Leash Eye - Destination 125

RecenzjaLeash EyeLeash Eye2025
Leash Eye - Destination 125

Elektryzująca ekipa dźwiękowych naukowców z Nowego Jorku powraca w powiększonym składzie, przynosząc nam swój najlepszy krążek z dotychczas wydanych.

Lata mijają, a Leash Eye nie zbacza ze obranego szlaku. Najnowsza, szósta płyta grupy „Destination 125” jest dowodem na to, że wciąż jest im na nim całkiem dobrze.

Tym razem za płytą grupy stoi też pewien koncept. Jej okładka nawiązuje do filmu „Pojedynek na szosie” Stevena Spielberga, a całościowo przypomina plakat filmowy. Członkowie zespołu pojawiają się tu pod zmienionymi nazwiskami, wcielając się w szajkę, czy też gang, kradnący samochody, okradający sejfy itd. Brzmi to może nieco komiksowo, bądź westernowo, ale zupełnie nie przeszkadza w zawartości „Destination 125”.

Otwierający ją „Some Like It Hot” (pół żartem, pół serio?) budzi skojarzenia z twórczością Deep Purple (a przynajmniej z taką jej odsłoną, którą pewnie wielu fanów brytyjskiej formacji obecnie by sobie życzyło). Stonerowe gitary uzupełniają tu udane wokale Łukasza Podgórskiego (pseudonim. Boom Boom – przyp. MM), zgrabne solo gitarowe Arkadiusza Gruszki (pseudonim Engineer – przyp. MM) oraz partie klawiszy Hammonda autorstwa Piotra Sikory (pseudonim – The Boss). Dalej już jest bardziej ‘truckerowo’, a więc bardzo charakterystycznie dla twórczości Leash Eye. Porządnie nabity „Venom” z bardzo bujnym solem klawiszowym, mimowolnie będzie skłaniał ku klaskaniu podczas koncertów. Nieco wykręcone partie Hammonda otwierają także napędzone „Do Or Die”. Tu również znajdziemy solo gitarowe, choć już nieco krótsze, niż poprzednio oraz świetnie dopasowane wokale Łukasza. Co ciekawe – utwór kończy się coraz rzadziej obecnie spotykanym… wyciszeniem. Z kolei „Back To Hell” z intrem basowym Marka Kowalskiego (pseudonim Gunner – przyp. MM), to jeden z bardziej nośnych numerów Leash Eye w ostatnich latach. Dość bujająca atmosfera wciąga do mniejszej, bądź większej zabawy. Jest też wolno, acz miarowo kroczący „Big”, który przenosi narrację na kwestię podstawowych zachowań z dochowaniem prawdy na czele. Żywiołowo wypada „A Trap” z mocno przetworzonymi klawiszami w introdukcji i bodaj najbardziej rozpędzoną aranżacją na płycie. Niewiele pod tym względem ustępuje „String Puller”, aczkolwiek tu jest mniej urozmaiceń kompozycyjnych, niż w poprzedniku. Z kolei mające w sobie pewien bluesowy luz „Case Closed”, to jeszcze jeden naznaczony muzycznie pewną rozrywkowością numer w dorobku grupy (choć tekst utworu raczej temu przeczy) i okraszony kolejną zgrabną solówką gitarową. Najlepszą z nich znajdziemy jednak w zamykającym płytę, bujającym „House Of The Setting Sun”, będącym iście esencjonalnym zwieńczeniem płyty.

Na podążanie w kierunku zachodzącego słońca (parafrazując ostatni tytuł) w przypadku Leash Eye na razie się nie zanosi. „Destination 125” to świadectwo ich sprawności w stylistyce, którą przed laty obrali i umiejętnym poruszaniu w jej ramach.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały