kompozytorów. Będzie też na niej jeden piętnastominutowy utwór, w którym gramy razem. Będą też winyl, chociaż nie lubię ich ze względu na ograniczenia czasowe, jakie mają. Zastanawiam się, co wydać w dalszej kolejności, bo wydaje mi się, że będę wydawał sam, bo jak wspomniałem – nie lubię czekać.

Powiązane materiały

Powiązane materiały

"Ars Electronica 89/90" Władysława Komendarka zadebiutuje na CD
News09.09.2020

"Ars Electronica 89/90" Władysława Komendarka zadebiutuje na CD

30 września ukaże się po raz pierwszy na CD materiał legendarnego twórcy muzyki elektronicznej Władysława Komendarka zatytułowany "Ars Electronica 89/90".

Władysław Komendarek
Wywiad02.09.2015

Władysław Komendarek

Władysław Komendarek jest artystą nieszablonowym i wymagającym. Kieruje się intuicją i pasją. Na tegorocznym OFF-Festivalu porwał publiczność na Scenie „Trójki”. Niedługo po koncercie miał z nim okazję chwilę porozmawiać nasz wysłannik Maciej Majewski.