Ride - Interplay

Pionierzy nurtu shoegaze z grupy Ride wydali świetną płytę "Interplay", którą nasz recenzent ocenił jako "być może najlepszy krążek jaki kiedykolwiek nagrali".
Elbow - Audio Vertigo
Wow. Co za płyta! Co jakiś czas ukazują się takie perełki, od których zwyczajnie nie można się odkleić, mimo iż nie są w sobie żadną rewolucją. Dobra passa nie opuszcza Ride, chociaż okres pandemiczny przeczekali w milczeniu, co dało początek dobrze znanym spekulacjom. Tymczasem ekipa dowodzona przez Andy’ego Bella i Marka Gardenera nie próżnowała i gdzieś tam w zaciszu najwyższej tajemnicy pracowała nad nowym albumem. Warto wspomnieć, że od kiedy powrócili na scenę i do studia po latach niebytu, identycznie jak Slowdive, grają wyłącznie na fali wznoszącej; ich dwa poprzednie krążki, "Weather Diaries" i "This Is Not a Safe Place" to doskonałe płyty, które wyrzucają z ich słownika pojęcie shoegaze, którego ponoć są klasykami. Ich nowy album "Interplay" kontynuuje ten trend pozbywania się nadmiaru sztampy shoegazowej. Ride jeszcze w latach 90., po sukcesie debiutanckiego "Nowhere", lektury obowiązkowej tego mikro-gatunku, starali się ‘obierać’ swoją muzykę z tych smutków, przesterów i ścian dźwięku. Lub też, na tyle je urozmaicać, aby nie stać się zakładnikiem prasowych mędrców i znawców, którzy lubią wpychać każdy nowatorski band do wymyślonej przez siebie szuflady. Ride grają zbyt energicznie i optymistycznie jak na prawidła shoegaze, a "Interplay" to rzecz, która bardziej niż z My Bloody Valentine czy The Jesus and Mary Chain czerpie z The Beatles albo The Stone Roses. I jak wszystkie zespoły angielskie ma w sobie tą zawadiacko-marzycielską nutę geniuszu.
To powiedziawszy, nie oznacza to, że "Interplay" całkowicie pozbawiony jest charakterystycznych odlotów pejzażowo-gitarowych, z jakich Ride słynie. Słychać to w drugiej części płyty, która upstrzona jest takimi perełkami jak „Sunrise Chaser”, „Midnight Rider” i nade wszystko „Essaouira”, które miło przypominają, skąd zespół przychodzi. Ten hałas i ściana dźwięku stała się po latach znacznie grzeczniejsza, bardziej dopracowana i elegancka, jak na doświadczonych muzyków przystało. Z kolei pierwsza połowa płyty jest pełna przebojowości w postaci chociażby „Peace Sign” i „Monaco”, które nisko kłaniają się historii angielskiej alternatywy, od The Smiths przez The Stone Roses aż po The Music. Jedno i drugie oblicze płyty idealnie ze sobą współgra.
"Interplay" zachwyca klimatem, porywa przebojowością, urzeka natchnieniem, pewnością siebie, ale także pokorą. Słychać jest, że zespół czuje, że ‘dobrze im idzie’ i usiłuje zachować trzeźwość we wszystkim co robią, co owocuje spójnością płyty, jej magnetyzmem i zniewalającym miodem. To rzecz na bardzo wiele odsłuchów, które za każdym razem eksponują kolejne szczegóły tego zestawu numerów, wciągają i angażują słuchacza w towarzyszące im emocje, dostarczając dynamit do którego jeszcze nie raz będę wracać. Nade wszystko, ta muzyka aż prosi się o możliwość podziwiania w sytuacji na żywo w klubie, do której mam nadzieję, że niedługo dojdzie; poza festiwalami, Ride wystąpił u nas w klubie tylko raz, zbyt dawno temu.
"Interplay" to rewelacyjna płyta, koronująca okres renesansu Ride w skali światowej, podobnie jak reszty oryginalnego pokolenia shoegaze, które przetrwały. Najwyższy czas przestać postrzegać ten zespół przez pryzmat łatki, która została do nich dolepiona, a zacząć po prostu słuchać. W ich muzyce czuć natchnienie i inspiracje dekadami angielskiej sceny gitarowej, ale też dbałość o nowoczesność brzmienia i świeżość produkcji tu i teraz. To płyta, która przyćmiewa wszystko, co Ride nagrali do tej pory, łącznie z "Nowhere". To być może najlepszy krążek, jaki kiedykolwiek nagrali. Stają się dzięki niemu zespołem idącym konsekwentnie naprzód, wychodzącym naprzód zmieniającemu się światu, a nie tylko zakorzenionym w historii i chwale przeszłości.
JAKUB OŚLAK


