BAiKA - Czas Końca Złudzeń

BAiKA nie odkrywa Ameryki, ale bardzo konsekwentnie buduje własny kontynent. Wydany w listopadzie „Czas końca złudzeń” to album emocjonalnie wiarygodny, który potwierdza, że bajkowy duet najlepiej brzmi wtedy, gdy nie musi niczego nikomu udowadniać.
Premiera płyty nieprzypadkowo zbiegła się z 10-leciem BAiKI i 45-leciem obecności Piotra Banacha na scenie, co realnie wpłynęło na charakter materiału nagrywanego pod presją czasu, momentami niemal na ostatniej prostej przed tłocznią. Banach, odświeżony jubileuszowymi koncertami z repertuarem z czasów Heya, Indios Bravos i Kolaborantów, wrócił do swoich muzycznych korzeni, sięgając po starą gitarę, na której powstały riffy do „Mojej i twojej nadziei” czy „Teksańskiego”. Równolegle Kafi wyraźnie dojrzała jako autorka tekstów napisała ich tu więcej niż kiedykolwiek wcześniej, nadając płycie bardziej osobisty, introspektywny ton. Dla niej tytuł albumu oznacza pogodzenie się z niszowością i rezygnację z iluzji popularności, dla Banacha naturalny etap życiowy, który nie wymaga już żadnych złudzeń ani ideologii. Muzycznie to najbardziej zróżnicowany materiał duetu: obok elektroniki i klawiszowych struktur pojawiają się gitarowe utwory. Choć artyści wciąż myślą o graniu z pełnym zespołem, świadomie trzymają się formuły duetu, traktując ją jako fundament swojej tożsamości, podkreślając przy tym, że prawdziwa siła zjawiska muzycznego (tak piszą o sobie Banach i Kafi) ujawnia się przede wszystkim na koncertach, gdzie emocje i energia działają najmocniej.
Repertuar pełen tytułowych złudzeń prowadzi słuchacza konsekwentną, dobrze wyważoną narracją: od „Osobistej kultury”, gdzie rytm niesie gorzką, ironiczną obserwację relacyjnej etykiety, przez „Pytanie?”, minimalistyczny, emocjonalnie rozchwiany zapis niepewności, w którym repetycje wzmacniają sens, a nie go rozmywają, po „Kamaryle”, napięte i podszyte charakterystycznym nerwem gitarowym Banacha. „Mogło być gorzej” brzmi jak hymn codziennej rezygnacji podszytej wdzięcznością, bez taniego sentymentalizmu, a „Kopciuszek” zamienia metaforę cerowania świata w poetycką, ale bardzo przyziemną opowieść o przetrwaniu. Jednym z najmocniejszych punktów płyty pozostaje „Pa, pa” – bezlitosne pożegnanie podane z rytmiczną lekkością i ostrym językiem, po którym „Katarzyna” działa jak potrzebny, ciepły oddech między emocjonalnymi spięciami. „Amatorka”, długo funkcjonująca jako koncertowy klasyk, wreszcie zyskała studyjną formę i brzmi pewnie, zadziornie oraz w pełni tożsamościowo, „Burzowa” zamyka emocjonalny sztorm w dynamicznej, melodyjnej konstrukcji, „Na drugi raz pamiętaj” uderza gorzką refleksją o kosztach ambicji, pracy i czasu (szczególnie czytelną w kontekście rodzicielstwa) a „Noski” domykają całość czułym, kameralnym gestem, przypominając, że czasem najmniejsza bliskość potrafi rozbroić największą złość.
Mimo urodzinowego charakteru wydawnictwa, nie słychać w dźwiękach pompy czy jubileuszowego zadęcia. Za to jest rytm, relacje, codzienność i miękkie zderzenia światów: optymizmu z pesymizmem, czułości z irytacją, kontroli z bezsilnością. „Czas końca złudzeń” to album, który buja, ale też zostaje w głowie.
EWELINA MAREK



