Leash Eye

Grupa Leash Eye nie tylko zbliża się do 30-lecia swojej działalności, ale przede wszystkim jest cały czas aktywna koncertowo i wydawniczo. Najnowsza płyta zespołu nosi tytuł „Destination: 125” i osadzona jest w anturażu filmowym. Jakim? O tym opowiedzieli mi gitarzysta Opath i klawiszowiec Voltan, którzy przybliżyli także kilka historii z bogatej drogi, jaką przebył zespół.
MM: Co tak naprawdę się zmieniło pomiędzy tą płytą, a „Busy Days, Hazy Nights”?
Voltan: Teoretycznie niewiele - skład jest ten sam, studio jest to samo, realizator jest ten sam. Piosenki są oczywiście nowe, ale rewolucji stylistycznej raczej oczekiwać nie należy.
Opath: Na pewno miałem zupełnie inne podejście do komponowania tym razem. Postanowiłem, że chciałbym te numery zrobić troszeczkę bardziej, no trochę bardziej na zasadzie nie tylko: tu zwroteczka, refrenik, jakiś mostek. Oczywiście to nie jest progresywne granie, ale po prostu bardziej powalczyłem o kompozycję. Ktoś to zauważył, fajnie mówiąc, że jest więcej języczków uwagi. Więc jeśli chodzi o mnie, to się zmieniło. Chciałem, żeby numery były szybsze i żeby płyta była troszkę bardziej dynamiczna.
MM: Ja słyszę na tej płycie więcej solówek.
Voltan: Czy więcej? Nie wiem, solówki zawsze u nas były. Chociaż rzeczywiście tu solówka jest w każdej piosence, a w paru przypadkach gramy je obaj, więc może rzeczywiście więcej.
Opath: Zauważyłeś, że więcej solówek?
MM: Więcej z popisów. Mam wrażenie, że trochę podszedłeś jak Zakk Wylde, ale nawet nie w Black Label Society, tylko to, co on teraz robi w Zakk Sabbath. Jego solówki są wyeksponowane.
Opath: Być może. Po prostu mi się zagrało je fajniej, ale tutaj powiedziałbym, że nie miałem jakiejś koncepcji. Tak jak miałem przy okazji komponowania, tak w przypadku solówek - nie.
MM: A czyim pomysłem był koncept osadzenia tej płyty w filmie, nawiązującym do „Pojedynku na szosie” Stevena Spielberga?
Opath: Taki pomysł padł przy okazji zastanawiania się nad oprawą graficzną. Rozmawialiśmy i zapaliła się lampka, że może zróbmy to tak. Mignął mi na YouTubie fragment „Pojedynku na szosie”. Nie wszyscy wiedzą, że to jest jeden z pierwszych filmów Spielberga, bo z 1971 r. Wtedy już nawet mieliśmy projekt okładki frontowej. Nieco inaczej to wszystko wyglądało, bo to był co prawda samochód, jadący przez takie pustkowie właśnie, ale on był głównym elementem tego obrazka i tyle. Potem powiedziałem: a może zrobimy to na zasadzie jakiegoś nawiązania do „Pojedynku na szosie”?
MM: Wszyscy w zespole obejrzeli ten film?
Opath: Ja go znam.
Voltan: Ja też go znam. Czy wszyscy go w zespole znają? Chyba tak.
Opath: Na wieść o tym, że to, co zrobił jest fajne, ale chcemy to zrobić inaczej. Nasz grafik powiedział: ja takich rzeczy wywalonych do śmietnika historii mam na swoim dysku twardym milion. Jak będzie to milion, pierwsza rzecz, to nie szkodzi (śmiech). Widać było, że pomysł mu się bardzo spodobał. No i zaczęliśmy szukać czegoś więcej. Na przykład zrobienie z nas aktorów tego filmu: jesteśmy zmyślonymi postaciami i mamy być taką szajką zawodników, którzy kradną samochody, rozpruwają sejfy. Marecki w tej całej szajce jest na przykład ochroniarzem i występuje z bronią, Bigos występuje z palnikiem i jest rozpruwaczem tych sejfów. Ja jestem “inżynierem”, Quej bokserem czyli ściągaczem długów, a Voltan szefem ekipy (śmiech).
MM: Mnie się kojarzycie z ekipą z wulkanizacji...
Voltan: Taki warsztat wulkanizacyjny to dobra przykrywka, baza dla takiej ekipy.
MM: Jak reszta zespołu na to zareagowała, na ten pomysł?
Voltan: Entuzjastycznie, powiedziałbym.
Opath: Tak, ten pomysł się spodobał szybko. Zdjęcia wykonał Marecki u siebie w domowym studiu.
MM: Ale nawiązanie do „Pojedynku na szosie”, to nie jedyne nawiązanie do filmu na tej płycie, bo mamy też utwór ją otwierający - „Some Like It Hot”, czyli tytuł filmu znany w Polsce jako „Pół żartem, pół serio”.
Opath: Tak, to jest film jeszcze starszy.
MM: Z 1959 r. To klasyka z Marilyn Monroe, Tonym Curtisem i Jackiem Lemonem w rolach głównych.
Voltan: Aczkolwiek poza tytułem piosenka nie ma z filmem wiele wspólnego. Miało być z przymrużeniem oka, bo piosenka przyrównuje kontakty międzyludzkie do spożywania ostrego jedzenia. Stąd więc to „Some Like It Hot”, czyli tłumacząc wolno: niektórzy lubią na ostro.
MM: A czy to intro pod koniec utworu „Venom”, które wprowadza do „Do Or Die” to Ty wchodzący do sali prób?
Voltan: To nie jestem ja w ogóle (śmiech). Ale rzeczywiście ma brzmieć jak ja, natomiast - jako że to jest płyta filmowa i mamy aktorów - to zagrał mnie Arek.
Opath: Tak, to było nagrane w studiu, tam gdzie nagrywaliśmy. Jest taki motyw, że siedzę w wannie, jest godzina może osiemnasta i dzwoni Mikołaj Kiciak, który nagrywał nas i który jest właścicielem tego studia. I mówi, że musimy coś zrobić przed tym „Do Or Die”, bo nie podoba mu się. Jest za pusto i przed tym Hammondem trzeba coś nagrać. Zasugerował, żebym przyjechał do studia, by coś z tym zrobić. Dodać jakieś tam rzeczy, zatrzaskujące się drzwi. Że wchodzi chłop gdzieś, otwiera drzwi, siada i gra (śmiech). Nie chciało mi się tego robić... Na szczęście mam niezbyt daleko do studia Mikołaja. Ważne było, żebym przyjechał tylko w kowbojkach (śmiech). Więc pojechałem, nagraliśmy to wejście. On tam ma taką specjalną antresolkę, więc po schodach można wejść. Na końcu słychać włączanie wzmacniacza. Cała sekwencja zdarzeń była nagrywana, powiedzmy, kilka razy i wybraliśmy z tego najlepsze, które się nagrały.
MM: Z kolei na początku „A Trap” jest takie ‘bzyczenie’. Chodziło o dźwięk jakiejś prądownicy?
Voltan: Nie, to jest syntezator i moja twórczość (śmiech). Tym razem Arek chciał, żebym dograł coś przed piosenką.
Opath: Wejdę jeszcze w słowo: ja lubię, jak coś się dzieje między kawałkami. Takie, powiedzmy interludia, albo scenki dziwne, jakieś nawiązania do kolejnego kawałka. No i męczyłem Voltana.
Voltan: Zawsze pada hasło “intro industrialne”, co w ogóle do nas nie pasuje (śmiech). Ten fragment przed “A Trap” to bardzo prosty syntezator - taki na zasadzie sinusoidy po prostu, ale z dość ciekawym łańcuchem efektów. Najpierw jest na nim założony delay, później jest gitarowy fuzz, a dopiero potem wchodzi w symulację wzmacniacza gitarowego i paczki, a na końcu jest jeszcze jeden delay, czyli ogólnie wszystko źle. To dało efekt, że jak się osiąga ten poziom głośności, na którym ten fuzz się zaczyna nasysać, to właśnie mamy to takie strzelanie.
MM: Mówiliście o tych postaciach i ja się zastanawiam, czy to się też przełoży na wasz anturaż sceniczny?
Voltan: Niekoniecznie. Z tym młotkiem to ciężko by było... Na razie, po wypuszczeniu tej płyty, zagraliśmy dokładnie dwa koncerty i nie robiliśmy takich akcji. Czy zrobimy to w przyszłości? Nie mówię, że na pewno nie.
MM: Wracając jeszcze do kwestii muzycznych – wydaje mi się, że zmienił Wam się trochę biegun piosenkowy. Bo gdy sięga się np. do „V.I.D.I.”, czy „Hard Truckin' Rock”, to tam były utwory ogromnie nośne - bardzo szybko wpadały w ucho. Do dzisiaj zresztą gracie je na koncertach. A mam wrażenie, że na „Destination: 125” te melodie stały się bardziej wysublimowane, mimo, że też są nośne, choć trochę inny sposób.
Voltan: A widzisz, ja miałem wrażenie, że na tej płycie jest więcej z tych elementów z naszych wczesnych płyt, niż z kilku ostatnich.
Opath: Ja chyba mam podobnie mam, że jest to jakiś powrót trochę do „V.I.D.I”, natomiast nie mam takiego wrażenia, że melodie są bardziej wysublimowane.
Voltan: Pytanie, czy wysublimowane melodie to jest komplement (śmiech). Chodzi też o to, że proste melodie oczywiście wpadają w ucho, ale możesz je powtórzyć ileś razy. A potem, po pewnym czasie to jest ta sama melodia, więc coś trzeba czasami zakombinować, żeby nie było kolejny raz tego samego. My, mimo, że nie staramy się robić rewolucji zupełnie w stylistyce, to w jakimś stopniu zależy nam, żeby te same piosenki nie powtarzały się. Jak się gra w zespole już prawie 30 lat, to nie jest takie proste (śmiech).
MM: Rufus dostał zadanie napisania tekstu do „Case Closed”, czy to wyszło jakoś spontanicznie?
Opath: Po prostu było już mało czasu i tego tekstu brakowało. I po raz chyba wtóry, bo pomógł nam także przy okazji płyty „Blues, Brawls & Beverages” w utworze „Furry Tales”.
Voltan: Rufus dostał piosenkę z gotowymi liniami wokalnymi, ale zaśpiewaną ‘po norwesku’. Kilka dni później mieliśmy gotowy tekst.
MM: Mnie się najbardziej podoba „The House Of Setting Sun”, które jest takim podsumowaniem tej płyty i tej opowieści.
Opath: To jest też taka moja wewnętrzna zasada na potrzeby każdej płyty, żeby zrobić utwór, który będzie wolny albo bardzo wolny.
MM: Słuchając wszystkich Waszych płyt, zauważyłem że u Was zawsze jest słońce - mimo lokalizacji - takie południowe. To Wyoming, te prerie...
Voltan: Wyoming wcale nie jest tak naprawdę na południu.
Opath: U nas ten Wyoming to jest taki... Powiedzmy, trochę naciągany właśnie.
Voltan: Taki trochę running joke.
Opath: Konar powiedział kiedyś w jakimś wywiadzie, że to jest taki rodzaj Arkadii dla nas. Natomiast - tak jak mówisz - skojarzenie mamy z tym wszystkim jako raczej południowe stany amerykańskie. Ale ten taki mit tego czegoś. to jest właśnie południe.
Voltan: A jak ktoś nie wie, to Wyoming bierze się z piosenki pod tytułem „Wyoming” zespołu Brand New Sin.
MM: Chciałem Was zapytać jeszcze o Fonostrada Records.
Opath: To jest ciekawa historia. Otóż Fonostrada Records, to jest nikt inny jak Piotr Karcz, znany w środowisku. On po prostu już od czasów nieodżałowanego Chain Reaction miał koncepcję wydania płyty. Chciał chłopakom wydać tą płytę, co ostatecznie się nie udało, ale co jakiś czas przypominał o tym i cały czas mówił, że on by chciał tą płytę wydać jako mecenas. No i tym razem stwierdziliśmy przydałoby się nam troszeczkę może wsparcia finansowego, stąd Fonostrada Records.
MM: A co dzieje się w tym momencie z licencjami Waszych płyt, które były wydawane w Metal Mind Productions?
Voltan: One już wróciły do nas parę lat temu, więc z tym akurat się nie dzieje nic w tej chwili.
MM: „Destination: 125” ma czas winylowy - 39 minut. Będzie winyl?
Opath: To jest tak droga zabawa, a jest trochę tak, że my tych płyt nie sprzedajemy aż tyle, żeby to było realistyczne, niestety. Nie wiem, być może być, może ludzie chcieliby nasz winyl.
Voltan: Jeżeli chcą, to niech nam dadzą znać.
Opath: Ale sprawa jest w toku. Być może się uda. Nie wykluczamy.
MM: A jak z koncertami? Bo powiedzieliście, że zagraliście już dwa. Zbliża się też kolejna edycja Klesz Ov Sejtans.
Opath: Tak, mamy jeszcze dwa w kwietniu, potwierdzone w tej chwili - w Łodzi i w Kutnie 11 i 12 kwietnia. Reszta na jesieni.
MM: Zbliża się 30-lecie Leash Eye. Wasza droga muzyczna rozkłada się w tym czasie na wydarzenia mniej lub bardziej intensywne. Gdy ją prześledziłem, zdałem sobie sprawę, że punktem zwrotnym dla zespołu w jakimś stopniu było odejście Sebastiana Pańczyka.
Voltan: To na pewno był trudny moment, dlatego że my spędziliśmy sporo czasu szukając następcy. Wszelkie prace trochę zahamowały. Zagraliśmy taką jedną edycję Klasz Ov The Sejtans, gdzie tak naprawdę w zespole nie było wokalisty, tylko byli goście. Śpiewało chyba z 10 osób.
Opath: Było coś na podtrzymanie działalności zespołu. Ale to było bardzo fajne - bo wokalisty nie ma, ale wciąż gramy.
Voltan: Ale rzeczywiście można powiedzieć, że był to trudny okres, dlatego że zajęło nam trochę czasu znalezienie tego człowieka
MM: Łukasza znaliście już wcześniej pewnie?
Voltan: Znaliśmy, bo zdarzyło nam się grać ze Steel Habit w 2012 roku. Ale znaliśmy go jako krzykacza (śmiech). Nie widzieliśmy, że on umie tak śpiewać. Potem to chyba War-saw nagrał piosenkę, cover „The Show Must Go On” Queen. Oni też zapraszali gości i zaśpiewali tylko w tym kawałku, ale partia śpiewana przez Łukasza była naprawdę świetna. A to nie są proste rzeczy.
Opath: I pamiętam, że Voltan napisał do nas: zrobiłem klawisze gościom z War-saw, zobaczcie jak on śpiewa. Ja mówię, o kurde, od razu tak pyk. Dawaj typa, musimy jakoś się skontaktować.
MM: A Łukasz miał czas i chęci?
Opath: Na początku powiedział, że nie.
Voltan: On wtedy śpiewał i w War-saw i w Steel Habit, ale to był taki czas, że działalność tego ostatniego niedługo została zakończona.
Opath: Jak już go namierzyliśmy, to on mieszkał w Ciechanowie, to już było wiadome, że tam będzie mieszkał. I po prostu zagięliśmy na niego parol: musimy go przekonać do siebie po prostu. Poprosiliśmy go: „No dobra, stary - jak nie masz czasu, no to trudno, ale to chodź przynajmniej zaśpiewać na tym Klasz Ov Sejtans, gdzie my nie mamy wokalistów, tylko robimy zespół plus przyjaciele. Zaśpiewałbyś dwa numery...”. On prawdopodobnie nie chciał tego zrobić. Nie wiem, w sumie - nie gadałem z nim o tym. No i chyba mu się ostatecznie spodobało, bo potem jak spytałem Łukasza: Fajnie było, może jednak? No i od tamtej pory już poszło... A trzeba pamiętać, że Sebastian postawił poprzeczkę tak wysoko, mimo wszystko, że trudno było kogokolwiek znaleźć na jego miejsce. O wiele łatwiej jest znaleźć wokalistę do zespół death metalowego, chociaż to tak trochę upraszczam, ale wiadomo, że jest to łatwiej. Śpiewanie w wysokich partiach to są trudne rzeczy. W Polsce wokalistów generalnie brakuje. Więc nie mogliśmy trafić lepiej. Zdaję sobie sprawę z tego, że parę osób takich dość istotnych dla Leash Eye, które były fanami, w momencie odejścia Sebastiana, zniknęło z naszego obszaru. Zespół przestał być dla nich już ciekawy, gdy nie było tego właśnie wokalisty.
MM: Mnie się wydaje, że wyszła nam zmiana na poziomie AC/DC. Dostaliście swojego Briana Johnsona.
Opath: Chyba można tak powiedzieć. W naszym przypadku ta zmiana zadziałała bardzo dobrze. Łukasz operuje trochę inaczej głosem niż Sebastian, który był zawsze taki łobuzerski w śpiewaniu, ale nie szukaliśmy kopii, tylko kogoś kto godnie przejmie to stanowisko.
Voltan: Są pewne różnice, jak chociażby w podejściu do śpiewania. Sebastian ma do tego naturalny talent. Zawsze stawia na naturalność. Nigdy w zasadzie nie uczył się śpiewać. On po prostu śpiewał tak jak umiał. Łukasz jest człowiekiem, który więcej pracuje. Można dyskutować na temat tego, czy to, że on musi pracować, to znaczy, że jest gorszy (śmiech). Natomiast to powoduje, że nad pewnymi aspektami - w szczególności jeśli chodzi o nagrania - praca jest łatwiejsza.Z nim jest tak, że jeśli czegoś nie potrafi, to jest większa szansa, że się tego nauczy.
MM: 30 lat, to bardzo długi okres czasu. Zmieniła się cała branża muzyczna. Zmieniła się cała scena muzyczna.
Opath: Tak, bardzo to czujemy. Uważam, że jakiś tam top tej stylistyki jakiej reprezentantami jesteśmy bardzo, już dawno minął. W okolicach 2013 roku, kiedy wydawaliśmy już „Hard Truckin’ Rock”, już to było odczuwane leciutko. Od wtedy już zaczął się już taki zjazd popularności takiego grania. I potem stoner przeewoluował w te wszystkie zgruzowane walce typu Dopelord, doom i tak dalej.
Voltan: Od kiedy gram w Leash Eye, czyli około 15 lat, to chyba wtedy zaczynał się właśnie ten boom doomowo-stonerowy. I my już wtedy byliśmy trochę obok tego, bo nie pasowaliśmy do tej sceny.
MM: A potraficie wskazać jeszcze takie najważniejsze słupy milowe tych 30 lat?
Voltan: Najpierw to była płyta „V.I.D.I” wydana w MMP. Premiera tej płyty zgrała się właśnie z Antyfestem i w związku z tym występem na Sonisphere Festival. W tym samym roku chyba, to był 2011 rok, też wygraliśmy Wacken Metal Battle. Zagraliśmy na Wacken Open Air, a później support przed Judas Priest.
Opath: Ale też supportowaliśmy chociażby Uriah Heep w Poznaniu.
Voltan: To był pierwszy koncert z Łukaszem na wokalu.
Opath: Graliśmy też przed Budgie na przykład.
Voltan: I z Nazareth.
MM: Przed Wami jeszcze koncerty jesienne
Opath: Tak, będziemy kontynuować na jesieni. Jeszcze nie ma konkretnych danych, ale będziemy na bieżąco informowali.
FOTO: Marek Kowalski




