ARS LATRANS Orchestra

WywiadMaciej MajewskiARS LATRANS Orchestra
ARS LATRANS Orchestra

ARS LATRANS Orchestra w nowym składzie wróciło z nowym albumem „Noir”. Materiał to nie za długi choć dość różnorodny, filmowy i emocjonalny. O genezie przedsięwzięcia ARS LATRANS Orchestra i pomyśle na jego realizacje i najnowszej płycie, opowiedział mi spiritus movens projektu, perkusista znany m.in. z Clock Machine, Piotr Wykurz.

MM: Co jest kluczem w przypadku ARS LATRANS Orchestra, bo dość regularnie zmieniasz skład zespołu?

PW: Założenie pierwotne były takie, żeby co roku zmieniał się skład i do zespołu wchodziła nowa, świeża krew. Zespół jest jak związek i moim celem jest wykorzystanie tego momentu, kiedy przez pierwszy rok poznaje się daną osobę, buzują emocje, jest uczucie zakochania i nie da się zapomnieć tego czasu. I właśnie ten stan chciałem odwzorować w ARS LATRANS Orchestra od samego początku, gdzie przez pierwszy rok współpracy wychodzą tylko te najfajniejsze rzeczy: jest wzajemna podjarka, oczarowanie oraz próby poznania siebie. Dzięki temu powstaje wspólny materiał muzyczny, który jest bardzo aktywny emocjonalnie. Po takim roku – podobnie jak w relacji - zmieniają się upodobania, a osoby zaczynają się docierać i pojawiają się problemy. Przy tej nowej płycie „Noir” wróciliśmy do tego, bo pomiędzy płytami „Sztuka Miłości” i „Y2K” nie było dużej zmiany składu. Wówczas bardzo fajnie nam się pracowało, więc postanowiłem spróbować to pociągnąć dalej. Okazało się jednak, że to nie jest do końca ta droga. W przypadku „Noir” każda z osób, biorąca w nim udział wiedziała, że to jest właściwie jednorazowa współpraca. Wyjątkiem było to, że kontynuowaliśmy to wcześniej 2 lata z rzędu. Teraz będziemy grali w tym składzie, który nagrał „Noir” koncerty, a kolejnych płyt razem już nie nagramy. Poza tym każda z osób, która brała udział w nagraniu tej płyty, ma swoje osobne projekty i dla nich ARS LATRANS Orchestra jest taką chwilową, twórczą przystanią, w której mogą tworzyć coś zajebistego, a jednocześnie wzajemnie sobie pomagać, zainspirować się, powymieniać kontaktami, bo też o to w tym projekcie chodzi. Jeszcze zanim wyszła płyta „Noir”, jej producent Radek Baranowski już zaczął współpracę z Karolina Szałaśny – nagrali razem jeden numer. To samo z Martyną Baranowską, a teraz robi płytę z Miłoszem Szefnerem. I o to chodzi! Ja tylko zbieram tych ludzi razem, robimy płytę, a potem niech działają także między sobą.

MM: Płytę „Noir” zaczęliście tworzyć na obozie kompozytorskim. To była Twoja inicjatywa?

PW: Tak, to jest podstawa działania. Nie znaliśmy się wcześniej wszyscy, więc zaprosiłem wszystkich muzyków dość intuicyjnie. Szukałem artystów, którzy pasowali do projektu „Noir”. Temat wymyśliło Stowarzyszenie ARS LATRANS, bo to nigdy nie jest tylko temat płyty, ale i całego festiwalu, który organizujemy. Zawsze zastanawiamy się, jaki pomysł byłby ciekawy pod kątem nie tylko muzyki, ale i wystawy sztuki, scenografii i innych wydarzeń towarzyszących. W przypadku poprzedniej płyty „Y2K” skupiliśmy się na twórczości z lat dwutysięcznych i przez to ciężko było z tego wyjść. Dlatego chciałem, żeby w tym przypadku temat był jak najbardziej otwarty i nie zamykał się tylko w jednej dziedzinie, czy obszarze. Żeby to było skojarzenie, ale można było przedstawić naszą interpretację tematu.

MM: Mówisz, że „Noir” to nie tylko muzyka, ale i strona wizualna. Istotnie, słuchając tej płyty miałem wrażenie, że przenoszę do nocnego, nieco zamglonego i trochę niedopowiedzianego świata. Każdy utwór na tym albumie traktuje o jakimś ludzkim zmaganiu i zastanawiam się, czy ten temat nie powinien być szerszy pod tym względem, bo to już druga z rzędu dość krótka płyta w dorobku ARS LATRANS Orchestra.

PW: Na fizycznym nośniku jest jeden dodatkowy utwór – „Morze Martwe”. Nagraliśmy łącznie 11 piosenek, natomiast na płycie postanowiliśmy zawrzeć 8 w wersji cyfrowej i 9 w wersji fizycznej. Dwie dodatkowe kompozycje odstawały tematycznie, dlatego nie braliśmy ich pod uwagę. Wychodzę z założenia, że lepiej postawić na jakość, a nie na ilość. Poza tym minął już trend, że płyty muszą trwać godzinę. A „Noir” jest mocna, zwłaszcza pod kątem tekstowym.

MM: Muzycznie natomiast jest dość różnorodna, bo lawiruje między popem, soulem, jazzem, a nawet country. Rozumiem, że nie ograniczaliście się gatunkowo?

PW: Nie, zupełnie nie. Każda z osób, która brała udział w nagraniu tej płyty, siedzi w różnych muzycznie klimatach. Na przykład Martyna Baranowska ze swoim zespołem nago nagrywa dość pozytywną muzykę, ale jej wokal jest już bardziej soulowy i przypomina trochę Selah Sue. Z kolei Antoni Olech, czyli Tony Yoru potrafi zajebać growlem (śmiech). Szefner leci natomiast rapowo-lirycznie, a Karolina Szałaśny trochę popowo, ale i alternatywnie. Każda z tych osób działa na swoim własnym polu muzycznym, a na „Noir” stworzyliśmy specyficzną mieszankę styli. I chciałbym, żeby udało się to utrzymać w ARS LATRANS Orchestra, bo już od „Sztuki Miłości” starałem się zapraszać artystów z różnych muzycznych bajek.

MM: „Noir” jest jednocześnie dość filmową płytą. Właściwie każdy z utworów na niej zawarty, dałoby się opowiedzieć klipem.

PW: Chcielibyśmy, ale jest to dość drogie przedsięwzięcie, choć nawet liczyliśmy, że „Miasto Pułapek” zostanie wzięte do czołówki jakiegoś serialu, bo świetnie się do tego nadaje. Zależało mi na tym, żeby to nie był noir, kojarzący się z latami czterdziestymi ubiegłego wieku.

MM: „Noir” dystrybuujecie, zdaje się, własnym sumptem?

PW: Tak, mamy takie możliwości, więc je wykorzystujemy. Płytę można nabyć bezpośrednio u nas. Wcześniejszy album dystrybuowała Agora, więc teraz będziemy mieć porównanie, jak to wyjdzie, gdy sami będziemy ją rozprowadzać. Inna sprawa jest taka, że niewiele osób kupuje już płyty, więc tym bardziej – jeśli ktoś będzie chciał kupić „Noir” na nośniku fizycznym – to znajdzie dojście do nas.

Powiązane materiały