Tekla Goldman - EP
Otwocka grupa Tekla Goldman nagrała debiutancką ep-kę, którą wypełnia muzyka będąca 'hałaśliwą garażowo-punkową miksturą, podlaną psychodelicznym krautowym sosem'. Jakub Oślak zrecenzował dla nas to wydawnictwo.
Polska nie ma długiej tradycji rocka psychodelicznego. Mamy piękne dziedzictwo jazzu, metalu i prog-rocka, ale psychodelika jakoś u nas nie siadła. Mam tu na myśli koktajl muzyki pop i LSD, który rozlał się w połowie lat 60., przynosząc rewolucję społeczną w Londynie i Berlinie Zachodnim, oraz ‘Lato miłości’ w San Francisco. Oczywiście, w Polsce nikt wtedy nie myślał o miłości i rewolucji, bo żyliśmy na innej planecie, na której zachodni produkt i dźwięk był kontrabandą. Byli Niebiesko-Czarni (chyba najbliższe czym Polska dysponowała w przedmiotowym temacie), był Blackout i Breakout, byli Klenczon, Niemen, Klan i SBB; ale później to wszystko przeminęło z wiatrem, porysowane na starych winylach wciąż czekających na reedycje, bez podtrzymania tradycji przez kolejne pokolenia.
Od niedawna coś zaczęło się zmieniać. Świat w ogóle zaczął ponownie interesować się rockiem psychodelicznym, w różnych jego odsłonach, spadkiem po The Zombies, Jefferson Airplane, The Velvet Underground i The 13th Floor Elevators. Rock psychodeliczny powrócił, zarówno w swojej pierwotnej, ‘garażowej’ formie, jak i tej awangardowej, krautrockowej. W Teksasie działają The Black Angels i ich festiwal Levitation, w Londynie wytwórnia Fuzz Club przyciąga artystów z całego świata, a w Berlinie The Brian Jonestown Massacre cały czas wyznacza pewien standard, do którego wielu aspiruje lub go z zasady odrzuca. Grunt, że w temacie dużo się dzieje, nawet w Polsce, gdzie na świat przychodzą takie cuda jak pionierska Oranżada, lub ostrzejsze, kosmiczne Spaceslug i Weedpecker.
To właśnie Oranżada jest tu bezpośrednim punktem odniesienia, albowiem za perkusją Tekli Goldman zasiada Maciej Łabudzki. Wraz z nowym koleżeństwem wydali EP-kę demonstrującą ich intencje, styl, dynamikę i obszar poszukiwań. A ów to garażowa, quasi-punkowa energia i podejście DIY do spraw wszelakich w mariażu z dziedzictwem psych-rocka, jakie przeżywa swój prywatny renesans. 17 i pół minuty przelotu przez umysły i serca, gdzie czeka nas krautrockowy trans, przesterowane gitary, retro-efekty, wokale z echem, słowa wyjęte z wizji po zażyciu. Do tego każdy numer to osobno zarysowana bajka, które razem tworzą szybką i barwną płytkę zakończoną wybudzeniem dźwiękami dziecięcego syntezatora Casio, albo 8-bitowej konsoli do gier. Pycha!
Mój powyższy wywód jest dłuższy niż rzeczona płytka, ale sens tego leży gdzie indziej; to ważna pozycja w polskim ‘undergroundzie’, która zaświadcza, że drzemią w nas pokłady twórcze o jakie samy siebie nie posądzamy. To dowód na to, że nasi rodzimi muzycy potrafią słuchać, myśleć i tworzyć na własną rękę, a nie tylko podążać za kimś, ciągnąc już dawno wyczerpany temat. EP-ka Tekli daje słuchaczom szukającym czegoś innego nadzieję, że nie wszystko stracone, zgodnie ze słowami „Danse Macabre”. Te numery wciągają, porywają, każą się podśpiewywać, zapamiętać i polecać dalej – to po prostu kawał świetnej roboty. To świeże brzmienie, alternatywne i niezależne, proste ale pokręcone, zakorzenione w dźwiękach odkrytych przez naszych dziadków 50 lat temu.



