Algiers

Amerykańska grupa Algiers wystąpi 20 lutego w warszawskich Hybrydach. Będzie to koncert promujący nową płytę tego zespołu zatytułowaną "There Is No Year", która ukaże się 17 stycznia. W związku z tymi dwoma wydarzeniami wywiadu udzielił nam perkusista Algiers - Matt Tong.
Jakub Oślak: Gratulacje z okazji wydania nowego albumu! Już go słuchałem i jestem pod dużym wrażeniem. Czy możesz nam powiedzieć coś więcej o jego nieco tajemniczym tytule - co on oznacza?
Matt Tong: "There Is No Year" - ten tytuł to nawiązanie do powieści Blake’a Butlera. Jest przyjacielem naszego zespołu, a ponieważ jego twórczość zawiera w sobie tematy, którymi jesteśmy wspólnie zainteresowani, takie jak kryzys sztuki i tożsamości, wypożyczyliśmy jego tytuł dla naszego albumu. To przeniesienie tytułu Blake'a przywołuje także pomysł wymazywania historii - jeśli odmówimy niektórym grupom prawa do kontrolowania narracji ich historii, to dosłownie they have no year.
JO: Sam album to wyraźna ekspansja waszego brzmienia, która jednakże nie pozostawia daleko w tyle dwóch poprzednich płyt. W jakim kierunku zamierzaliście poprowadzić waszą nową muzykę?
MT: Myślę, że ekspansja jest właściwym sposobem na opisanie tego, co się dzieje na nowej płycie. Chcieliśmy także pogłębić naszą zbiorową tożsamość artystyczną. Poprzednia płyta zawiera jedne z naszych najbardziej odważnych, ryzykanckich piosenek, ale stylistycznie jest trochę rozluźniona. Tym razem chcieliśmy zachować poczucie przygody, jednocześnie czyniąc płytę bardziej spójną i zwartą.
JO: Lee Tesche opisał wasze brzmienie, jako „zawieszone w innej erze”. Jednakże, rezonuje ono silnie w sercach i umysłach słuchaczy tu i teraz, jako dźwięki dnia dzisiejszego. Skąd ta ponadczasowość?
MT: Świetne pytanie. Nie jestem pewien, w jakim stopniu była to dla nas świadoma decyzja. Generalnie uważam, że świadome sięganie po ponadczasowość jest niemożliwe do wykonania, ponieważ wszystkie decyzje podejmowane, aby się tam dostać, raczej pozbawiają produkt końcowy pożądanej ponadczasowości: ustawiasz coś w określonym miejscu dopiero wtedy, gdy zaczynasz tego unikać. Myślę, że lepiej jest mieć luźny zestaw zasad przewodnich, takich jak gatunki, z którymi chcesz pracować, lub instrumenty, których chcesz używać i zacząć od tego. Należy podchodzić do wszystkiego z otwartym umysłem i zaufać swojemu instynktowi i nie wahać się przed każdym napotkanym historycznym precedensem, który był podstawą twojego pomysłu.
JO: Wasz styl w ogóle nie jest łatwy do zdefiniowania - jedni chwalą dziedzictwo muzyki gospel, soul i funk, a inni wskazują na eksperyment, industrial, post-punk. Jak te pozornie przeciwstawne strony tak dobrze pasują do siebie zarówno w opinii krytyków muzycznych jak i fanów?
MT: Bylibyśmy w pułapce, gdybyśmy próbowali odgadnąć naszą publiczność. Szanujemy opinie tych, którzy słuchają i piszą o naszej muzyce, ale z pewnością nie usiłujemy sobie wyobrazić, jakie będą ich opinie, gdy zaczynamy komponować i nagrywać. O wiele łatwiej jest łączyć gatunki, jeśli nie zastanawiasz się, jak inni to mogą postrzegać. Przez lata nauczyliśmy się ufać sobie samym i nie narzucać danego pomysłu, jeśli nie wydaje się właściwy. Chcemy, aby ludzie cieszyli się naszą muzyką, a nie czuli się, jakbyśmy zaglądali im przez ramię, upewniając się, że rejestrują rzeczy prawidłowo.
JO: Kiedy słucham płyt Algiers, myślę o takich twórcach, jak Ben Harper lub Afrika Bambaataa, ale i Nine Inch Nails lub Recoil. Jakie fascynacje chcieliście przekazać swoją muzyką - jeśli jakieś w ogóle?
MT: Po prostu okazujemy szacunek tym, którzy nas ukształtowali, oraz staramy się czerpać z ich spuścizny. Nie tworzymy muzyki typu tribute, która brzmi dokładnie tak, jak ci, których podziwiamy, ale nie chcemy też ukrywać się przed słuchaczami z naszymi wpływami. Wydaje mi się, że najbardziej nieuczciwą rzeczą, jaką artysta może powiedzieć o swoim dziele, jest to, że jest naprawdę oryginalne.
JO: Pod tym względem "There Is No Year" nie jest wyjątkiem; przywołuje na myśl chociażby "What’s Going On" (Marvin Gaye) lub "There A Riot Goin 'On" (Sly & The Family Stone), oba nagrane w ich własnej, dziwnej epoce; w jakim stopniu dzisiejsze dziwne czasy są inspiracją dla waszej muzyki?
MT: To świetna obserwacja. Z pewnością myślimy o tej dziwności lub niepokoju, które nas otaczają i - powracając do pytania o ponadczasowość - sięgamy po to, co niepokojące, niezgłębione, niematerialne... co zna każdy z nas. Najprawdopodobniej właśnie to i brak jednoznacznych odpowiedzi na pytania tworzy sztukę, która sięga ponad czas. Jesteśmy bardzo zainteresowani ideą niezrealizowanych wariantów przyszłości; tych planów i celów, które nigdy nie zostały do końca zrozumiane i uchwycone, oraz tym, że wszędzie istnieje inna ścieżka, którą moglibyśmy podążać, ale nie wiemy, czym była ani gdzie mogła nas zaprowadzić; myślenie o tym jest dziwne.
JO: "There Is No Year" sięga po przeciwieństwa na wielu poziomach - jest świadomy społecznie i osobiście; porusza dynamiką, ale i enigmatycznym przekazem i eksperymentami dźwiękowymi. Jak powstaje tak złożony konstrukt? Czy macie świadomość rodzaju emocji, jakie wywołujecie muzyką?
MT: Znowu świetne pytanie. Czuję, że naprawdę nas usłyszałeś! Myślę, że podjęliśmy pewne założenia dotyczące tego albumu z góry, chociaż nigdy nie można ocenić, jaki wpływ może mieć na słuchacza. Z pewnością chcieliśmy przyciągnąć ludzi do naszego świata. Czasami możemy wydawać się trochę zbyt intensywni, co niekoniecznie było naszym zamiarem; więc tak, chcieliśmy stworzyć bogatszy, bardziej otaczający świat dźwiękowy, niż tylko wysadzić ludzi hałasem. A Franklin zbudował swoje teksty na bazie poematu, który napisał i świadomie postanowił pokazać, w jaki sposób niektóre z rzeczy, o których historycznie mówiliśmy, wpłynęły na niego osobiście i w sposób abstrakcyjny.
JO: Oprócz niedługo trzech szeroko dostępnych płyt, nagraliście także dwa ściśle ograniczone, bardziej eksperymentalne albumy, dostępne tylko na kasetach. Czy macie plany lub chociaż zamiary, aby uczynić je bardziej „publicznymi”, lub może rozwinąć tego rodzaju muzykę w przyszłości?
MT: Być może pojawią się na jednym z „serwisów streamingowych”. Podoba mi się, że istnieje inna, bardziej niejasna wersja tego zespołu krążąca w eterze. Jestem zwolennikiem wszystkiego, co pogłębia zrozumienie świata Algiers, nawet, jeśli to coś jest mniej znane lub zrozumiałe. Bardzo był chciał znaleźć czas, aby w pewnym momencie rozwinąć tą naszą bardziej eksperymentalną stronę.
JO: Graliście na stadionach i festiwalach, w legendarnych klubach, a także w całkowicie niszowych przestrzeniach „bez nazwy”. Gdzie czujecie się najlepiej jako artyści, wykonawcy? Jak myślisz, gdzie wasz unikalny rodzaj muzyki najlepiej pasuje do reakcji publiczności i poczucia uczestnictwa?
MT: Myślę, że wciąż dochodzimy do tego, jak i gdzie stworzyć taką przestrzeń, w której nasi odbiorcy będą czuć się komfortowo. Czasami wydaje nam się, że miejsce w którym gramy nie jest właściwe, a to ostatnia rzecz, jakiej chcemy! Dlatego na tą chwilę, tu gdzie jesteśmy teraz, preferujemy miejsca średniej wielkości, na 400-500 osób, w których masz idealne połączenie intymności i imprezy.
JO: Regularnie koncertujecie w krajach Europy Wschodniej. Poruszacie się bardzo swobodnie po „niezbadanych” terytoriach, zarówno geograficznych, jak i artystycznych. Skąd ta śmiałość?
MT: W głębi duszy jesteśmy po prostu dociekliwi i nie ma dla nas sensu, jeśli nie uczymy się czegoś na podstawie nowych procesów, nowych ludzi, nowych miejsc. Uwielbiamy podróżować i z jakiegoś powodu nasza muzyka wydaje się trafiać na podatny grunt w Europie Wschodniej. To fascynująca część świata z bardzo złożoną historią i cieszymy się, że mamy tam możliwość grania na żywo.
JO: Bardzo dziękuję za rozmowę.
Foto: Joe Dilworth



