Tekla Goldman

Zespół Tekla Goldman uraczył nas niedawno pierwszym albumem, który zresztą recenzowałem na stronach naszego portalu. Tym bardziej byłem ciekaw podejścia, jakie otwoccy psychodelicy mają w tworzeniu swojej muzyki. Wokalistka Emily i perkusista Macio opowiedzieli mi, jak widzą muzykę w obrębie swojego zespołu, co ich w niej fascynuje oraz próbowali rozstrzygnąć, czy bliżej im do Franka Zappy, czy do Iggy’ego Popa.
MM: Co tak naprawdę zmieniło się w Waszym zespole pomiędzy "EP-ką", a "Grzybnią Pierwszą..."?
Emily: O rany. Dobre pytanie. Z mojego punktu widzenia przede wszystkim chyba nabraliśmy pewnej biegłości. Doświadczenie nagrywania własnymi siłami „EP-ki” bardzo się przydało później przy płycie. Chyba mieliśmy też wszyscy odrobinę więcej odwagi.
Macio: Dla mnie kluczowe było to, że otrzaskaliśmy się trochę na koncertach. Nagrywanie szło całkiem sprawnie. Natomiast jakiś większych zmian chyba nie było, bo idea była cały czas taka sama.
MM: Pytam, bo z jednej strony słychać, że ta płyta jest zwarta, a z drugiej – zagraliście ją na luzie i z dużą dozą pewności.
Macio: To miło że tak piszesz. Mnie ciężko się do tego odnieść, bo zawsze się stresuję podczas nagrywania.
Emily: I chyba właśnie tak jest. Nagrywaliśmy ją trochę w innym punkcie biegu historii - już z wydawcą u boku, trochę bardziej ograni itd. Więc mimo wszystko chyba było odrobinę więcej pewności.
MM: Podczas nagrywania się stresujesz, a podczas grania samego w sobie też ten stres jest odczuwalny?
Macio: Masz trzy poziomy: jeden to próby, na których ja na przykład czuję się totalnie wyluzowany i gra mi się świetnie; drugi poziom to koncerty, gdzie trzeba naprawdę się pilnować i zagrać na najwyższym poziomie. No i trzeci poziom, to nagrywanie płyty, gdzie wiesz, że jak coś skopiesz, to możesz zrobić jeszcze jedno podejście. Ta świadomość, że możesz coś nagrać dwa lub trzy razy ułatwia sprawę. Ale nadal ten stres jest, bo przecież trzeba wszystko zagrać w nuta w nutę, tak jak się to wyćwiczyło.
Emily: Ja się akurat bardzo stresuje na koncertach, więc chyba jednak mniej mnie stresuje nagrywanie. Maciek może ma odwrotnie.
MM: W Waszej twórczości na pierwszy plan wysuwa się ta charakterystyczna 'kwaśna' psychodelia. Co najbardziej Was fascynuje w takiej muzyce?
Macio: Kiedy włączysz radio, otacza cię cała masa sztampowej muzyki. Ale kiedy słyszysz coś, co ma inne zabarwienie, od razu przykuwa to twoją uwagę. Tak między innymi jest z psychodelią, która sama w sobie nie jest żadnym nurtem, a nakładką na różne gatunki. Bo można przecież nagrać psycho pop, a my akurat nałożyliśmy to na garażową muzykę. Dźwięki dostają jakby drugiego wymiaru. Możesz tam odnaleźć więcej, niż tylko to, co widzisz, co pływa po powierzchni. Jest jakby drugie dno. Ciężko to napisać w kilku zdaniach, ale to się wyczuwa.
Emily: To nas po prostu ekscytuje. Dla mnie psychodela i w muzyce, i w sztukach wizualnych zwyczajnie jest interesująca i ekscytująca.
MM: A gdzie ta droga w psychodelię Waszym zdaniem biegnie dalej?
Macio: No, chyba do końca sami nie wiemy, ale to dopiero „Grzybnia pierwsza…”, a ma być ich aż trzy (śmiech). Wiesz, my jesteśmy rozdarci gdzieś pomiędzy prostotą, a progresją. W którą to teraz pójdzie stronę, to nie wiem. Z płyty nam się bardzo podoba utwór „Lekarz z Sopotu”, a tam się jednak wkrada ciutka progresji.
Emily: Trudno powiedzieć. Wszędzie tam, gdzie zgodzimy się razem pójść. Może jeszcze głębiej w kwaśny klimat, a może jeszcze gdzieś indziej. Jakieś plany oczywiście mamy, ale granie muzyki, to żywa materia. Wynika z energii wszystkich zaangażowanych, więc jest przestrzeń na niewiadomą.
MM: A może w stronę improwizacji? Dotychczasowe nagrania pokazują, że jest ku temu przestrzeń.
Macio: Ja bym bardzo chciał, żeby to w tę stronę poszło, ale uwierz, że jest to bardzo trudny kierunek. Można godzinami grać różne dżemy i wyjść z niczym. Czasami jest tak, że zaczynasz coś grać na próbie i to od razu jest dobre.
Emily: Możliwe. Wydaje mi się, że nie do końca poważnie traktujemy moc improwizacji. Na każdej próbie przynajmniej na chwilę odpływamy, więc jakaś potrzeba w narodzie jest (śmiech).
MM: To inaczej: Frank Zappa, czy Iggy Pop? Emily: Frank Pop (śmiech)
Macio: Z tych dwóch, to oczywiście Iggy. Ja nie wiem, czy bardzo nas interesuje taka totalnie odjechana stylistyka, w której możesz zagrać cokolwiek, ponieważ forma jest całkowicie otwarta. U Iggy’ego za to jest niesamowita energia i myślę, że nam do tej energii bardzo blisko.
MM: A kompozycyjnie? Bo melodii też jest u Was sporo.
Macio: To prawda, jest sporo melodii, ale też nie przesadzałbym, że jakoś bardzo dużo. One zachowują jednak prostą formę. Tak naprawdę jakby się dobrze przesłuchać, to prym wiedzie bas.
Emily: Wolę mimo wszystko proste kompozycje, bo w prostocie jest siła.
MM: Kiedy zatem "Grzybnia druga..."?
Emily: Jeszcze mamy poczucie że nie zanudziliśmy słuchaczy „Grzybnią pierwszą…”, więc chwilę odczekamy. Teraz skupiamy się na graniu koncertów i komponowaniu nowego materiału.
Macio: Jesteśmy w trakcie poszukiwania nowej metody na tworzenie kompozycji. Szczerze, to mamy bardzo mało czasu, żeby się spotykać na takie luźne długie próby, a musimy wypracować metodę, żeby powstał nowy materiał. Może nowa formuła sprawi że „Grzybnia druga…” będzie już inną płytą? Zobaczymy.
MM: Czyli większe zwarcie zamiast lotu w kosmos?
Emily: Niekoniecznie. Ale jak to się wyklaruje pokaże tylko czas.
Macio: Lotów w kosmos nie wykluczamy (śmiech). A kto wie - może to będzie jeden długi lot.
MM: Dzięki za wywiad.


