Algiers
Grupa Algiers wydała najbardziej eksperymentalny album w swojej dyskografii zatytułowany "Shook". W ramach tournee promującego to wydawnictwo Amerykanie wystąpią 25 lutego w warszawskim klubie Niebo. Z tej okazji nasz wysłannik Jakub Oślak przeprowadził wywiad z dwoma muzykami zespołu.
Jakub Oślak: Właśnie ruszyliście w trasę koncertową, która zawita także do Warszawy. Mam nadzieję, że wszystko przebiega sprawnie?
Franklin James Fisher: Ogólnie tak, chociaż nie wszystko…
Ryan Mahan: Frank jak zwykle narzeka, czemu to wszystko jest takie upakowane i nielogiczne, ale to wynik skomplikowanej logistyki, która od pewnego czasu stała się jeszcze bardziej skomplikowana. Poza tym co chwila coś się psuje, czegoś brakuje, typu zapasowe kable, autobus nam się zepsuł jak zwykle…
FJF: Przynajmniej nikt nas jeszcze nie okradł… na trasie trzeba być przygotowanym na wszystko i z góry zakładać, że każda rzecz z jaką masz do czynienia może pójść źle. To jest niezmienna specyfika trasy koncertowej i nie ma od tego ucieczki. Nieprzewidywalność rzeczy, która nastąpiła po czasie covidowym jeszcze bardziej to podkręciła. Ale to nie jest tak, że przed covidem wszystko szło jak po maśle, a po covidzie stało się skomplikowanym chaosem.
RM: Nieważne ile już razy byliśmy w trasie, ile rzeczy nas spotykało, zawsze znajdzie się coś, czego nie przewidzieliśmy, o czym nawet nie pomyśleliśmy. To dotyczy nie tylko logistyki i tej całej układanki, ale także samych występów, szczególnie na festiwalach, które są żywiołem same w sobie. Czasem brakuje sprzętu, czasem brakuje ludzi, czasem po prostu musisz samemu zakasać rękawy i zacząć taszczyć skrzynie, itp. Nie zdarzył nam się jeszcze taki jeden koncert, przy którym wszystko byłoby ogarnięte i poszło sprawnie.
FJF: W zeszłym roku okradziono nas w Mediolanie. Wcześniej parokrotnie dopadał nas covid. To jest poza wszelką kontrolą. To jest żywioł, z którym albo się potrafisz zmagać, albo go omijasz. Przecież sam covid uderzył gdy byliśmy w trasie, raptem po kilku koncertach… i nagle wszystko się zamknęło i zostało odwołane, a my zostaliśmy na lodzie. Tego się nie da przewidzieć.
JO: Jednym z waszych ostatnich koncertów przed covidem była właśnie Warszawa, w lutym 2020. To był także jeden z moich ostatnich koncertów, jakie zobaczyłem przed lockdownem. Jesteście w mojej głowie zatem kimś w rodzaju Proroków Covidu (ang. Prophets of Covid).
RM: HA-HA-HA!
FJF: To będzie zdecydowanie nazwa naszego side-projektu.
JO: Jak poszły pierwsze koncerty z nowym materiałem, jaki niedługo ukaże się na waszym nowym albumie "Shook"? Nowy album brzmi bardzo poważnie, dojrzale, introspektywnie, niepokojąco.
RM: Frank twierdzi, że to jeden z naszych najlepszych materiałów i na żywo prezentuje się równie dobrze, aby nie powiedzieć, najlepiej z dotychczasowych. Spędziliśmy mnóstwo czasu obmyślając, nagrywając, produkując ten album, a także przygotowując go do prezentacji na żywo. Jestem podobnego zdania, że to nasza najpoważniejsza płyta i mam szczerą nadzieję, że na żywo wypadnie ona równie dobrze, co na nagraniu i że publiczność doceni tą krew, pot i łzy, jaką w nią włożyliśmy.
FJF: To ciekawe, że mówisz o tej płycie w ten sposób. Spotkałem się już z kilkoma podobnymi opiniami, że to płyta obserwująca nasz świat przez kilka ostatnich lat, stąd też jest ponura i niepokojąca. W naszej ocenie ta płyta to przede wszystkim zapis życia człowieka, nas samych, jakie miało miejsce na przestrzeni kilku ostatnich lat, które nie były normalne. Byliśmy zamknięci, rozdzieleni, unieruchomieni. Nie mogliśmy normalnie się poruszać, nie mówiąc o pojechaniu w trasę. Ale z drugiej strony, znacznie bardziej doceniliśmy nasze wzajemne towarzystwo, nawet jeśli było ono mocno ograniczone. Przez te ostatnie lata przechodziliśmy wiele prób wspólnej wytrzymałości, jako zespół, a także jako grupa indywidualności. Ta cała sytuacja trochę zmusiła nas do napisania tej nowej płyty, gdyż nie mieliśmy nic innego do roboty, a jednocześnie jej niełatwy proces tworzenia pozwolił nam wyleczyć wiele problemów, jakie nosiliśmy w sobie, gdyż tworzenie muzyki to najlepsze, co nas spotyka.
JO: Jak w takim razie udało się wam zebrać tylu gości w jednym miejscu, co na "Shook"? Skąd w ogóle ten pomysł, jakże niełatwy w realizacji biorąc pod uwagę te okoliczności?
FJF: Sam pomysł wielu gości na jednej płycie przyszedł do nas już wcześniej, gdy nagrywaliśmy poprzedni album "There Is No Year". Już wtedy myśleliśmy o uzyskaniu efektu mnogości głosów, wielobarwnej narracji przeplatającej się z muzyką. Z bardzo wielu powodów i trudnych okoliczności, nawet w relatywnie normalnej sytuacji, nie udało nam się tego zrobić. Ale pomysł pozostał. Gdy przyszedł czas nagrywania "Shook", wraz z nowymi sytuacjami których nie byliśmy w stanie przewidzieć, zebranie wielu gości na jednej płycie stało się paradoksalnie łatwiejsze. Była to zatem wyjątkowa okazja, aby wreszcie ziścić tą wizję.
RM: Proces angażowania gości w produkcję albumu wcale nie był taki łatwy, od samego początku, nawet jeśli okoliczności były ku temu bardziej sprzyjające, wszyscy byli w domach, nikt nie był w trasie, itd. Nie wiedzieliśmy, czy w ogóle będą zainteresowani naszym pomysłem. Nie wszystkich znaliśmy osobiście. Nie mieliśmy nawet gotowego albumu – ich wkład nie jest tylko wisienką na torcie, ale integralną częścią tych numerów. W zasadzie przedstawienie im naszego pomysłu polegało na wysłaniu skrawków numerów, nawet nie demo, tylko fragmentów, do których każdy z nich następnie dołożył swoją cześć. A my sami nie reżyserowaliśmy ich wkładu – każdy z nich dołożył to, co samemu wymyślił, we własnej indywidualnej formie. Jesteśmy im wszystkim z tego powodu bardzo wdzięczni, gdyż nasz zespół nigdy wcześniej nie otrzymał od społeczności muzycznej tak wyraźnego sygnału, że jesteśmy traktowani jako poważni artyści, przez innych artystów. Od tej pory poczuliśmy się bardziej częścią tej społeczności, opartej na zaufaniu. To dobre, budujące uczucie.
JO: Jak wyglądał sam proces nagrywania tego albumu, przede wszystkim wkładu gości, ale także reszty tej układanki?
FJF: W większości był to proces korespondencyjny i wymiana plików audio, chociaż kilku muzykom udało się wpaść do nas osobiście; odwiedził nas chociażby Mark Cisneros i zagrał na czym tylko się dało.
RM: Nie wszystko co wspólnie nagraliśmy znalazło się na albumie, chociażby partie akordeonu (śmiech!). Z każdego wkładu, szczególnie tego osobistego, cieszyliśmy się bardzo mocno, i jak to zwykle bywa w procesie twórczym rzeczy prędko wymknęły się spod kontroli!. Szybko okazało się, że musimy postawić pewne granice tej nieskrępowanej twórczości, mieliśmy już flety, była orkiestra…
FJF: HA-HA-HA – o czym ty mówisz?! Kompletnie tego nie pamiętam.
RM: Wiele pomysłów, które nagraliśmy przyniosło nam dużo radości z samego faktu, że mogliśmy je wreszcie zrealizować. Nawet jeśli było to nagrywanie zdalne.
FJF: Nie wszystko, co nagrywasz jest od razu świetne. Czasem jest tak, szczególnie przy takich dosyć szalonych, swobodnych sesjach, że to co nagrywasz na pierwszy rzut oka wydaje się być fatalne i bez sensu, ale po jakimś czasie zaczyna mieć sens. Szczególnie wtedy, gdy znajdujesz temu miejsce na płycie i odpowiedni kontekst.
RM: Najciekawsze jest to, że nasza ingerencja w efekt pracy pozostałych muzyków-gości była właściwie minimalna. Było dosłownie kilka takich sytuacji, że proponowaliśmy jakiekolwiek poprawki, w tą czy inną stronę, aby lepiej zgadzało się z resztą kontrybucji i całej tej koncepcji albumowej. To, co dostawaliśmy od zaproszonych gości było w zasadzie gotowym elementem – a naszym zadaniem pozostawało złożyć to wszystko w jak najlepszą, najciekawszą całość.
JO: A jak długo trwał sam proces składania tego w całość?
RM: Zaczęliśmy nagrywać latem, a skończyliśmy pod sam koniec roku 2021. Ale pisanie tych piosenek i kompozycji miało miejsce jeszcze wcześniej, już w 2020. Innymi słowy, podczas trasy "There Is No Year" mieliśmy już obmyślony kolejny album…
FJF: Tak samo jest teraz. Jedziemy z "Shook", ale nowe pomysły i koncepcje, a nawet część materiału, jest już gotowa do pracy nad kolejną płytą.
RM: Z częścią numerów mieliśmy zgryz do samego końca sesji, chociażby „I Can’t Stand It!”, które jest bardzo ważnym elementem albumu, ale do końca nie potrafiliśmy uchwycić tego, o co nam chodziło. To numer z Samuelem Herring i Jaem Matthews. Inne także były problematyczne, chociażby „Out of Style Tragedy”, które Frank chciał w ogóle wyrzucić z albumu. Napisaliśmy ich mnóstwo, ale największą zagadką i wyzwaniem było rozpoznać, które z nich chcemy rozwinąć, w jaki sposób, z kim, i jak będą miały się one do reszty płyty. Z drugiej strony, przy takich numerach jak „Irreversible Damage” z Zackiem de la Rochą czy „Bite Back” (Billy Woods i Backxwash) od razu wiedzieliśmy, że to jest to i właśnie te dwa kawałki stanowią największa ozdobę tego albumu. Inne były czymś w rodzaju zrządzenia losu, niekontrolowanej przygody.
JO: Album zawiera jedne z najsilniejszych słów, jakie słychać w twórczości Algiers, chociażby „Odgryź rękę, jeśli cię karmi trucizną” (ang. Bite back the hand that feeds you if it’s poison). Ale mrok równoważy pozytywny przekaz, chociażby na koniec, „Kiedy umieramy, powstajemy” (ang. When we die, we rise). Gdzie chcieliście umieścić Shook na skali ludzkich emocji?
FJF: Te końcowe słowa to fragment wiersza Lee Bainesa, który jest bardzo piękny i jesteśmy szczęśliwi, że tak właśnie brzmi finisz tej płyty. To interesujące, że wspominasz o sile tych słów. Część z nich jest niewątpliwie mroczna, ale w naszej ocenie i intencji było to, aby "Shook" był czymś w rodzaju oczyszczenia, odkupienia, wybaczenia. To płyta o bardzo osobistych, ludzkich korzeniach. Chciałem, aby do muzyki Algiers wpuścić więcej światła, niż na poprzednich albumach – niekoniecznie przez pisanie weselszej muzyki, ale przez bardziej budujący przekaz, wywodzący się z pewnych skomplikowanych ludzkich doświadczeń. W czasie poprzedzającym nagrywanie tej płyty, w grudniu 2020 r., targnąłem się na własne życie. Mój związek runął z hukiem i nie widziałem więcej sensu w dalszym istnieniu. O tym jest ta płyta – takie numery jak wspomniane „I Can’t Stand It!” czy „Green Iris” – to właśnie moje osobiste doświadczenia, współdzielone z innymi muzykami.
RM: To bardzo złożone pytanie, na które niełatwo jest udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Gdy ukazał się nasz stary album The Underside Of Power wszyscy chwalili go za ciężar przekazu i mrok – chociażby w „Walk Like A Panther”, „Cry Of The Martyrs” czy „Death March”. A dla mnie osobiście jest to jeden z naszych najbardziej krzepiących, podnoszących na duchu zestawów piosenek! Analogiczna sytuacja z "There Is No Year", który został odebrany jako nacechowany wysoce emocjonalnie, a dla mnie to nasza najbardziej odhumanizowana płyta. Wszystko zależy od perspektywy. Podobnie jest z "Shook", zbyt wiele tu warstw na jednoznaczną ocenę. Jasne, dużo w tym smutku, gniewu i ciemności – ale jednocześnie dla nas osobiście ta płyta oznacza radość z bycia razem, nagrywania muzyki, odrodzenia się, wyjścia z kłopotów, kolektywności.
JO: "Shook" w mojej ocenie wyraźnie przesuwa granicę możliwości waszej i tak silnie eksperymentalnej muzyki. Czy czujecie, że to moment zwrotny w waszej twórczości, czy też jest jeszcze wiele obszarów, których nie odwiedziliście, a na co macie ochotę przy kolejnych albumach?
FJF: Myślę, że nie starczy nam życia, aby w całości wykorzystać potencjał muzyki, jaka drzemie w naszych głowach i którą chcielibyśmy przynajmniej spróbować nagrać. To ma oczywiście swoje plusy i minusy. Np. te numery, których słuchacie dziś na "Shook" – dla nas one mają po 2-3 lata, czyli są już stare. Ja już bym robił coś nowego, w zasadzie już to robimy, już mamy rozrysowaną kolejną płytę. Nie mamy jednak aż takiej dyscypliny, aby wydawać nowe rzeczy rok po roku – nie mamy na to wystarczająco dużo czasu.
RM: Jako twórcy, nigdy nie jesteśmy w pełni ukontentowani z tego co robimy, nigdy nie mamy dosyć. Myślę, że to przymiot każdego poważnego artysty – co chwila szukamy wyzwania i badamy, co jeszcze możemy zrobić, aby przesuwać tą granicę. Tak jak powiedział Frank, muzyka potrzebuje czasu, a my nie zawsze mamy go pod dostatkiem do tego stopnia, aby przeszukać wszystkie twórcze zakamarki. Zawsze jest więcej do napisania, zagrania, spróbowania. Cały czas uczymy się także lepiej wykorzystywać potencjał studia, nie tylko głosów i instrumentów. Bardzo się cieszę, że w zespole podzielamy ten głód i zapał do pracy i gramy do jednej bramki.
JO: Czy trudno było inkorporować nowe piosenki do waszego setu koncertowego, spoić je z już istniejącymi nagraniami?
FJF: W obliczu tego nowego albumu cały nasz istniejący katalog, w wydaniu scenicznym, uległ modernizacji i odświeżeniu. Nie chcemy robić dwa razy tej samej rzeczy, nie widzimy w tym sensu. Dlatego też w tym przypadku proces przygotowywania koncertu przebiegał odwrotnie: nie wcielaliśmy nowego materiału do już istniejącego zbioru, lecz przystosowaliśmy stary materiał do tego, który właśnie się ukazuje i z którym jedziemy. To duże wyzwanie, ale na tym właśnie polega radość twórcza.
RM: To było o wiele trudniejsze w przypadku "There Is No Year". Teraz przygotowaliśmy się do tego lepiej – "Shook" pod tym kątem okazał się znacznie łatwiejszy i jesteśmy gotowi na pokazanie go światu ze sceny i, na co liczę, podkreślenie naszych intencji twórczych jako zespołu.
JO: Ostatnie pytanie, czy chcielibyście kiedykolwiek zagrać w Algierze?
RM: Jasne. Mieliśmy nawet takie plany w 2019, ale ostatecznie nie doszły one do skutku. Sytuacja polityczna jest tam zbyt napięta, poza tym największy problem stanowią wizy pracownicze i oczywiście kasa. Ale mamy nadzieję, że kiedyś to się stanie.
JO: Dziękuję za rozmowę – powodzenia na trasie i do zobaczenia w Warszawie!
Foto: Ebru Yildiz




