ROME – The Tower / The Hierophant

Pod koniec roku 2025 dowodzony przez Jerome’a Reutera projekt Rome wydał tego samego dnia dwa bliźniacze albumy studyjne, będące dla niego nowym początkiem twórczym.
Z dwóch skrajnych strategii wydawniczych, wolę stachanowców od proroków. Wolę artystów, którzy ‘co chwila’ wydają coś nowego od tych, którzy trzymają ludzi w milczącej niepewności, aby z zaskoczenia objawić światu domniemane arcydzieło. Można dyskutować, czy ilość przekłada się na jakość; to kwestia konkretnego przypadku. Miles Davis był niezwykle płodny, ale „Kind of Blue” jest tylko jedno. Bob Dylan, Neil Young, czy Frank Zappa to tylko wierzchołek góry lodowej i nie wszystko co wydali jest równie wspaniałe. Ale wolę ich ilość, w której zawsze znajdzie się coś ciekawego, niż odosobnioną, chybioną jakość, która minęła się z czasem.
Jérôme Reuter i jego projekt Rome zdecydowanie zalicza się do grupy stachanowców. Nie wnikam w to czy gość oddycha natchnieniem czy jest tytanem dyscypliny twórczej; grunt, że Rome publikuje po kilka wydawnictw rocznie (a pomiędzy nimi jeździ jeszcze w trasy). W roku 2025 ukazało się, uwaga, pięć płyt długogrających sygnowanych ich nazwą. Gdybyśmy mówili o mistrzu elektroniki, czarodzieju ambientu, takim jak Steve Roach, to jeszcze bym to rozumiał (chociaż to także szaleństwo); ale Reuter to gość z gitarą, który pisze, śpiewa, ozdabia, nagrywa, i układa to wszystko w pocztówki dźwiękowe wprost z najdalszych zakamarków superego.
Chciałbym skupić się na dwóch płytach, jakie Reuter objawił światu pod sam koniec ubiegłego roku – „The Tower” i „The Hierophant”. Otóż trik polega na tym, że ukazały się one tego samego dnia, jak bliźniaki, z których każde chce być tym priorytetowym. Można zapytać, czemu nie wydać albumu podwójnego, tym bardziej gdy oba krążki są do siebie tak podobne? To ciekawy i mądry zabieg ze strony Reutera, który ewidentnie nie chciał skazywać jednego ze swoich dzieci na bycie krążkiem numer dwa – tego, do którego często się nie zagląda, tego który jest słuchany tylko przez wytrwałych, tego gdzie często upycha się gorsze kawałki, aby tylko wypełnić krążek.
Pomiędzy „The Tower” i „The Hierophant” panuje mistrzowski remis; to dublet, który unosi cały dorobek Rome na wyższy poziom. Do tej pory darzyłem Rome umiarkowaną sympatią; Reuter w neofolku nie odkrywa żadnej Atlantydy, a wszystkie jego sztuczki mają jedno źródło – Death In June. Reuter uparcie i obsesyjnie, być może podświadomie, kopiuje Douglasa P. – jednego z trzech ojców chrzestnych neofolku, mistyka i ascetę apokaliptycznego industrialu. Wpływ Death In June na styl i brzmienie Rome jest tak oczywisty i jednoznaczny, że część słuchaczy, w tym ja, nie potrafi traktować Rome zupełnie serio, jako twór o niezależnej tożsamości. Aż do teraz.
„The Tower” i „The Hierophant” są propozycją tak dobrą, silną i sugestywną, że wybaczam Reuterowi jego fanatyczne zapatrzenie w Douglasa. Podobieństwa nie kończą się na samym brzmieniu, lecz mają przełożenie także na symetrię rozwoju artystycznego. Na przełomie lat 80 i 90., Death In June wydało dwa albumy uznawane za klasykę ich twórczości i fundament całego neofolku – „Rose Clouds of Holocaust” i „But What Ends When the Symbols Shatter?”. Douglas P. zminimalizował wtedy wpływy industrialu i elektroniki na swoją muzykę, prezentując ascetyczne brzmienie akustycznej gitary ozdobionej dzwonkami, cymbałkami, grzechotkami.
Reuter dziś czyni dokładnie to samo. O ile wcześniejsze albumy Rome były znacznie bardziej zróżnicowane i czerpane, o tyle „The Tower” i „The Hierophant” to czysty neofolk – głos, gitara i zabawki perkusyjne. Z pomocą Toma Gatti, który wspiera Rome w studio od blisko 10 lat, stworzył on coś w rodzaju auto-cezury – punktu zwrotnego w którym muzyka Rome dojrzewa, i paradoksalnie, po odrzuceniu zbędnych ozdobników nabiera niuansów. Głos Reutera jest niezwykły – bije od niego doświadczenie, mądrość, pasja i inteligencja. Atmosfera jaką roztacza na tych płytach, pomimo mroku i smutku, jest krzepiąca, inspirująca i zwyczajnie fascynująca.
To podstawowa różnica pomiędzy Reuterem a Douglasem. O ile Douglas nie zostawiał słuchaczom grama nadziei na lepsze jutro, o tyle Reuter zagrzewa swoją publiczność do dalszej walki, nawiązując bezpośrednio do roli, jaką muzyka przy ognisku odgrywała w ujęciu historii militarnej. Warto podkreślić, że Rome regularnie wpada do Kijowa, aby muzyką wesprzeć ducha walczących tam Ukraińców; tak samo jak Death In June w Chorwacji we wczesnych latach 90. A na tych płytach filozoficzno-społeczne komentarze Reutera trafiają do każdego, kto szuka wsparcia w tych zwichrowanych czasach, nawet jeśli jest to przekaz ponury i niejasny.
Nie umiem wskazać, czy wolę “The Tower” czy „The Hierophant”. To identyczne bliźniaki, z których każdy zasługuje na uwagę. Są piękne, melancholijne i dziwnie krzepiące, a każdy zawiera kilka numerów, które brzmią jak gotowe klasyki Rome. Z „The Tower” warto wyróżnić “This Slaughter Behold”, „The Baron (Ordeal By Fire)” oraz niezwykłe “This Hour Her Vigil” na koniec. Z kolei najlepsze momenty „The Hierophant” to “On Sorrow’s Embankment”, “When Light Be Gone” oraz “The Great White Hopeless”. Podkreślam jednak indywidualny urok każdej z tych płyt, jako dwóch całości otoczonych tajemnicą, mistycyzmem i nieodłączną mizantropią.
„The Tower” i „The Hierophant” to triumf pewnej estetyki, filozofii, dyscypliny twórczej i ducha niezależności. Rome jest podstawową siłą młodszej generacji neofolku, tworząc razem z Die Weisse Rose i :Of The Wand & The Moon: jego współczesny triumwirat. Dzięki takim krążkom jak te bliźniaki odzyskuję wiarę w ten mikro-gatunek skazany na wieczną tułaczkę po podziemiach muzyki. Jednocześnie obdarzam Rome kredytem zaufania, jako projekt będący czymś więcej niż wierny uczeń (lub jak kto woli uzurpator i copycat). I jak zawsze w przypadku muzycznych stachanowców, warto słuchać, wybierać, i podziwiać ten wciąż ewoluujący katalog twórczy.
JAKUB OŚLAK




