Rome

WywiadMaciej MajewskiJerome Reuter

Jerome Reuter, tworzący, nagrywający i grający pod szyldem ROME, dał się poznać jako artysta poszukujący, mieszający style gatunki i piszący przenikliwie, emocjonalne teksty inspirowane historią, filozofia i literaturą. Na swojej najnowszej płycie najnowszej płycie „Hall Of Thath” zmienia kierunek twórczy, po raz pierwszy skupiając swą twórczość na kwestiach bieżących. Niebawem zagra też ponownie w Polsce. O tym, dlaczego nie został aktorem, inspirującej podróży do Wietnamu i podejściu do nowej płyty, opowiedział nam w poniższej rozmowie.

MM: Zagłębiając się w Twoją biografię, zdałem sobie sprawę, że mamy ze sobą wiele wspólnego – obaj nasi ojcowie zaangażowani są lub byli w teatr. Zawsze zastanawiałem się, jak to wpłynęło na moje poczynania w dorosłym życiu. A jaki wpływ miało na Ciebie?

JR: To bardzo ciekawa kwestia. Mój ojciec nie tylko udzielał się jako aktor teatralny, ale był także reżyserem. Jego bohaterami byli ludzie tacy jak Berthold Brecht czy Peter Weiss. W związku z tym cały świat teatru i to, co działo się wokół niego, nie tylko na ogromnie na mnie wpłynęło, ale także sprawiło, że chciałem być jak najbliżej tego wszystkiego. Nawet gdybym nie został muzykiem, to na pewno kręciłbym się w pobliżu sceny - mógłbym być nawet technicznym. Natomiast ostatecznie bardziej pociągał mnie świat muzyki, niż teatru, dlatego też się jej poświęciłem. Poza tym jest też jedna zasadnicza różnica. Działania twórcze mojego ojca musiały respektować zasady demokracji, a więc innych aktorów, czy reżyserów. W ROME to ja decyduję o wszystkim niepodzielnie. Efektem tego jest moje rosnące ego (śmiech).

MM: Wiem, że do stworzenia „Hall Of Thatch” zainspirowała Cię podróż do Wietnamu i koncerty, które tam zagrałeś. Czy nagrałeś tam któreś z dźwięków, które znalazły się na płycie?

JR: Tak, oczywiście. Zresztą te dźwięki były również inspiracją do nagrania tej płyty. Na przykład odgłosy modlących się mnichów. Wszystkie te brzmienia zarejestrowałem osobiście i potem wplatałem w poszczególne utwory. Chciałem uniknąć korzystania z cudzych sampli, więc stworzyłem własne próbki. Dzięki temu całość brzmi również dużo bardziej naturalnie. Miałem sporo szczęścia, że się tam znalazłem i doświadczyłem tego zderzenia kulturowego. To było niezwykłe przeżycie. Poza tym tam człowiek zdaje sobie sprawę, że świat nie kręci się tylko wokół niego i jest niczym w obliczu chociażby potęgi natury. Doświadczyłem też buddyzmu od tej właściwej strony. Wcześniej się tym interesowałem, ale dopiero tam doznałem pełnego oświecenia w tej kwestii. A tych wszystkich dźwięków doświadczałem w bardzo różnych miejscach i momentach. W mojej gestii leżało ich jak najlepsze uchwycenie.

MM: Płyta przynosi również zmianę w Twoim sposobie pisania. Mam wrażenie, że odnosi się bardziej do teraźniejszości, niż Twoje wcześniejsze albumy, które miały więcej historycznych powiązań.

JR: Jak najbardziej.Zazwyczaj szukam nowego podejścia. Tym razem nie chciałem zagłębiać się w przeszłości, tylko skupić się na tym, co dzieje się obecnie. Różnica dotyczy w tym przypadku całego procesu tworzenia. Kwestie, które poruszam na tej płycie dotyczą nie tylko mnie - odnoszą się także do innych ludzi. Poza tym na tym albumie nie ma żadnej miłosnej piosenki, co wcześniej się nie zdarzało. Zazwyczaj tworzyłem sporo utworów, traktujących o miłości w obliczu wojny itd. A tutaj tego nie ma.

MM: Twoje teksty mają również filozoficzny wydźwięk. Jak istotny jest dla Ciebie ten aspekt?

JR: No cóż…Kiedy piszę o uczuciach i emocjach, które rozgrywają się obliczu jakiejś wojny, to nadaje im określonego zabarwienia i znaczenia. Filozofia zawsze była dla mnie kluczową kwestią w wyrażaniu myśli. I to, w jaki sposób to czynię, już jest swoistą filozofią. Dzieje się to na równi z pisaniem muzyki. To ona sugeruje kierunek formułowania myśli, jakie chcę zawrzeć w tekstach.


MM: Wracając do „Hall Of Thatch” – to album zdecydowanie bardziej mroczny, niż na przykład „The Hyperion Machine”, który ma zabarwienie popowe, czy „A Passage To Rhodesia”, gdzie postawiłeś na bity lub pustynno-kowbojski „Hell Money”. Takie było założenie, kiedy zacząłeś go pisać?

JR: Wiedziałem, że muszę podchodzić do tej płyty ostrożnie, by uczynić ją wystarczająco mroczną. Będąc w Wietnamie, odwiedzałem świątynie buddyjskie, w których doświadczyłem pocieszenia i zrozumienia. Wracałem do nich regularnie, bo w każdej poznawałem i dowiadywałem się czegoś nowego. A gdy po powrocie zacząłem pisać, to doszedłem do wniosku, że nikt nie będzie chciał słuchać o tym wszystkim, co tam przeszedłem, bo to za pozytywne sprawy (śmiech). Aby sztuka miała sens, potrzebuje konfliktu. Wtedy zdałem sobie sprawę, że tam na miejscu ten konflikt cały czas się toczy, bo oto mamy świątynie buddyjskie, gdzie panuje harmonia i spokój, a kilkanaście kilometrów dalej ludzie walczą o przetrwanie. Uświadomienie sobie tego było kluczem do dalszych działań. Dodam jeszcze, że wszystko to, czego doświadczyłem nie miało podłoża religijnego, tylko raczej wymiar duchowy. Poza tym utwierdziłem się w przekonaniu, że nie można do wszystkiego podchodzić zbyt poważnie, bo i tak wszyscy umrzemy.

MM: „Keeper” jest piosenką, która poruszyła mnie najbardziej ze wszystkich zawartych na tym albumie. Brzmi jak umartwianie, elegia. Jak historia wynikająca z opłakiwania.

JR: Ta piosenka po prostu na mnie spłynęła. To było dość zaskakujące. Nie miałem żadnego planu. Po prostu zacząłem ją grać, a jej słowa same ze mnie wyszły. Nawet mój przyjaciel, który nagrywał mnie w pokoju obok, po tym jak skończyłem, zapytał: “Co to było?” (śmiech) A prawda jest taka, że nosimy w sobie dużo różnych rzeczy, spraw, emocji, żalów, smutków. Tylko od nas zależy to, jak sobie z tym poradzimy i co z tego wyniknie. Ten utwór opowiada o każdym z nas.

MM: W najbliższym czasie zagrasz w Polsce koncerty w Krakowie, Warszawie i Poznaniu. Szykujesz coś specjalnego na te występy?

JR: Każdy występ jest niespodzianką samą w sobie. Oprócz przygotowanego zestawu utworów, zawsze mamy też coś zaskakującego w zanadrzu. Zapowiadają się interesujące widowiska, więc wpadajcie (śmiech).

MM: Dziękuję za rozmowę. 

Powiązane materiały