undertheskin

Nasz wysłannik Jakub Oślak spotkał się z Mariuszem "Voidem" Łuniewskim - liderem undertheskin czyli największej polskiej gwiazdy nurtu post-punk. Okazją do przeprowadzenia wywiadu było wydanie drugiego albumu undertheskin "N E G A T I V E", który ukazał się tuż przed tegorocznymi wakacjami i zebrał entuzjastyczne recenzje.
Jakub Oślak: Twoja nowa płyta, czyli N E G A T I V E, jest konsekwencją pewnego ciągu wydawniczego. To nie tylko udany sequel debiutanckiego krążka, ale też krok naprzód w ewolucji pewnego brzmienia, które wypracowałeś zarówno jako undertheskin, jak i Deathcamp Project.
Mariusz Łuniewski: Okoliczności jej powstania oraz koncepcja są prawie identyczne, co pierwszej płyty: tworze muzykę szybko, spontanicznie, jedna doba – jeden numer (a przynajmniej szkic, nad którym pracuję później). Ten krok naprzód polega na tym, że przy okazji drugiej płyty pozbyłem się ograniczeń jakie sobie poniekąd narzuciłem przy nagrywaniu pierwszej. Gdy powstawał undertheskin zależało mi na anonimowości i uniknięciu wszelkich nawiązań do Deathcamp Project, w którym było dużo melodii, refrenów, harmonii; w undertheskin starałem się zrobić wszystko mroczniej - wręcz odpychająco i chropowato – bez warstw, bez dogrywek ekstra wokali czy melodii; to była trochę anty-muzyka. Gdy zaczęliśmy grać koncerty, te utwory rozwinęły się, zaczęły żyć własnym życiem, pojawiły się w nich nowe elementy: dodatkowe gitary, drugi wokal. I w taki właśnie naturalny sposób przy drugiej płycie popuściłem cugle i pozwoliłem sobie na więcej muzyki. Nie było umyślnego psucia dźwięku przesterami czy obcinaniem wokali. Myślę, że klimat znany z pierwszego krążka został zachowany, ale jest więcej dźwięków i swobody.
JO: Nowa płyta to nie tylko progres twórczy, ale także technologiczny – nawet laik słuchający tego materiału zauważy, że wszystko słychać jest na niej wyraźniej, mocniej, głębiej i lepiej.
MŁ: Nowa płyta powstała w nowym, zdecydowanie lepiej wyposażonym domowym studio, na sprzęcie dającym znacznie więcej możliwości brzmieniowe. Zmieniłem także studio masteringowe. Przy pierwszej płycie za miks i mastering odpowiadał Kamil Łazikowski (Cool Kids of Death), natomiast teraz mastering powstał osobno w Niemczech, gdzie kolejny artysta w swoim fachu dołożył kolejną warstwę kunsztu.
JO: Przy pierwszej płycie odniosłem wrażenie, że jest to dzieło osamotnionej jednostki, zamkniętej w pokoju przez cały czas, od nagrywania po miks. Ale drugi album - chociażby na „Burn”, który jest hitem - ma w sobie tyle radości, że trudno sobie wyobrazić, że taki samotny proces nadal ma miejsce.
MŁ: To jest bardzo dobra impresja. Zdecydowanie wpuściłem więcej światła do tej muzyki, chociażby w końcowym utworze Done, z którym gryzłem się do samego końca – czy nie jest zbyt radosny, skoczny, czy pasuje do reszty itd. W tym momencie jest to mój ulubiony numer na płycie. To jest wyraz mojego otwarcia się na inne dźwięki. Taką mam naturę, że kocham muzykę i nie lubię rzeczy „generycznych”. Gdy robiliśmy rock gotycki w Deathcampie, to Betrayal (Maciej Żolinas) był tą siłą mechaniczno-motoryczną, a ja czerpałem inspiracje do gitar czy wokali z zupełnie nieoczywistych rzeczy, np. Radiohead czy Arcade Fire. Słucham mnóstwo muzyki, najczęściej spoza kręgów brzmień, którymi się zajmuję; staram się pojmować ją jako całość. Słuchanie tylko post-punka czy np. black metalu musi być strasznie nużące – nie ma tej przygody, która sprawia, że słuchacz coraz bardziej się otwiera.
JO: Z nieoczywistych inspiracji mamy jeszcze cytat z Larsa Von Triera w utworze „Nothere”.
MŁ: Ten cytat przyszedł jak grom z jasnego nieba, w kinie podczas seansu Dom, który Zbudował Jack; właśnie w tym czasie kończyłem utwór NOTHERE i wciąż mi czegoś brakowało, była w nim luka, którą nie do końca wiedziałem czym wypełnić. I nagle – to jest to! Jestem wielkim fanem Von Triera. Nie pierwszy raz go cytuję – na płycie Deathcampu Painthings jest numer Scars Remain, gdzie pada cała fraza z Antychrysta. Tam zresztą jest więcej odniesień do filmów, chociażby do Niezniszczalnych z Mickeym Rourke, czy Lśnienia…
JO: Czy Deathcamp Project to zamknięty temat, czy na razie odłożony na półkę?
MŁ: Faktycznie dosyć długo był odłożony na półkę, a w tym momencie coś drgnęło. Zaczęliśmy wymieniać się z Maćkiem utworami i pomysłami na Deathcamp, których mamy sporo i coś powoli powstaje. Mimo iż formuła muzyczna rocka gotyckiego jest trochę skostniała to wciąż ją lubię i chcielibyśmy z Maćkiem zrobić taką rasową goth rockową płytę. Myślę też, że obaj mamy za punkt honoru nagranie trzeciej płyty Deathcamp Project. Gdy słucham dwóch poprzednich to słyszę dużo rzeczy które mi się nie podobają i które mogliśmy zrobić lepiej. Chęci są, problem jak zawsze z czasem i logistyką. Ciekawostka na marginesie - fani Deathcamp Project z reguły nie słuchają undertheskin. Prowadzę osobiście oba fanpage i wiem ze statystyk, że pokrywa się może 3% słuchaczy. Także wbrew pozorom nie są to naczynia połączone, a dwa odrębne żyjące swoim życiem projekty, co w sumie poczytuję za sukces.
JO: Team work czy praca samodzielna? Masz bieżące porównanie obu tych metod twórczych.
MŁ: Z undertheskin wszystko poszło mi trzy razy sprawniej i skuteczniej, m.in. dlatego że działałem sam. W tradycyjnym zespole jest to stosunek dosyć szarpany i o najdrobniejsze rzeczy potrafią być zgrzyty i tona maili, na samą myśl o których dostaję gęsiej skórki. Ja bardzo lubię team work – ale w undertheskin zastrzegam sobie prawo do bezdyskusyjnego veta. Duże spory potrafią rodzić się z najmniejszych rzeczy, chociażby Burn o którym wspominałeś – powstawał od samego początku jako rzecz zespołowa, do której każdy coś przyniósł – bas, syntezator, drugi syntezator, itd. Na etapie miksu coś tam przyciąłem, bo mi nie grało – i siłą rzeczy pojawił się problem i zgrzyt. Muzykę tworzą ludzie, osobowości, indywidualności i nie zawsze jest pomiędzy nimi wspólna wizja. Ja staram się stawiać dobro muzyki jako priorytet, przed którym musi ustępować ego, co nie zawsze się udaje. Kłótnie, niepotrzebne spory i niekończące się tony korespondencji potrafią zabić radość tworzenia, a przecież nie o to w tym chodzi. Myślę, że mam ucho do muzyki i intuicję, której ufam i jeśli wiem, że coś jest dobre – będę o to walczył. Poza tym undertheskin pozostaje moim projektem solowym i choć otwartym na współprace z innymi muzykami to jednak wciąż bardzo osobistym, w którym chciałbym mieć nad wszystkim kontrolę.
JO: Czy undertheskin powstało jako próba ucieczki z szufladki jaką jest tzw gotyk?
MŁ: Niekoniecznie, chociaż faktem jest, że zamknięta formuła goth rocka coraz bardziej mnie uwierała. Gdy Deathcamp był na fali wznoszącej dało się zauważyć na koncertach pewną zmianę pokoleniową i oznaki końca tej muzyki. Dzieciaki stały się starą gwardią, wydały na świat własne dzieciaki, a one już się naszą muzyką nie interesowały. Wtedy pojawił się, a w zasadzie powrócił, post-punk – a goth rock wycofał się do głębokiego undergroundu. Po kilku falach nadszedł czas odpływu - czuję jednak, że ta estetyka jeszcze powróci – ludzie, którzy teraz słuchają post-punka odkryją na nowo Eldritcha i być może wrócą sceniczne make’upy itd. Wracając do undertheskin - bardzo lubię w post-punku to, że nie ma aż tak sztywnych ram i pozwala na dużo większą swobodę twórczą - wpuszczanie odrobiny światła i świeżego powietrza. To alternatywna muzyka, ale flirtująca z wielkimi festiwalami i potrafiącą dotrzeć do ludzi, którzy lubią znaleźć w muzyce „coś swojego”.
JO: Czy dawniej ścisły podział na mainstream i alternatywę ma w dzisiejszych czasach jeszcze rację bytu? Kiedyś byliśmy karmieni muzyką za pomocą lejka o nazwie MTV. Dziś każdy może sobie wybrać czego chce słuchać i ma taki sam dostęp do undertheskin co Ariany Grande.
MŁ: Dotykasz tu szerszego problemu zmiany konsumpcji muzyki, w którym olbrzymią rolę nadal odgrywają podpowiedzi – tzn. kiedyś MTV podpowiadało czego słuchać, a dziś robi to YouTube czy Spotify. Wszystko dziś działa na zasadzie „hajpu”, szybkich zajawek, błysku fleszy, a underground potrafi być wyniesiony na wyższy poziom w mgnieniu oka. Sztuką jest jednak tam się utrzymać. Poza tym stara zasada chęci bycia „na czasie” przez słuchaczy wciąż obowiązuje, którzy jak coś jest lubiane to chcą do tego dołączyć. Każdy chce być na bieżąco z nowościami i dostawać co chwila świeży bodziec. Wbrew wszelkim pozorom, słuchacz ma teraz bardzo trudno – sam bywam pytany przez znajomych: słuchaj, podeślij mi coś, a ja kompletnie nie wiem czego posłuchać - często mam ten problem problem – odpalam Spotify, a tu kompletna zaćma. Ludzie chyba trochę też wrócili dziś do słuchania pojedynczych utworów po 20 razy, jak kiedyś na singlach czy składankach, zamiast całych albumów na które być może nie wystarcza czasu czy też uwagi.
JO: Czy to dlatego oba albumy undertheskin trwają po pół godziny? Czy chciałeś, aby słuchacz dał radę wysłuchać ich za jednym posiedzeniem bez bycia rozkojarzonym, o co dziś niezmiernie łatwo?
MŁ: Poniekąd tak, ale jest to sumą pewnych czynników. Pierwsza płyta miała być i jest bardzo intensywna emocjonalnie i brzmieniowo - skondensowana - nazwałem to na własne potrzeby post-punk double espresso. Miała trzymać poziom i napięcie od początku do końca, cios po ciosie. Zastosowałem tę samą konwencje przy tworzeniu N E G A T I V E - jest to muzyka intensywna i uważam, że 30 minutowa dawka takich dźwięków jest na prawdę optymalna. Myślałem oczywiście o tym, aby zrobić „normalną” płytę np. z dziesięcioma utworami – ale gdy ją złożyłem, traciła swój impet - mimo iż poszczególne utwory trzymały poziom to w całości stawało się to nieco nużące. Nie lubię zapychaczy, a więc pół godziny uważam za optymalny czas trwania płyty undertheskin. Zresztą przy okazji pierwszej płyty na pytanie o czas trwania albumu zwykłem odpowiadać żartobliwie, że trwa dokładnie tyle ile zajmuje mi dojazd do pracy.
JO: Czy muzyka undertheskin padła na podatny grunt ze względu na ogólną retromanię? Czy pomaga temu fakt, że syntezatory znowu słychać wszędzie, a bieżąca dekada jest bardziej ejtisowa niż ejtisy?
MŁ: Ciężko mi to ocenić - z pewnością w przemyśle syntezatorowym nastąpił taki postęp, zarówno pod kątem technologicznym jak i cenowym, że muzycy po prostu zaczęli to eksplorować. Ich brzmienie było wspaniałe wtedy, ale dziś jest chyba jeszcze lepsze, a słuchacz niezwykle podatny, sentymentalny. To wszystko bagaż lat 80, który gdzieś tam w naszym pokoleniu nadal drzemie, a który dziś wychodzi przy każdej okazji. Brzmienia tych syntezatorów nie da się podrobić żadnym softwarem i wtyczkami, ono do nas po prostu przemawia i dlatego ludzie go poszukują, tak jak kiedyś Kraftwerk, a później synth-pop. To był szok technologiczny, odejście od gitar na rzecz tego syntetycznego, kosmicznego brzmienia. Mam duży sentyment do tych czasów w muzyce i tych muzyków, bo to przecież cała ta baza instrumentalistów była niesamowita. Gdy dziś słucham wielu melodii „z dzieciństwa” to słychać jakie to jest poskładane, ile tam jest warstw – a przecież wtedy to była dla mnie pop papka. Wtedy wyrabiał się nasz gust – i często do tych rzeczy trzeba było dorosnąć. To co się z tym dzieje dziś to jest jakieś tam abstrakcyjne płótno popkultury – ale je ocenimy zapewne najwcześniej za dziesięć lat.
JO: Ostatnie pytanie. undertheskin, chociaż daje dużo energii, jest muzyką ponurą, duszną, pesymistyczną. Gdy rozmawiam z tobą, widzę jej zupełnie przeciwieństwo. Czy to tylko maska? Czym dla ciebie osobiście jest ten projekt?
MŁ: Odpowiedź jest bardzo prosta: to mój sposób na radzenie sobie z problemami, moja terapia. Ta muzyka zaczyna się z bardzo głębokiego dołu i idzie coraz wyżej, w kierunku wystrzału w kosmos. To wszystko słychać w Done – ten utwór jest jakimś ocaleniem od złego; pytanie tylko, w jaki sposób? Bo to może być definitywny koniec, nawet życia. Nie do końca optymistycznie, ale na pewno następuje jakiś oddech. Wszystko co się dzieje na tych płytach jest prawdziwe - to są być może najciemniejsze momenty w życiu, ale przecież każdy je ma. Mówią, że depresja ma szeroki uśmiech. Najpierw robimy sobie selfiaczka na wakacjach, a potem znajdują nas martwych w pokoju hotelowym. Dlaczego? Nikt nie wie. Praca, dom, rodzina, wszystko się niby zgadza. A jednak coś się nie zgadzało.
Zawsze staram się być w swojej twórczości w stu procentach szczery. Poza tym wierzę w ludzi i wiem że słuchacze potrafią wyczuć - podskórnie - kiedy ktoś im wciska kit. Ta muzyka to nie jest maska, tylko jedna z odsłon. Jakbym na co dzień wyglądał tak jak te albumy, to już bym chyba nie wyglądał. Dlatego wpuszczam tu światło jeśli tylko mogę. Muzyka to była zawsze ucieczka, wentyl bezpieczeństwa, ujście dla skumulowanych emocji. Dzięki muzyce nie czujemy się osamotnieni w swoich emocjach, wiemy że jest ktoś obok kto czuje się podobnie i w pewnym sensie wspólnie to z nami przeżywa.
JO: Dziękuję bardzo za rozmowę.
Foto: Liudmiła Radyk




