Worms of Senses

Grupa Worms Of Senses powróciła z muzycznego niebytu znakomitą płytą „Give Up!”, którą recenzowałem na stronach naszego portalu. Po drodze jednak ukazał się także pewien materiał archiwalny. O obu tych wydawnictwach i o dość nieoczywistym podejściu opowiedzieli mi gitarzysta i wokalista Michał Maślak oraz basista Rafał Miciński.
MM: Zanim przejdziemy do „Give Up!”, chciałem zapytać Was o „The Archives”, a więc materiał, który czekał od 2012 roku, a został opublikowany dopiero w ubiegłym.
MM: Ten materiał robiliśmy jeszcze z moim bratem Robertem, który później odszedł z zespołu i jakoś zwątpiliśmy w wydawanie tego. A wypuszczenie tego materiału chcieliśmy poprzedzić koncertami.
RM: Z Robertem rozstaliśmy się w 2016 roku, a więc sporo po nagraniu tamtego materiału. Osobną kwestią było to, że nie mogliśmy znaleźć żadnego wydawcy, którego zainteresowałoby wydanie tych nagrań. I to też nas trochę zniechęciło.
MM: Nikt nie chciał wydać tak nośnego muzycznie materiału?
MM: Z jednej strony słyszeliśmy od znajomych, że to zajebisty materiał, a z drugiej – nie mieliśmy aż takiej siły przebicia. Po drodze pracowaliśmy razem przy innych projektach. Graliśmy w zespole Melancholia, robiliśmy muzykę dla teatru, Rafał gra z ARRM i jeszcze w kilku innych projektach. Doszliśmy do jednak wniosku, że chcemy kontynuować granie w Worms Of Senses. Kilka moich projektów umierało w ciszy, a tym razem chciałem podejść do tego inaczej.
RM: Wypuszczenie „The Archives” jest dla nas zakończeniem pewnego etapu. Wrzuciliśmy go do sieci tuż po nagraniu „Give Up!” także w ramach pewnego przypomnienia o naszym zespole.
MM: Co zatem było głównym powodem powrotu Worms Of Senses?
MM: Podskórnie czuliśmy, że Worms Of Senses to nie jest temat definitywnie zakończony. Rozwlekło się to w czasie, ale rosła w nas potrzeba zagrania starego materiału, nie tylko tego z „The Archives”. Po drodze pojawił się nowy perkusista, Piotr Jeziorko i bardzo szybko okazało się, że z potrzeby zagrania starych kawałków, zaczęły powstawać zupełnie nowe, stworzone już z nim.
RM: Zamiast uczyć się starych numerów, zrobiliśmy nową płytę (śmiech).
MM: Na „Give Up!” słychać dość wyraźnie dorzecza niemal wszystkich projektów, w których można było Was dotąd usłyszeć. Nie chcieliście z tym materiałem uciec muzycznie w jeszcze w inną stronę?
RM: W przypadku tej płyty nie mieliśmy żadnych założeń. Nie chcieliśmy brzmieć, jak coś, albo jak ktoś. Ta muzyka z nas po prostu wypłynęła. Dużo o niej rozmawialiśmy i sporo też w niej zmienialiśmy. Myślę, że to naturalna rzecz, że akurat takie dźwięki w nas siedzą. Nie wiem, czy można to określić mianem własnego stylu.
MM: Tworzenie „Give Up!” da się zamknąć w jakichś ramach czasowych?
RM: Do studia weszliśmy w grudniu 2022 roku.
MM: A na początku zeszłego roku miksowaliśmy tę płytę. De facto zaczęliśmy grać na nowo w 2021 roku.
RM: Po drodze jeszcze mieliśmy pół roku przerwy, bo pojawił się nowy projekt Oddbeat z gitarzystą Radkiem Sierakowskim z zespołu Fonogon. Razem zrobiliśmy też materiał w studio, który czeka na swoje wydanie. To opóźniło trochę pracę w Worms Of Senses, ale szybko się spięliśmy i dokończyliśmy „Give Up!”. Myślę, że całość zamknęła się mniej więcej w okresie 1,5 roku.
MM: Próbowałem znaleźć skojarzenia z Waszą muzyką na polskiej scenie i wyświetliły mi się Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach oraz Kobong.
MM: Tak, mamy podejście raczej rzeźbiarskie do muzyki. Staramy się oszlifować te abstrakcyjne bryły dźwięków, które tworzymy. Jest w tym chyba jakaś celowość, żeby być niedefiniowalnym. Widzę, a raczej słyszę, że jednak zmierzamy w określonym kierunku i ta nasza formuła się konkretyzuje.
MM: A jak gracie te utwory na żywo, bo one wydają się wręcz stworzone improwizacji?
MM: Ostatnio zdarza nam się lecieć z tym materiałem dość frywolnie. Jesteśmy w tym coraz lepsi, bo wiemy, gdzie są w tych numerach konkretne momenty, w których możemy poimprowizować. Także czujemy swoisty luz, bo ogrywając te numery na koncertach, okrzepliśmy wykonawczo.
RM: Baza jest raczej stałym elementem, natomiast dużo dzieje się w tych brzmieniach klawiszowych, które Michał akurat odgrywa na gitarze. Nigdy więc te utwory nie brzmią do końca tak samo.
MM: Co tu było najtrudniejsze lirycznie?
MM: (długie milczenie) Chyba „Fade Away”. Początkowo był to konstrukt antywojenny, ale musiałem go nieco zelżyć, żeby nadać mu bardziej uniwersalnego charakteru. Być może przez to, że moje wokale są nieco schowane, przekaz nie jest aż tak widoczny, ale dla mnie jest rodzaj pewnej terapii i podsumowania tego czasu wielu zmian w moim życiu. Teksty powstawały równo z muzyką do „Give Up!”. Ale najbardziej znamiennym tekstem, wyrażającym potrzebę zmiany, jest ten do „Me And Me”. Nad nim pracowałem najdłużej.
MM: Po tylu latach grania, jest jeszcze coś, co jara Was muzycznie?
RM: Przy tym natłoku propozycji muzycznych, nie ma chyba jednej stałej kapeli, czy gatunku, który by nas jarał. Ale z drugiej strony zagraliśmy też cover TV On The Radio, który przygotowaliśmy na szybko przed jednym z koncertów.
MM: Bardzo nam się podobał powrót do rzeczy, które proponował uwielbiany przeze mnie Stereolab. Mam namyśli zespół Vanishing Twin, który potrafi polecieć krautrockowo, mrocznie i quasi-jazzowo. Poza tym cały czas jesteśmy pod ogromnym wrażeniem „The Terror” The Flaming Lips. A z nowych rzeczy bardzo podoba nam się to, co robi The Smile, czy The Comet Is Coming. Nowe rzeczy, które teraz piszemy, będą bardziej pulsacyjnie.
RM: Mogę jeszcze wymienić fascynację Beak. A ze wspólnych rzeczy, które oglądaliśmy w ostatnim czasie, ogromne wrażenie wywarło na mnie „Stop Making Sense” Talking Heads. To jest taka rzecz, która zupełnie nie zestarzała.
MM: A jest już wstępny plan, kiedy wypuścicie kolejne nagrania?
RM: Mamy nagrane ostatnie dwa koncerty radiowe - jeden z Antyradia, a drugi z audycji Wojciecha Manna w Radiu Nowy Świat. Może uda się przed jesienną trasę coś z tym zrobić. Cały czas też pracujemy nad nowym materiałem.
MM: Dziękuję za wywiad.

